10 najlepszych gier na Pegasusa/NESa

Łapa w górę, kto w dzieciństwo spędził przy tak zwanym Pegasusie? Gimbusy może na pamiętajoo, ale ziomki z mojego rocznika na pewno. Wiele godzin przy gierkach takich jak Super Mario Bros czy Duck Tales 2 to niezapomniane chwile, które odświeżyłem sobie za pomocą komputerowego emulatora. Powróćmy do lat 90 jeszcze raz!

contra-gora_176q6Contra. Klasyczna pozycja. Wcielamy się w blond rambo z karabinem. Naszym zadaniem jest rozwalanie wszystkiego po drodze. Na koniec plansz rozwalamy tak zwane Bossy – potwory. Gra wciąga, jednak trzeba przyznać, że do łatwych nie należała. Warto wspomnieć, że w tą grę można było grać w dwójkę.

duckhuntDuck Hunt. Najprostsza gra w dziejach. Strzelamy za pomocą odpowiedniego pistoletu do kaczek na ekranie. Gdy, któreś ustrzelimy nasz pomocnik pies trzyma je w ręce, jeżeli spudłujemy – naśmiewa się z nas. Do tej pory, nie wiem na jakiej zasadzie to działało!

duck-tales-2-(6)Duck Tales 2 to z kolei świetna platformówka. Wcielamy się w niej w Sknerusa McKwacza a naszym zadaniem jest odnalezienie skarbu. Gra posiadała ciekawe lokalizacje plansz, były to: egipskie piramidy, nawiedzony szkocki zamek, wodospad Niagara, Wyspy wielkanocne oraz statek piracki. Poza tym nasz „sknerusek” z czasem zyskiwał dodatkowe umiejętności.

Goal3Goal III. Najlepsza gra sportowa z piłką nożną w tle. Rozgrywamy mecze 6 na 6 a gramy oczywiście Japonią. Nasi rywale to po trzech reprezentantów z każdego kontynentu. Najsłabsi są ci z Azji, najsilniejsi z Europy. Oczywiście gra nie ma za wiele wspólnego z prawdziwą piłką nożna i przypomina raczej Kapitana Tsubasę. Nasi zawodnicy mogą oddawać strzały przypominające znikające gwiazdy, banany bądź skaczące ryby. Nie ma sędziego a najważniejszym czynnikiem decydującym o wyniku meczu jest pogoda! Porwania przez tornado czy też rażenie błyskawicą jest na porządku dziennym każdego spotkania.

micromachinesMicro Machines to wybitnie dobra gra wyścigowa. Wybieramy zawodnika, którym chcemy jeździć a także trzech naszych rywali. Największym plusem gry jest lokalizacja torów wyścigowych oraz naszych maszyn, gdyż są to malutkie pojazdy, którymi ścigamy się m.in. w garażu, stole kuchennym, wannie, stole bilardowym czy też ogródku. Widok jest z góry, dlatego też przejście tej gry wiązało się z zapamiętaniem każdej planszy.

pacmanPac-Man. Czy jest ktoś, kto nie grał w tą grę? Zjadamy żółtą główką cukierki, a wszędobylskie duchy chcą nas zjeść. Niby brzmi banalnie, ale jak wciąga! Uwaga ciekawostka dotycząca gry. Jakiś czas temu Google Maps umożliwił grę w Pac Mana na swoich mapach.

super-mario-bros0_1bc2.1920Super Mario Bros. Najbardziej znana gra na Pegasusa, która wpisała się na stałe w historię popkultury. Włoski hydraulik Mario wyrusza na ratunek książnice. Na swojej drodze ma 8 etapów, które dzielą się na 4 plansze. Na koniec każdego etapu trafiamy do zamku, gdzie niestety nie znajdujemy swojej księżniczki. Jest ona oczywiście w tym ostatnim, ósmym. Za pomocą magicznych grzybków dostajemy możliwość zwiększenia wzrostu oraz strzelania ognistymi kulkami. Gra posiadała liczne tajemne przejścia, które pozwoliły nam na szybkie przemieszczanie się z poszczególnych etapów. Można było również grać w dwójkę, drugim bohaterem był brat Mario – Luigi. Mario był bohaterem również wiele innych gier – w tym klasycznego Donkey Kong jak i najlepszego moim zdaniem Super Mario 10 Kung Fu.

TankTank 1990. Gra o charakterze patriotycznym. Bronimy czołgiem orzełka przed innymi czołgami. Mamy możliwość zbierania różnych bonusów w postaci lepszej amunicji czy też dodatkowych zabezpieczeń.

57250-Tetris_(USA)_(Unl)-1Tetris. Spadające klocki ustawiamy tak, by wypełniać dolne pole. Klocki z czasem spadają coraz szybciej przez co gra staje się być coraz trudniejsza. Najlepszy był oczywiście ruski Tetris z tańczącymi chłopkami pomiędzy kolejnymi poziomami.

Tiny-Toon-Adventures-2-Trouble-in-Wackyland-U-201312010759065-810x400Tiny Toon Adventures 2: Trouble in Wackyland. Kolejna platformówka w moim zestawieniu. Tym razem są to tak zwane Animki ze stajni Warner Bros. Naszym zadaniem jest przejście kolejnych etapów z Wesołego miasteczka. Przyjdzie nam iść dachem pociągu, poruszać się na kłodach płynących z nurtem rzeki, jechać rollercoasterem a także przepychać ślizgające się samochodziki. Finał gry odbywa się w zamku strachów.

10 najlepszych płyt 2015 roku

anigif_original-grid-image-24243-1428919945-5W poprzednim roku nie byłem na bieżąco z wychodzącymi wydawnictwami. Słuchałem rzeczy sprawdzone, znane i polecane przez znajomych. Dlatego też niniejsza lista nie będzie raczej odkrywcza dla większości z Was. Tym razem postanowiłem skupić się wyłącznie na albumach, gdyż pojedyncze single rzadko sprawdzałem. Wróćmy jeszcze na chwilę do 2015 roku i zobaczmy co ukazało się w tym czasie ciekawego.

Chris_Buck_MAC_49258_FINAL-Edit_8010. Mac DeMarco – Another One. „Another One” to kontynuacja zeszłorocznego albumu „Salad Days„. Bardzo udana i niespodziewana. Mac DeMarco pozostaje w konwencji leniwego, pijackiego geniusza, który chwyta słuchacza za serce prostotą i melodyjnością. Proste rozwiązania są najlepsze, jednak czasem coś co brzmi łatwo, wcale takie nie jest. „Another One” to album przyjemny w odbiorze, łatwo wpadający w ucho i niestety trwający ledwie 23 minuty i 46 sekundy. Może w pozostawionym niedosycie tkwi sekret Pepperoni Playboya?

9. Trupa Trupa – Headache. Trójmiejska grupa to zdecydowanie jedno z zaskoczeń minionego roku. Co prawda debiutancki „++” stał na dobrym poziomie, jednak nie sądziłem, że grupie Grzegorza Kwiatkowskiego uda się go przeskoczyć. Mroczne, wciągające, tajemnicze utwory z „Headache” to dobry przykład jak sięgać po klasykę post-rocka i mieszać ją z własnym pomysłem na siebie. Na tej płycie słuchać zarówno inspiracje instrumentalnymi odlotami Swans, jak i psychodeliczne zapędy The Doors. Czuje, że często będę wracał do tego krążka, zwłaszcza zimą.

8. Miguel – Wildheart. Szczerze? To Miguel trochę mnie w tym roku wkurzył. Za bardzo chce być perwersyjny, za bardzo chce być drugim Princem. Jednak gdy słucham „Wildheart” to zapominam o tym. Może nie jest to tak dobry materiał jak „Kaleidosope Dream„, ale też nie jest to słaby album. Ba, słucha się go bardzo przyjemnie. Od warstwy muzycznej są to dobre utwory, z fajnymi riffami gitarowymi i wpadającymi w ucho synthami. Warstwa liryczna? Bywa różnie, ale „Coffee„, „Hollywood Dreams” czy też „Leave” propsuje całkowicie.

wavves7. Wavves – V. Wiem, że w poprzednim roku pojawiły się znacznie lepsze płyty od tej. No, ale po pierwsze to moje podsumowanie, a po drugie lubię Wavves. Przy „V” spędziłem wiele lepszych i gorszych chwil, jednak wciąż ubóstwiam tego skurczybyka Nathana Williamsa. Nathan, szkoda, że nie byłeś na moim kawalerskim.

asap-rocky-508b4403e62bb6. A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP. Nie sądziłem, że A$AP Rocky będzie w stanie nagrać tak dojrzały i świadomy album jak „AT.LONG.LAST.A$AP”. Ten krążek jest dokładnie takim drugim krokiem w karierze rapera, jakim powinien być. Amerykanin świetnie odnalazł się w muzycznym showbiznesie, a przy okazji nagrywa dobrą muzę, której posłucha zarówno wymagający słuchacz, jak i ten radiowy. Jestem mocno ciekaw co to będzie dalej?

Tyler5. Tyler, The Creator – Cherry Bomb. Bardziej przystępne dla słuchacza beaty pomogły Tylerowi. No bo bądźmy szczerzy, ile to można słuchać rapowania do niesłuchalnych podkładów w stylu Death Grips? Może i się starzeje, ale po całym dniu w hałasie średnio mi się chce słuchać takich utworów jak „Yonkers„. A „Cherry Bomb” to album kompletny i całkiem możliwe, że najlepszy w całej dyskografii artysty. Sięgnięcie po klasyczne brzmienie lat 60 i łączenie go z r’n’b to był bardzo dobry pomysł.

sufjan1440x81024. Sufjan Stevens – Carrie And Lowell. Chyba najsmutniejszy album w dorobku Sufjana, ale i przez to taki piękny. Muzyk na żadnej innej płycie się tak nie otworzył jak na tym materiale. Ból po stracie matki słychać w każdej melodii. Sufjan porusza swoją szczerością i łapie nas za serca. Minusem całej sytuacji jest tylko to, że by napisać taką płytę, trzeba przeżyć traumatyczną sytuację.

drake33. Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late. Szczerze powiedziawszy to po pierwszym odsłuchu ten album mnie nie zachwycił. Wszystko zlewało się w jedną całość, jednak im bardziej zagłębiałem w całość to odkrywałem co raz to nowsze, wspaniałe rzeczy! Kanadyjczyk jest jednak geniuszem. Jeżeli jeszcze tego nie odkryliście, to widocznie za mało wsłuchaliście się w muzykę Drake’a. Drizzy, propsuje ten album, ale mam wciąż na uwadze, że obiecałeś w 2015 roku kolejny krążek. Czekam!

Grooms-Net-banner2. Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair. Grupa Grooms przywróciła mi wiarę, że indie rock ma jeszcze sens. Ich zeszłoroczny krążek to zestaw 11 wciągających, świeżych i momentami psychodelicznych utworów. Album ten doskonale komponował się z lekturą Stephana Kinga podczas podróży w pociągu na linii Mikołów – Katowice. Może Grooms nie zdefiniowali tym krążkiem na nowo całego gatunku, ale zagrali tak, że ponownie pokochałem te gitarowe brzmienia i powróciłem do swojego licealnego marzenia o byciu perkusistą w indie rockowej grupie. Także ten tego, można powiedzieć, że Amerykanie przywracają marzenia a mało kogo można tak określić.

kendrick lamar1. Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly. Jeżeli ktoś wmawia wam, że było coś w 2015 roku lepszego od „To Pimp a Butterfly” to albo nie wsłuchał się w ten album, albo się nie zna lub co gorsza jest ignorantem. Ten longplay to dzieło życia Pana Lamara i wciąż podtrzymują swoją ocenę wystawioną tej płycie. O takich płytach mówi się, że są historyczne i przełomowe. Ten krążek jak najbardziej pasuje do takich określeń.

Lista wstydu, czyli moje muzyczne „Guilty pleasure”

tumblr_ngjlocoC8g1qa9dopo2_500Chyba każdy z nas ma w swoim repertuarze utwory, których słucha tylko w zamknięciu pod osłoną nocy. Piosenki, które wiemy, że są pretensjonalne, złe lub słabe,  jednak w jakiś dziwny sposób dające się polubić. Poniżej znajdziecie listę 10 utworów, których słucham przy wyłączonym scroblerze last.fm.

30 Seconds To Mars – The Kill. Jared Leto jest dla mnie dobrym aktorem, który zagrał w paru świetnych filmach. Dlatego też dziwi mnie, że postanowił pójść w muzykę. Zwłaszcza, że jego 30 Seconds To Mars to typowy zespół z gatunku scremo-rock-popowych pierdółek dla nastolatek. Początkowo mocno mnie drażnił ten cały 30 Seconds To Mars. Byli dla mnie zbyt pretensjonalni oraz irytowali mnie swoimi filmowymi teledyskami. Z czasem jednak zauważyłem, że lubię sobie posłuchać „The Kill„. I to nawet często mi się zdarzało, i kurde nie wiem czemu. Mimo, że wiem, że to wszystko jest tylko „na niby” to ja chcę wierzyć, że Leto jest mocno przejmujący w tym utworze z całkiem melodyjnym riffem przewodnim.

Nie słuchaj

Ace of Base – The Sign. Jakiś czas temu przejawiałem chorą fascynację latami 90. I nie chodzi mi o rzeczy typu Wu-Tang Clan, Pavement czy Modest Mouse a zespoły pokroju Ace of Base. Czasem po prostu lubię się odmóżdżyć, patrzeć na świat przez różowe okulary i wierzyć, że wszystko jest takie proste jak ten banalny utwór.

Nie słuchaj

Akcent – King of Disco. Ja rozumiem, że na parkiecie zatańczy się do wszystkiego. Przeważnie jest się po kilku drinkach i w tanecznym transie. Wtedy nikogo nie dziwi bujanie największego fanatyka niezal muzyki do najbanalniejszego disco. No, ale żeby siedzieć i słuchać tego jeszcze w domu? Na swoją obronę dodam, że na koniec pojawia się fajne nawiązanie do Madonny z okresu „Confessions on a Dance Floor„.

Nie słuchaj

219_shame_on_aYOPUBilly Talent – Surrender. Totalnie nie wiem jak można lubić Kanadyjczyków. Fatalny image, nie wyróżniająca się niczym muzyka i drażniący głos wokalisty Bena Kowalewicza. Tyle w skórce o kanadyjskiej formacji. „Surrender” nie jest dobrym kawałkiem, nie zamierzam go bronić. Jednak, jak leci w radio to nie zmieniam radiostacji.

Nie słuchaj

Enrique Iglesias – Tired Of Being Sorry. Z góry zaznaczę, że nie trawię Pana Iglesiasa. Ani starego, ani młodego. Przyklejona łatka amanta, nocny sen nastolatek, gęba prosząca się o spotkanie z pięścią – to są moje pierwsze skojarzenia z Hiszpanem. Teledysk też nie pomaga. Kolejna historia w stylu Saga Zmierzch. No po prostu NIE. Jednak, jakoś dobrze słucha się tych synthów, gdzieś tam w tle.

Nie słuchaj

Fall Out Boy – This Ain’t A Scene, It’s An Arms Race. W sumie to nie wiem czemu miałbym się czepiać Fall Out Boy’ów. Dobre teledyski, spoko gitarowa muza, ciekawy wokalista. Może swego czasu za dużo ich było na MTV2?

Nie słuchaj

Green Day – Wake Me Up When September Ends. Rzecz wiadoma dla każdego znawcy muzyki. Green Day się sprzedał. Album „American Idiot” z 2005 roku (Jezu, to już 10 lat?!) to szczyt komercyjnego rock-popu zahaczającego o punk. No, ale komercja nie zawsze jest zła. W tym przypadku może trochę, bo jakoś lubię wracać do singli z tej płyty.

Nie słuchaj

Marilyn Manson – Sweet Dreams. Obecnie nikogo już nie szokuje postać Marilyna Mansona. Jednak swego czasu wokół amerykanina panowała nie mała burza. Odrzućmy jednak na bok te wszystkie plotki i ploteczki i wsłuchajmy się w jego muzykę, bo w tej materii muzyk ma całkiem sporo do zaproponowania. W tym genialny cover „Sweet Dreams„.

My Chemical Romance – Cemetery Drive. Nie istniejąca już grupa Gerarda Waya (Trochę mi szkoda) została odrobinę skrzywdzona tą całą łatką EMO. Należy powiedzieć to w tym miejscu głośno, MCR to nie muzyka EMO. Album „Three Cheers for Sweet Revenge” to dobry, rockowy materiał na którym znajdziemy sporo perełek, w tym „Cemetery Drive„.

Nie słuchaj

Paramore – Decode. Kolejny komercyjny pop rockowy band na mojej liście. Co więcej w otoczeniu wampirów z Sagi Zmierzch. Najgorzej. Jednak „Decode” to nie ułomek i przy lekkich gitarowych riffach można spędzić całkiem przyjemne 4 minuty. A perkusja? Chciałbym by każdy band miał takiego kolesia za garami jak Paramore.

Nie słuchaj