Kylie Minogue

Po Sufjanie Stevensie pora na przegląd dorobku innego artysty. Tym razem padło na moją ulubioną artystkę pop Kylie Minogue, której fanem jest od czasów kiedy to jeszcze całe dnie biegałem w dresiku. Artystka trafiała do mnie swoimi przebojowymi singlami oraz (a może głównie?) urodą. W tamtym czasie na pytanie Britney Spears czy Christina Aguliera? odpowiadałem Kylie Minogue!

Kylie (1988). Oglądając zdjęcia Kylie z tego okresu przeciera się oczy ze zdumienia. Australijka jest jak wino, im starsza tym lepsza. Jednak nie zapominajmy, że ta płyta jest konsekwencją sławy jaką zdobyła grą w serialu „Sąsiedzi”. Słuchając debiutu „Kylie” ma się wrażenie jakby był to album bez historii. Typowa produkcja dla wczesnych lat 80 nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym poza dwoma pierwszymi piosenkami. „I Shoudl By So Lucky” i „The Loco-Motion” to fajne single z dość naiwnym tekstem. Jednak dalsze pozycje nie wyróżniają się niczym poza słodkim brzmieniem. Mimo to warto zapoznać się z debiutem Australijki, gdyż był to początek dla jej dalszej i bogatej kariery muzycznej. Ocena: 5/10.

Enjoy Yourself (1989). Nie minął rok a Kylie ponownie wkroczyła do akcji. „Enjoy Yourself” jednak nie był krokiem do przodu a jedynie utrzymaniem obecnej pozycji. Album ten jest mocno podobny do debiutu. Święta trójca: Atiken, Stock i Waterman, która była odpowiedzialna z poprzedni krążek wiedziała, że ta muzyka się sprzeda dlatego nie wprowadziła większych zmian na „Enjoy Your Self”. Z pewnością plusem tego albumu jest fakt, że kompozycje na nim zawarte są taneczne, energiczne i rewelacyjnie sprawdzają się jako żywa definicja muzyki pop z tego okresu. Jednak dla kogoś kto czekał na coś nowego „Enjoy Yourself” będzie rozczarowaniem, a szkoda bo sam tytuł płyt nakazuje się cieszyć. Mimo wszystko piąteczka się należy bo to całkiem przyjemny teen pop. Ocena: 5/10.

Rhythm of Love (1990). Zdecydowane najlepsza płyta, która wyszła spod rąk wcześniej wspomnianej trójki Atikena, Stocka i Watermana. Produkcja jest bardziej żywiołowa, głos Kylie jakby pewniejszy. To z pewnością był krok do przodu, jednak w tym momencie nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że Kylie stanie się jedną z legend muzyki pop. Najlepsze utwory na płycie? Z pewnością „Things Can Only Get Better” wyróżnia się ponad resztę (ta gitara!), jednak jest to album bardziej kompletny i równy w porównaniu do „Kylie” i „Enjoy Yourself”. Jeżeli chodzi o początek kariery Kylie (kiedy jeszcze miała te swoje niesforne kędziory na głowie a uśmieszek nie znikał z jej buźki) to jest to mój ulubiony jej album z tego okresu. Ocena: 6/10.

Let’s Go to It (1991). Rok 1991 przyniósł parę zmian. Przede wszystkim zmienił się wygląd Kylie, która wraz z wejściem w lata 90 stała się bardziej „sexy”. Kylie dojrzewa nie tylko wizualnie porzucając image słodkiej, fajnej dziewczyny ze sąsiedztwa, ale także muzycznie. Na „Let’s Go to It” bierze niektóre sprawy w swoje ręce i w ten sposób staje się współtwórcą niektórych utworów. Obok nazwisk Atikena, Stocka i Watermana pojawia się w końcu podpis Minogue. W tym momencie pokazuje swój potencjał, czego efektem będzie późniejszy sukces Australijki. Póki co „Let’s Go to It” był płytą średnią, nie wiele wnoszącą do muzyki pop. Jednak dla fanów jej wcześniejszej twórczości jest to nie lada kąsek. Mi osobiście do gustu przypadł utwór „Give Me Just a Little More Time” oraz „I Guess I Like It Like That”. Ocena: 5/10.

Kylie Minogue (1994). Gdy słyszymy jak brzmi opener tej płyty, czyli „Confide In Me”, jak brzmi sam głos Kylie to wiemy, że ten album jest definitywnie kolejnym etapem w karierze piosenkarki. To już nie Kylie tylko Pani Minogue. Inną zmianą jest brak Atikena, Stocka i Watermana. Produkcją zajęli się zupełnie inni ludzie tacy jak Dave Seaman czy Brett Anderson. Natomiast Kylie Minogue dalej próbuje sama tworzyć piosenki. Czwarta płyta wydaje się być bardziej stonowana, nie tak energiczna, ale wciąż popowa. W zasadzie melodie i brzmienie zawarte na „Kylie Minogue” nie odbiegają od tego co się dzieje w tym czasie w muzyce pop, ale warto posłuchać tej płyty dla tych paru fajnych, popowych ballad takich jak „Put Yourself In My Place” czy też „Dangerous Game”. Ocena: 6/10

Impossible Princess (1997). „Impossible Princess” (tytuł płyty nawiązują do śmierci księżny Diany) to pierwszy konkretny i na prawdę dobry album w dorobku Kylie, który świadomie mogę polecić każdemu entuzjaście muzyki elektronicznej. W tym czasie muzyka pop brzmiała inaczej, do mainstreamu przebiło się wiele motywów wyjętych z techno. Była to pewnego rodzaju rewolucja muzyki elektronicznej, której dostrzeżono zalety i zaczęto kombinować jak to połączyć ze współczesnym popem. Na albumie po raz pierwszy pojawiają się piosenki, które Minogue sama stworzyła od początku do końca. „Too Far” pokazuje dojrzałość jaką osiągnęła Australijka w tworzeniu piosenek, natomiast „Say Hey” zaskakuje nas swoim minimalizmem. Nad produkcją czuwali muzycy zespołu Manic Street Preachers, co słuchać wyraźnie w gitarowym „Some Kind of Bliss” czy też „I Don’t Need Anyone”.„Impossbile Princess” to dobra płyta. Ocena: 8/10.

Light Years (2000). Wejście w nowe milenium Kylie miała mocne. Chodzi mianowicie o singiel „Spinning Around”, który wepchnął Kylie Minogue do czołówki światowego mainstreamowego popu. Ten pierwszy, wielki przebój rozpoczął złotą erę w dorobku Kylie. Jednak „Light Years” to nie płyta jednego utworu. Jest to dobry, taneczny album na którym znajdziemy disco w najlepszym jego wymiarze. Takie „Your Disco Needs You” to świetny kawałek określany „najlepszym utworem disco od lat 70”. I trudno mi z tą tezą się nie zgodzić bo mamy tutaj do czynienia z naprawdę kapitalnym kawałkiem. Wystarczy wsłuchać się w ten patetyczny refren albo ten świetny mostek z okolic 1:51. Przy tworzeniu tej płyty pomagał Robbie Williams, który nawet zaśpiewał jeden gitarowy kawałek z Kylie „Kids”. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? „Loveboat” oraz „Under the Influence of Love” to fajne piosenki, zresztą jak cała płyta. Ocena: 8/10.

Fever (2002). To na prawdę gorący album, wypełniony po brzegi pierwszorzędnymi hiciorami. Któż z nas nie zna „Can’t Get You Out of My Head”? Największego przeboju Kylie. Poza tym rewelacyjne „Come Into My World” (chyba mój ulubiony utwór na płycie), taneczne „Love At First Sight”, pełne fajnych hooków „In Your Eyes” i na koniec mieszające gatunki „Burning Up”. „Fever” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej przebojowy album w dorobku Australijskiej wokalistki. Pójdę nawet dalej i powiem, że jest to jeden z najlepszych albumów popowych mijającej dekady. Łączy on w sobie dojrzałość z nastoletnim szaleństwem. Świetne, taneczne podkłady idealnie się komponują z głosem wokalistki. Poza parkietowymi killerami można tutaj usłyszeć kilka innych dobrych utworów. Takie „Your Love” to fajna gitarowa piosenka, której nie powstydzili by się specjaliści od tego typu grania. Jeżeli miałbym wskazać jakiś jeden album nasiąknięty seksem to wskazałbym „Fever” Kylie Minogue. Kylie, która zaczynała od teen-popu dzięki temu wydawnictwu stała się światową divą popu i symbolem seksu nowego milenium. Ocena: 9/10

Body Language (2004). Po tak świetnie przyjętym albumie jak „Fever” oczekiwania były ogromne. Kylie troszkę rozczarowała recenzentów mimo, że „Body Language” to  na prawdę dobry i równy album. Single na nim zgromadzone nie są tak rażące taneczna radością jak na poprzednim krążku. Ciężko porównywać „Slow” na którym nie wiele się dzieje do takiego „Love At First Sight”, ale jest parę piosenek, które sobie całkiem nieźle radzą. Chociażby „Choclate” jest równie „sexy” jak kompozycje z „Fever” i spokojnie mógłby znaleźć się na tej płycie. Innym dużym plusem jest „Red Blooded Woman” z rewelacyjnym refrenem. Z pewnością te synth-popowe kawałki są na dobry poziomie a Kylie mimo wszystko pokazała klasę podczas gdy reszta czołówki mainstreamowej muzyki opierała się głównie na mniej lub większych skandalach. Chyba za to głównie kochamy Panią Minogue. Ocena: 8/10.

X (2007). Po genialnym „Fever” i jeszcze w miarę fajnym „Body Language” w dorobku Kylie przytrafiła się słabsza płyta, która okazała się strzałem kulą w płot. Osobiście bardzo lubię single zgromadzone na tej płycie. „2 Hearts” to fajna, rozkręcająca się piosenka, gdzie Kylie lansuje się na Marlin Monroe (odsyłam do teledysku), „In My Arms” to jeden z tych utworów, który utrzymywał mnie przy życiu kiedy musiałem słuchać rano w pracy RMF FM, natomiast „Wow” możliwe, że jest najlepszą piosenką w całym dorobku Kylie. Jednak poza tymi trzema utworami nie znalazłem niczego szczególnego na „X”. Niby jest fajnie, melodyjnie, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brakuje mi tutaj tego czegoś co wcześniej tak bardzo ceniłem u Kylie. Ocena: 5/10.

Aphrodite (2010). Po mało udanym „X” Kylie wzięła się w garść. Zostawiła w spokoju te zabawy w Marlyn Monroe, zacisnęła pośladki i wzięła się ostro do roboty. Efekt? Całkiem przyjemna, fajna popowa płyta „Aphrodite”. Opener i zarazem pierwszy singiel promujący „All The Lovers” oparty na zwykłym pitu pitu działa. Reszta jest kompatybilna. Prostymi środkami do celu. Z pewnością jest lepiej niż na poprzednim albumie. Gdy oglądam współczesne gwiazdy pop ciesze się, że jest jeszcze Kylie Minogue, która wciąż zachowuje klasę i nagrywa fajne piosenki, które ucieszą każdego. Mocne punkty na płycie? „Everything Is Beautiful” – tekst może naiwny i prosty, ale jak ten kawałek brzmi. „Too Much” – czy nie brzmi to jak ten ostatni utwór od Rihanny i Calvina Harrisa? (Kylie była pierwsza). Poza tym na plus… w sumie każda piosenka na tej płycie jest plusem. Każda coś ciekawego wnosi. Brawo, Australijka nie schodzi od ponad 10 lat poniżej dobrego poziomu. Ocena: 7/10.

Lista życzeń – 6 koncertów, które chciałbym zobaczyć

Parę koncertów życia mam już zaliczonych jednak pozostaje nadal kilku wykonawców, których chciałbym zobaczyć na żywo. Oczywiście w mojej liście nie uwzględniam zespołów już nieistniejących lub niekoncertujących. Bycie na koncercie The Beatles czy też Blondie, Beach Boys z najlepszych czasów to wspaniała sprawa, ale wymagająca podróży w czasie. Mam nadzieje, że poniższą listę uwzględni kiedyś Artur Rojek przy doborze artystów na OFF Festiwal.

W kolejności alfabetycznej na pierwszym miejscu mojej listy znajduje się Kanadyjski zespół Arcade Fire. Zespół, który do tej pory jeszcze mnie nie zawiódł swoimi wydawnictwami. Natomiast debiutanckim albumem „Funeral” podbił moje serducho. Epickie utwory, bogato zaaranżowane wyśmienicie brzmią na żywo w wykonaniu tego licznego w członków zespołu. Uwielbiam wszelkiej maści akcenty smyczkowe, cymbałki w tle. Widziałem kiedyś ich koncert z jakiegoś francuskiego festiwalu zarejestrowany kamerą i wyglądało to na prawdę rewelacyjnie. W poprzednim roku była okazja zobaczyć ten zespół na żywo, jednak nie obraziłbym się gdyby przyjechali jeszcze raz do Polski. Może ciut bliżej śląska? Byłoby by miło.

Bon Iver to grupa, która w ostatnim czasie zanotowała ogromny wzrost popularności. Troszkę mnie to zmartwiło bo pamiętam jakim zespołem parę lat temu był Coldplay a jakim jest teraz. Nie chciałbym by Bon Iver poszli tą drogą. Justin Vernon odpowiedzialny za ten projekt udzielał się na ostatniej płycie Kanye Westa, występował w telewizji, ale na szczęście nie zgodził się na błazenadę podczas gali rozdania Grammy. Dlatego nadzieja na mały, kameralny, akustyczny koncert jest wciąż żywa. Wyobraźcie sobie to. Bon Iver z gitarą gra całą płytę „For Emma, Forever Ago”. Wiele bym dał by usłyszeć te smutne, ale piękne piosenki zaśpiewane na żywo przez tego drwala.

Cut Copy to jedna z tych kapel, którą chciałbym słuchać na żywo i tańczyć. Inaczej chyba się nie da. Gdybym był ciut bogatszy to chętnie bym im zapłacił by zagrali na moim weselu. Chciałbym poczuć miłość słuchając „Feel The Love”, wariować na podświetlanym parkiecie przy „Lights and Music”, baunsować przy „Hearts on Fire”. To byłby jeden z tych kolorowych koncertów. Oczywiście preferowałbym tracklistę złożoną głównie z największych hitów „In Ghost Colours”, ale jakby pojawiło się parę starszych i nowszych piosenek to nie czułbym się zawiedziony. Rduchu szepnij im tam w tej Australii parę słówek by odwiedzili jeszcze raz Polskę.

Kiedyś istniała taka strona internetowa z koncertami na żywo (nie pamiętam jak się nazywała), było tam wiele ciekawych pozycji do zobaczenia (Między innymi występy of Montreal). Zanim ten interesujący projekt padł to zdążyłem zobaczyć tam w całości koncert grupy Cold War Kids. To co zobaczyłem utwierdziło moje przekonanie, że gdyby ten koncert miałby miejsce w Polsce z pewnością byłbym tam w pierwszym rzędzie. Amerykańska grupa ma na swym koncie wiele świetnych piosenek, których spokojnie starczyłoby na dwu godziny gig. I tak jak w przypadku Bon Iver najlepszym miejsce na ten koncert byłby jakiś zadymiony klub lub scena leśna na Off Festiwal. Arturze apeluje!

Les Savy Fav to grupa, którą chciałbym zobaczyć z dwóch powodów. Pierwszym bez wątpienia jest postać wokalisty i lidera zespołu Tima Harringtona. Słowo wariat to za mało by opisać w pełni tą charakterystyczną postać. Koleś z łysiną, brodą, gołym brzuchem w samych gaciach szczekający to mikrofonu jest sporą atrakcją każdego koncertu. Drugi powód to zajebistość piosenek Les Savy Fav, których jestem dużym fanem. Filmik poniżej udowadnia, że ich koncerty są mocno energiczne, żywiołowe i spontaniczne. Szkoda tylko, że swoimi trasami koncertowymi omijają szerokim łukiem Europę Środkowo-Wschodnią.

Do tej pory nie mogę odżałować zeszłorocznego koncertu Sufjana Stevensa w Warszawie. Muzyka o litewskich korzeniach chciałbym zobaczyć z jednej strony w jakimś sympatycznym miejscu, gdzie w połączeniu z samą gitarą mógłby dać chwytający za serce, akustyczny występ. Z drugiej natomiast chciałbym zobaczyć go w tym wymiarze dużych sal, konfetti, balonów, kolorowych strojów, tańczących chórzystek, dopiętych skrzydeł i taneczno-elektronicznych kawałków.

 

 

Muzyczne podsumowanie roku 2011: listy gości

Moje podsumowanie już za nami, przedstawiłem Wam listę teledysków, wydarzeń, singli oraz płyt. Jednak czym by były suche, dziennikarskie rankingi bez oceny poprzedniego roku dokonanej przez samych muzyków? Oto listy podsumowujące polskich artystów.

Michał Stambulski – wokalista i gitarzysta zespołu Microexpressions.

Z mojej perspektywy ubiegły rok upłynął pod znakiem przewagi popu, syntezatorów i brokatowego mainstreamu nad gitarami, folkiem i „niezależnością”. Poniżej lista moich ulubionych płyt z 2011.

Miejsce I, II i III:
J*DaVeY – New Designer Drug
Wyróżnienia (kolejność niezobowiązująca):
Beyonce – 4
Taprikk Sweezee – Poly EP
Oneohtrix Point Never – Replica
Rustie – Glass Swords
James Blake – James Blake
Internet – Purple Naked Ladies
Towa Tei – Sunny
Toro y Moi – Underneath The Pine
SBTRKT – SBTRKT
Perfume – JPN
Kanye West & Jay-Z – Watch The Throne

Iza Lach – wokalistka, autorka płyt „Już Czas” oraz „Krzyk”.

Top 5 singli 2011 (POP):

5. Keri Hilson – Loose Control.
4. Nicola Roberts – Beat of my drum.
3. Rihanna – You Da One.
2. Beyonce – Love on Top.
1. Robyn – Call your girlfriend.


The Kurws – jeden z najciekawszych debiutów poprzedniego roku.

Hubert:

Iceage „New brigade” (What’s Your Rupture?)
Pamiętam jak parę lat temu znajoma bywająca często w Kopenhadze opowiadała mi o świetnym zespole dwunastolatków. Żeby zagrać koncert musieli pytać o zgodę rodziców.  Do tej pory nie jestem pewien czy chodziło akurat o Iceage, bo takich grup jest tam co najmniej kilka, ale  słuchając „New Brigade” widzę te tłumy podchmielonych dzieciaków kotłujących się w przestrzeniach legendarnego Ungdomshuset. Budynek istniejącego ponad dwadzieścia lat centrum wiecznie młodej kontrkultury został wyburzony przez polskich robotników, bo duńskie i szwedzkie centrale związkowe solidarnie odmówiły udziału w rozbiórce. W kilku tysięcznych demonstracjach w obronie miejsca szły także wkurwione nastolatki. Jest bardzo prawdopodobne, że były tam także chłopaki z Iceage, bo mieszkając w Kopenhadze, a już szczególnie grając taką muzykę po prostu nie sposób było nie otrzeć się o to miejsce. „New Brigade” to album, który wszedł mi z opóźnieniem. Żeby wprowadzić człowieka w stan hipnozy też potrzebna jest chwila, a dla mnie ta płyta to właśnie hipnoza. Mimo, że kompozycje często są dzikie i nerwowe, to wokal i zimna produkcja nagrań powoduje, że słuchając jej mam wrażenie, że doświadczam czegoś w rodzaju narkoleptycznego zwolnienia. Iceage nie wymyślają prochu, bo to muzyka, a nie wyścig zbrojeń. Ich nawiązania wypadają świeżo i autentycznie. Zresztą wydaje mi się, że fenomen tego zespołu polega na tym, że fundując podróż wehikułem czasu zostawiają nas z wrażeniem, że to nie może dziać się naprawdę. Albo, że jesteśmy świadkami powstawania legendy, która – jak to często z legendami bywa – będzie miała dramatyczny finał.
posłuchaj

Deerhoof „Deerhoof vs. Evil” (Polyvinyl)
Ten zespół od zawsze sam nagrywa i produkuje swoje płyty nie zdając się na etatowych macherów od szołbizu. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż desperackie ciśnienie na sukces. Deerhoof się nie podkłada. Działa po swojemu, szuka świadomie i  znajduje własne rozwiązania. Niektórzy obwieścili, że tą płytą spuścili z tonu. Ta racja opiera się tylko na pozorach. „Deerhoof vs. Evil” to album popowy, którego świetnie słucha się już za pierwszym razem, ale trzeba posłuchać więcej żeby w pełni ujawnił się kunszt z jakim został skomponowany.  Dopiero wtedy pojawia się ta właściwa  przyjemność obcowania z całą masą kompozycyjnych i produkcyjnych zabiegów kryjących się pod powierzchnią infantylnych piosenek. Zespół jest konsekwentny, ale pod żadnym pozorem nie jest to betonowa konsekwencja polegająca na powielaniu wypracowanych przez siebie sztuczek. Zresztą – przecież tu nie o sztuczki chodzi, bo to kojarzy mi się raczej z popychaniem mniej lub bardziej wyrafinowanych banałów. Deerhoof na swoich płytach proponują artrockowe konkrety. To muzyka XXI wieku, która kompulsywnie próbuje przekroczyć samą siebie.
posłuchaj

The Dreams „Morbido”  (Kill Saman Records)
Album zdobył mnie od razu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Francuski duet o wyjątkowo oczywistej nazwie (że ktoś jeszcze na takie wpada?!) dobitnie nawiązuje do dokonań Siouxie and the Banchees, PIL czy wczesnego Tuxedomoon (echa genialnego No Tears z „Desire”) łącząc to w jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały dla mnie sposób z surfowymi gitarami, wampirycznymi melodiami, afrykańskimi rytmami prosto z automatu perkusyjnego i karkołomnymi dubowymi wycieczkami. „Morbido” ma analogowe, zdezelowane brzmienie, które wygenerowane zostało za pomocą minimalistycznego instrumentarium i prostych zabiegów. To właśnie prostota decyduje o sile tej płyty. Co znamienne, mam nieodparte poczucie, że w Polsce zespół inspirujący się podobnymi historiami zapodałby co najwyżej kiczowatą i sterylną bułę. Nie napiszę więcej. Nie chcę być zapamiętany jako zdrajca narodowego interesu.
posłuchaj

Kuba:

Na wstępie muszę się przyznać do swojej kompletnej ignorancji jeśli idzie o muzykę tu i teraz. Zwyczajnie zakopałem się w starociach, nie śledzę, być może przeoczam i nie doceniam. Przykłady które podam pod nos podsunęły się same.

Najlepszym koncertem jakiego miałem przyjemność doświadczyć w zeszłym roku, był występ grupy SchnAAk w CRK – kolejny przykład na to, że myśl rocka progresywnego – o ile przepuszczona przez gości z otwartymi głowami – żyje i ma się dobrze.
Pozytywnym zapoznaniem w dziedzinie muzyki krajowej było zobaczenie Oli Rzepki, perkusistki zespołu Dre Koty w akcji. Nie widziałem żeby ktoś w Polsce tak grał! Choć muzyka dziewczyn nie ma z post-punkiem za dużo do czynienia, właśnie tak bym sprecyzował jej styl gry. Odnalazłem w nim swoje ukochane Liliput, the Slits, a z zeszłorocznych porównań już nie tak ukochane Wetdog.  Kolega z zespołu podrzucił skojarzenie z Katrin z the Ex.

Gówno „spowiedź umarłego”
„Jak oni to robią? Przecież to jest ekspresja nie z tej epoki!” – powiedział kolega z zespołu puszczając mi nowy teledysk zespołu Gówno. Po udanej podróbce szlachetnego punko-polo „Telewizor” z odjazdowym teledyskiem jakiego mógłby im pozazdrościć nie jedna lżąca z generała Jaruzelskiego banda aspołecznych popaprańców, przyszła pora na zmianę. Nadal w konwencji retro, nadal w duchu punkowym, ale już innym – zimno-falowym. „Spowiedź umarłego” ma „to coś” co wyróżniało słowiańską zimną falę. Wszystko jest na swoim miejscu: nie jest przesadnie mechanicznie – zapewne dzięki „gówniarskiemu” wokalowi Maćka Salomona przywołującym skojarzenie z wokalistą Nowo Mowy (kawałek „Dekoder” z tonpressowskiej składanki „Jeszcze młodsza generacja”), a jeszcze bardziej ze śp. Skandalem z Dezertera. Z drugiej strony nie jest też zbyt frywolnie, co jest zasługą nostalgicznego, dwuakordowego podkładu (niby automat perkusyjny + gitara + klawisze). Nie za bardzo wiem co sobie odpowiedzieć na pytanie o celowość projektów tak mocno stylizowanych na przebrzmiałe konwencje, ale w przypadku Gówna jest to zrobione na tyle przekonująco, że nie ciamkam tylko słucham.
posłuchaj

Taulard
Mieliśmy zaszczyt zagrać z nimi jeden z paru najlepszych koncertów na naszej przedostatniej trasie. Kwartet Taulard z francuskiego Grenoble to grupka młodych ludzi związanych z działającym tam od niedawna niezależnym miejscem La B.A.F. Teksty ich piosenek – z pozoru wesołych – traktują o podróżach, o uczuciach, o kolegach którzy wyjeżdżają do większych miast zostawiając protagonistów samych z beznadzieją małych miasteczek. Najdramatyczniejszy jest tekst utworu „31/12/00” – wspomnienie wypadku samochodowego, w którym samochód złamał się w pół („jak bagietka”).

Sercem zespołu jest wokalista, kompozytor wszystkich utworów, (trzeba wam wiedzieć że wszystkie kawałki są rozpisane na nuty, i to w ten sposób chłopaki się ich uczyli) jego rówieśnikiem jest klawiszowiec, a dalej średnia wieku już się znacznie zaniża. Najmłodsze w zespole (14-15 lat) jest rodzeństwo. Dwóch muzykujących bez opamiętania braci – basista i perkusista – jest kształconych muzycznie, co słychać. Punk-rock i szkoła muzyczna to bardzo odległe bieguny, kiedy już się stykają, zazwyczaj mieszanka jest karkołomna. Ja osobiście bardzo tą karkołomność lubię (stąd też cieszy mnie nowe wydawnictwo Oficyny Biedota, the Leszczers). Lubię obserwować w których miejscach, który biegun ustępuje. W tym wypadku ustąpiła punkowa ekspresja, na rzecz precyzji, lekkości. Co prawda takie definiowanie punk-rocka to rzecz dyskusyjna, bo we frankofońskim undergroundzie odnaleźć możemy więcej projektów o takiej ekspresji, a jednak w punk-rock się wpisujących, jak Rene Biname (z niepunkowych przykładów przychodzą mi do głowy artyści z kręgu R.I.O.: Debile Menthol, Etron Fou Leloublan, Ferdinand, Albert Marcoeur…), ale wydaje mi się że zarówno dla punkowych towarzyszy ze wschodu jak i dobrych ludzi zza oceanu – że się posłużę takim retro podziałem – jest to ekspresja z trudem akceptowalna. Przynajmniej z początku. W zasadzie ciężko mi odnaleźć argumenty za tym, co miało by – poza obiektywnymi kwestiami środowiskowymi – łączyć muzykę Taulard z punk-rockiem. A może argumenty nie są konieczne, może wystarczy popatrzeć na ich występy na żywo. Jest w nich pewna – i tutaj pewnie pozostanę już kompletnie niezrozumiany – punkowa skromność. Coś bardziej do poczucia, mniej do zrozumienia. Ale rock’n’roll to to nie jest.
posłuchaj

11 „gettokosmos” (Oficyna Biedota)
To musiało nastąpić. Potencjał Marcina Pryta jako tekściarza i oratora prosił się o rozwinięcie od lat. Prośby te zostały wysłuchane na zeszłorocznej, mojej ulubionej od czasów splitu ze Starymi Singers płycie rodzimej formacji Marcina 19 Wiosen pt. „Pożegnanie ze Światem”. Projekt 11 zdaje się, że z tej ostatniej płyty „dziewiętnastek” pośrednio wyprądkował. Oczywiście po drodze był jeszcze TRYP – w końcu w obu projektach prócz Marcina w składzie znalazł się Paweł Cieślak.

TRYP odebrałem jako ostateczne oderwanie od big-beatowej tradycji 19 Wiosen. To, co odświeżyło formułę zespołu na „Pożegnaniu ze Światem”, już w ramach projektu TRYP wyemancypowało się od niej kompletnie. Przyklasnąłem temu co odebrałem jako świadomy wybór, choć bez przekonania. Akurat tak rozumiana syntetyczność i niejaka „taneczność” rzeczonego projektu do mnie akurat nie trafia (wyjątek: teledyskowa wersja „Jedynej Symfonii”, z – jak to ujął kolega – „bachowskimi” pochodami w finale). Ale 11 to już kolejny stopień wyrafinowania. Mocne kwadratowe bity ustąpiły miejsca co najwyżej ironicznym rytmom syntetycznych podkładów perkusyjnych z banku pamięci keyboardu CASIO; dalej, w miejscu arbitralnych, stricte industrialnych zabiegów mamy abstrakcję szumów, w miejscu przyporządkowanych tyranii praw dynamiki pętli – raczej linearne, bliższe muzyce współczesnej myślenie o kompozycji.

Rockowy mimo wszystko sznyt TRYPa i nowego wcielenia „dzięwiętnastek” nie zdołał zdezynfekować ogarniętej postępującą gangreną nie-komercjalizacji muzyki „gettokosmosu” (brzmi szumnie więc zapraszam do polemiki, chciałbym się mylić). Jeśli od powyższych właściwości zdarzają się ustępstwa, to zawsze świadomie. Tak jak w opartym na techniarskim bicie hymnie „Państwo umarło” lub w naiwnym hicie disco lo-fi „Lala Lala” (jeśli ktoś pamięta split Dezertera z radzieckimi kapelami, na potrzeby wydawnictwa wrzuconymi pod wspólny szyld CCCP, być może podzieli moje skojarzenie). Kiedy słucham „gettokosmosu” przed oczami mam „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina (Krystyna Janda w roli Lala Lali), i masę niezidentyfikowanych scen z filmów o holocauście. O skojarzeniu z historiami Kafki nie będę się rozpisywał, bo i tak ktoś to zrobi za mnie. Proza, również ta science-fiction, nie jest moją dziedziną. Poprzestanę więc na ocenie, że połączenie futurystycznych tekstów Pryta (pesymistycznych acz nie pozbawionych całkiem słusznie zarzucanej mu ironicznej humorystyki a la Janiszewski z Bielizny) oraz kolaży dźwiękowych Cieślaka jest połączeniem spójnym – a więc udanym. Duetowi udało się obszczać całkiem spore terytorium wokół siebie, dzięki czemu ta pozornie klaustrofobiczna forma może być wylęgarnią jeszcze co najmniej kolejnych jedenastu proroczych historii, wykrzyczanych w twarz zbyt rozsiadłego w rzeczywistości III RP towarzysza dreptaka.

Oczywiście, trzeba się będzie jeszcze rozsmakować się w zapachu moczu. Trzeba zaakceptować trud przedostania się przez smród życia, którego obecności projekty w duchu 11 całe szczęście nie ignorują.
posłuchaj

Werner Cee
Nie było mi dane odwiedzić Kina Dźwiękowego w ramach Kongresu Kultury we Wrocławiu a szkoda, bo chcąc wspomnieć o Wernerze Cee posiłkuję się samym Soundcloudem. Artysta ten ma w sobie urzekający luz – co w kręgach akademickiej elektroakustyki jest dla mnie nowością. Jest jak Cpt. Beefheart z laptopem. W swoich słuchowiskach i kompozycjach poza dźwiękami przechwyconymi skądinąd wykorzystuje gitarę basową i głos. Zdarzają mu się nieco alergicznie przyjmowane przeze mnie romanse z rockiem, ale w tym co przesłuchałem dominuje muzyka ocierająca się o field recording. I w taki sposób chce myśleć o Wernerze Cee. Jest akademikiem z otwartą głową i dystansem, a nie pretensjonalnym, prog-rockowym safandułą.
posłuchaj

Od Autora: To koniec podsumowań roku 2011. Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Izie Lach, Michałowi Stambulskiemu oraz Hubertowi i Kubie z The Kurws za swoje autorskie podsumowania. Za rok znowu się odezwę 😉