Muchy – Chcecicospowiedziec

Weekend z Muchami rozpoczynam od recenzji najnowszej płyty poznaniaków.

Jak ten czas szybko leci. Nie tak dawno temu słuchaliśmy na przerwach lekcyjnych pierwsze, brudne i romantyczne przeboje Much a tu już trzeba pisać magisterkę i w między czasie słuchać trzeciego albumu muszek. Minęło sześć lat od debiutu zespołu. W tym czasie wiele się wydarzyło. Były długie trasy koncertowe, występy w tv, Wiraszko zarządzał festiwalem w Jarocinie, zmieniał się skład. Jedynie nie zmieniała się muzyka, która zawsze stała na wysokim poziomie. Płyta „Terroromans” na stałe wpisała się w kanon polskiej muzyki rozrywkowej. Natomiast drugi krążek poznaniaków „Notoryczni Debiutanci” stanowił potwierdzenie wartości grupy. Czym zatem jest trzeci longplay dla Much?

Na szczęście nie muszą już niczego nikomu udowadniać. Znają dobrze swoją wartość, MY, jako słuchacze także ją znamy. Muchy to w tej chwili jeden z najlepszych polskich zespołów. Mimo, że ostatnie zmiany personalne nie wydawały się najlepsze to pozostali tym samym zespołem w których zakochała się spora część słuchaczy muzyki z pogranicza indie rocka. „Chcecicośpowiedzieć” to udana płyta. Dla mnie nawet lepsza od „Notorycznych Debiutantów”, bardziej przypomina mi te stare, dobre piosenki z „Galanterii”. Już sam początek płyty („Robotyka”, „Kurara”) jest mocno gitarowy, brudny i brzmiący tak jakby nagrywali te utwory w jakiejś zasyfionej piwnicy. Dalej jest już troszkę więcej zabawy z brzmieniem. „Wróżby” z mocno wyeksponowanym basem stanowią jeden z najmocniejszych punktów płyty. Świetną prace w tym utworze wykonuje syntezator i klawisze z regionów 3:38.

Dalej mamy singlowe „Zamarzam”, które jest dla mnie taką esencją twórczości Much. Około dwu minutowy, kapitalny utwór z świetną gitarą i jeszcze lepszym tekstem Michała Wiraszki. Apropos tekstów, dalej jest to mocny punkt Much. Jeżeli ktoś jeszcze używa gadu-gadu to dzięki tej płycie będzie miał wiele pomysłów na opis (pamiętacie coś takiego?). W dalszej kolejności na szczególną uwagę zasługuje utwór „Ani słowa”, który pod względem brzmienia jest majstersztykiem. „Wyjątkowo zwyczajnie” jest popisem perkusisty Szymona Waliszewskiego. Na płycie znalazło się także miejsce dla odświeżonego utworu „nie mów”, który znamy z „Galanterii”. To chyba już taka mała tradycja, że na każdej kolejnej płycie Much znajdują się utwory z dema wydanego w 2006 roku.

Świetnym utworem jest również „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który spokojnie mógłby znaleźć się na płycie „Terroromans”. W „Bez noży, bez karabinów” eksplorują bardziej psychodeliczne regiony, natomiast ostatni na płycie „Łu” ma świetny wstęp zagrany na saksofonie tenorowym.

Podsumowując „Chcecicospowiedziec” to bardzo dobra płyta. Pod względem lirycznym dorównuje poprzedniczkom, natomiast jeżeli chodzi o brzmienie to jest ono bardziej rozbudowane. Jest sporo syntezatorów, pojawia się saksofon, kontrabas, są fajne chórki. I co najważniejsze jest to płyta przebojowa i równa. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Andrew Bird – Hands of Glory

Andrew Bird powraca ze swoim siódmym w kolekcji albumem. Czy jest to powrót w tytułowej glorii? Odpowiedzi szukajcie w tekście poniżej.

Folk to jeden z tych gatunków w muzyce, który jest szczególnie przeze mnie ceniony. Obecnie kojarzy się on z czymś naturalnym, tradycyjnym, z jakimś brodatym kolesiem mieszkającym w lesie i śpiewającym o skowronkach. Jednak należy pamiętać, że muzyka folkowa ma bardzo bogatą historię i kilkadziesiąt lat temu była mocno upolityczniona i zaangażowana w życie społeczne. Mimo to Bob Dylan dawno temu porzucił zaangażowany folk dla przyjemnego rocka, a jego miejsce na salonach politycznych zajął Bruce Springsteen. Co w tym wszystkim robi Andrew Bird? Nagrywa dobrą muzykę folkową, tak po prostu.

„Hands of Glory” zaczyna się w piękny sposób. Pierwsze basowe dźwięki „Three White Horses” wywołują ciarki na plecach. Andrew Bird w bardzo urzekający sposób śpiewa: „Don’t dismiss it like it’s easy / Tell me what’s so easy / About coming to say goodbye?”. Istotną rolę w całym utworze odgrywa dziwny dźwięk z okolic 1:24 a także wejście gitary w 2:28. Co do skrzypiec, czyli głównej broni Andrew Bird’a to przypominały mi one w tym momencie pierwsze utwory Arcade Fire. Dalej jest jednak nie mniej pięknie. W podobny spopsób Bird wpływa na nasz nastrój utworem „Spirograph” oraz „Something Biblical”. Sielankowo brzmi jedynie utwór „Railroad Bill”, natomiast partia skrzypiec w „Orpheo” to muzyczna próba przedstawienia wszelkich smutków i depresji związanych z jesienią.

Tak samo jak pięknie się zaczyna „Hands of Glory” to jeszcze piękniej się kończy dzięki „Beyond the Valley of the Three White Horses”, który jest mocno rozbudowaną wersją openera. Andrew Bird wyciągnął z tego utworu absolutne maksimum.

Tematyka całej płyty nie odbiega od kolaboracji uczuć z zjawiskami naturalnymi. Może nie jest zbyt oryginalna, ale gdyby się tak zastanowić to o czym innym chcemy słuchać piosenek? Płyta jest nagrana w bardzo profesjonalny sposób. Bird jest szczery, uroczy, czarujący. Swoim brzdąkaniem na skrzypcach w mocny sposób wpływa na nasz nastrój. Wokalnie może nie jest już tak dobrze, ale pasuje do reszty.Wracając do zadanego na początku pytania można powiedzieć, że to dobra płyta i jak najbarfdziej Andrew Bird może być z niej dumny. Ocena: 7/10.

Propozycje filmowe na Halloween

Dziś halloween, amerykańskie święto nie mające specjalnej tradycji w naszym kraju. Niemniej jednak przygotowałem z tej okazji coś dla was specjalnego. Dwie filmowe propozycje na dzisiejszy wieczór grozy i strachu.

Suspiria (1977). To jeden z  z najbardziej reprezentatywnych obrazów dla gatunku giallo. Giallo czyli włoski, krwawy i tajemniczy thiller w którym zagadka kto jest mordercą wyjaśnia się na samym końcu filmu. Oczywiście to tylko uproszczenie tego wspaniałego gatunku. O giallo można by pisać prace doktoranckie. Za mistrza w tej materii uważa się reżysera Dario Argento. „Suspiria” to klasyczny film Argento, gdzie zagadka morderstw jest iście tajemnicza. Dodatkowo jest on zabarwiony elementami świata nadprzyrodzonego. Pojawiają się opętane zwierzęta, czarna magia oraz prastara legenda o wiedźmie. Film opowiada historię młodej studentki tańca Susy, która przyjeżdża z Nowego Jorku do najbardziej prestiżowej szkoły tańca w Freiburga. Od samego przyjazdu jest świadkiem dziwnych wydarzeń. Dziewczyna, która w podejrzanych okolicznościach opuszcza szkołę tego samego wieczoru ginie. To nie koniec niewyjaśnionych zgonów, gdyż ponury żniwiarz zabiera ze sobą także niewidomego szkolnego pianistę oraz współlokatorkę Susy. Dziewczyna postanawia rozwikłać zagadkę. Niestety nie jest świadoma jak blisko ociera się o piekielne moce. Głównym plusem tego filmu jest to, że trzyma on widza w napięciu od  początku do samego końca. Zagadka morderstw z czasem staje się coraz bardziej jasna, jednak zanim wszystko sobie poukładamy będziemy świadkami wielu niezapomnianych i mrocznych scen. Warto zwrócić uwagę na kolorystkę scen, którą serwuje nam Argento. Jest to istna zabawa z kolorem. Nie zabraknie także typowych scen gore, gdzie krew będzie płynąć strumieniami. Jednak co najważniejsze „Suspiria” nie epatuje zbyt mocno scenami morderstw. Historia jest ciekawa, bohaterowie filmu zróżnicowani i charakterystyczni. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów kina grozy.

Zombieland (2009). To zdecydowanie jeden z najlepszych komedio-horrorów ostatnich lat. Film opowiada kolejną oklepaną historię plagi zombie, która zalewa Świat. Główny bohater, którego imienia nie znamy (został określony Columbus od miejsca do którego zmierza) napotyka na swojej drodze nieznajomego kowboja, który tak jak on walczy o przetrwanie. Postanawiają razem zmierzać na zachodnie wybrzeże. Jednak w realizacji planu przeszkodzi  im duet cwanych sióstr, których pozbawia ich samochodu i broni. Siostry jednak daleko nie uciekły, gdyż zepsuł im się pojazd. Przy następnej konfrontacji bohaterowie postanawiają zachować większą czujność. Po wielu zawirowaniach postanawiają jednak połączyć swoje siłę i zmierzać do Hollywood. Film ten nie wnosi niczego nowego do tematu zombie, jednak serwuje nam ogromną porcję rozrywki. 1-osobwa narracja Columbusa ciekawi i bawi, natomiast mistrzostwem kreacji okazuje się postać Tallahassee zagrana przez Woody’ego Harrelsona. Cały film ogląda się lekko i przyjemnie, nie ma tutaj typowej grozy, która jest zastąpiona gagami. Nie traktujemy poważnie problemu zombie, gdyż sami bohaterowie tego nie robią. Zajmują się swoimi problemami, Columbus martwi się o to, że wciąż jest prawiczkiem natomiast Tallahassee poszukuje swoich ulubionych słodyczy. Mimo to film ten jest idealną propozycją dla tych co chcą w zabawnej atmosferze spędzić halloween.