Recenzje niedokończone – Muzyczne zaległości z 2023 roku

Tradycyjnie już, wróćmy na chwilę do minionego roku by wspomnieć pominięte przeze mnie muzyczne albumy, które warto znać!

Mitski – The Land Is Inhospitable and So Are We. Po Pani Mitski Miyawaki, urodzonej w Japonii a tworzącej w Nowym Jorku Artystce zawsze można się spodziewać dobrej muzyki. Pisałem o niej już wielokrotnie w kontekście płyt takich jak „Be The Cowboy„, „Puberty 2” czy też „Laurel Hallo„. Każda z tych płyt była świetna, i tak samo jest z najnowszym „The Land Is Inhospitable and So Are We„. Krótki (Trwa trochę ponad półgodziny), zwięzły i konkretny materiał to zbiór świetnych kompozycji opartych na niemal grunge’owych gitarowych riffach i melancholijnych melodiach. Najlepsze momenty? „Buffalo Replaced” oraz fenomenalny, kończący całość „I Love Me After You„. Jednak nie chcę tutaj ich wyróżniać, bo całość jest warta uwagi. Poważny kandydat do mojego Podsumowania rocznego, jak i dla organizatorów festiwali. Dlaczego jeszcze jej nie widziałem na Offie albo Tauronie, ja się pytam? Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Animal Collective – Isn’t It Now? Magicy z Baltimore na swoim najnowszym, 12 już albumie ponownie udowodniają, że nie należy o nich zapominać. Co prawda, można śmiało wyjść z tezą, że ich lata świetności to odległa przeszłość. W końcu ostatni album grupy, który coś tak na prawdę znaczył, czyli „Merriweather Post Pavilion” miał premierę 15 lat temu! Jednak bądźmy uczciwi, nie można wiecznie odkrywać muzyki na nowo a chłopaki tak na prawdę wciąż utrzymują swój, dość wysoki poziom. „Isn’t It Now?” Wydaje się być ich najbardziej przystępną i melodyjną propozycją. Nie ma tutaj za wiele eksperymentów ani też szalonych odjazdów. Nie ma także przynudzania, ani dziaderstwa. Ot, przyzwoity krążek. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Wilco – Cousin. Na cóż, mamy rok 2024. Wilco na scenie prawie od 30 lat, na koncie 13 albumów studyjnych, Jeff Tweedy nagrywa już nawet ze swoim synem jako zespół Tweedy a na OFF Festivalu jak nie było zespołu z Chicago, tak dalej nie ma 😉 Taki mały żarcik w stronę Rojka, który o tym Wilco już tyle mówił. Pytanie tylko, czy dalej warto zapraszać ten już legendarny zespół indie rockowy? Myślę, że zdecydowanie tak. Bo mimo, że ich muzyka to nie jest już tak WIELKA RZECZ, to jakoś czuje się spokojniejszy gdy wiem, że oni dalej trwają i robią swoje. A „Cousin” to bardzo przyjemna w słuchaniu płyta, i tak jak jest miła i pogodna, tak też z łatwością wypada z głowy po czasie. Nie mniej warto i tak posłuchać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Baroness – Stone. W 2019 roku grupa Baroness zakończyła rozpoczęty w 2007 roku albumowy poczet kolorów. Swoją drogą do tej pory jestem ogromnym fanem wersji czerwonej. Album „Gold & Grey” wieńczący ten schemat nieco podzielił fanów, a ukazujący się w zeszłym roku krążek „Stone” miał być załagodzeniem sprawy. Grupa na czas nagrań zamknęła się w chatce w lesie (Sprawdzona metoda na znalezienie właściwej równowagi albo zaćpania się na śmierć), dodała parę nowości, poprawiła niedoskonałości i w ten sposób pojawił się „Stone„. Najnowszy album to kwintesencja rocka progresywnego, która wniosła trochę świeżości do ich dyskografii oraz stanowiła zwięzły album bez zbędnych zapchajdziur i kulawych pomysłów. Być może nie wymyślili prochu tym albumem, ale wrócili na właściwy tor. A kamień może będzie teraz zapowiedzią materialnych albumów? Pożyjemy, zobaczymy. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Tinashe – BB/ANG3L. Od wydania „2 On” mija blisko dekada, a ja wciąż mam w pamięci Tinashe jako debiutującą dwudziestolatkę. A w tym czasie artystka z Kalifornii wydała już 6 albumów studyjnych. Chociaż jej ostatni krążek, o którym mowa to zaledwie nieco ponad 20 minut materiału. Bardziej wygląda na EP-kę, ale zwał, jak zwał to w końcu muzyka. A ta jest wyborna na przestrzeni tych 7 piosenek. Świetny R&B, który momentami wchodzi w trapowe brzmienie. A sama Tinashe wciąż uwodzi nas swoim wokalem. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Olivia Rodrigo – GUTS. Urodzona w 2003 roku (Jak powstał mój blog, to miała 4 latka hehe) w Tameculi (Stan Kalifornia) Olivia Isabel Rodrigo to najnowsza ulubienica Pitchforka. Co prawda 20 letnia wokalistka, swój debiutancki album „Sour” wydała dwa lata temu, to jednak na szersze wody wypłynęła za sprawą „GUTS„. Oczywiście rozumiem skąd się wzięły te wszelkie zachwyty. Dziewczyna ma miła aparycję, miły głos i nagrywa przyjemny indie-pop, który wpadnie każdemu do ucha. Mi też wpadł. Pytanie tylko na jak długo tam zostanie? To pokaże czas, póki co ode mnie szósteczka bo przypomniało mi się jak słuchałem 14 lat temu nijaką Hannę Georgas. A wspominam o niej, bo być może za parę lat nas jeszcze bardziej zaskoczy. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

James Blake Playing Robots Into Heaven. Szósty album w dorobku londyńczyka to pozycja znacznie mniej mainstremowa i bardziej wymagająca w odbiorze. Jednocześnie nie jest on wcale gorsza od poprzednich wydawnictw muzyka, gdyż ten przyzwyczaił słuchacza już do wysokiego poziomu swoich produkcji. Tym razem trafiamy w sam środek ambientowej potańcówki, gdzieś w zadymionym berlińskim klubie. Zatańczymy, jednak będzie to bardziej wyrafinowany taniec. A Sam Blake ma przy tym wciąż wiele uciechy. Generalnie kapitalna płyta z świetnym cyfrowym klimatem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

PRO8L3M – PRO8lXM. Trudno nie wspomnieć na łamach bloga ważnego jubileuszu jaki obchodził w minionym roku hip-hopowy duet PRO8L3M. 10 lat od muzycznego debiutu, ale to strzeliło! Kurczę, w sumie to pamiętam jak Myslovitz obchodził taki jubileusz i wtedy wydawał mi się to taki kawał czasu… A było to dwie dekady temu! Wróćmy jednak do samego Oskara i Steeza. Mam do nich ogromny szacunek bo wnieśli wiele świeżości na polską scenę hip-hopową. Wszyscy pamiętamy przecież legendarne „Art Brut„, ale przecież debiutancki krążek „PRO8L3M„, czy też „Ground Zero Mixtape„, „Art Brut 2” czy też „Widmo” mają swoje kozackie momenty. Chłopaki wypracowali swój własny styl polegający na łączeniu wstawek retro z futurystycznymi, nowoczesnymi bitami. Na PRO8LXM wciąż to robią, tylko ma to niestety mniejszą siłę rażenia. Płyta nie spotkała się z gorącym przyjęciem wśród krytyków i słuchaczy, jednak polecam wrócić do materiału po czasie i wtedy wyrobić sobie zdanie. Bo początkowo także wydawała mi się strasznie schematyczna i ograna, jednak po czasie wyłapuje więcej na niej smaczków. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Blur – The Ballad of Darren. Macie też takie poczucie, że to najbardziej pominięta płyta minionego roku? W końcu to Blur wydaje nową płytę i jakoś wszelkie reakcje, gdzieś gubią się po drodze. A pamiętam przecież, ile emocjo towarzyszyła premiera „The Magic Whip” kiedy to zespół powrócił do nagrywania po 12 latach. Teraz minęło również nie mało, bo 8 równych lat. I gdzieś ta informacja zaginęła pomiędzy 5 sekundowymi filmikami, szybkimi informacjami, postami na insta i wszelkimi wiralami. Żyjemy szybko, informacja szybko pojawia się i równie szybko umiera. Czy mamy w ogóle czas na wsłuchanie się w powolne, nostalgiczne melodie Blur i życiowe mądrości Damona Albarna? Warto trochę się zatrzymać, posłuchać „The Ballad of Darren” bo to bardzo ładna i mądra płyta. I należy pamiętać, że lata 90 się już dawno skończyły a pałowanie się o wyniki sprzedaży pomiędzy Blur i Oasis już nie ma sensu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

billy woods / Kenny Segal: Maps. To z pewnością najlepsza płyta hip-hopowa w starym stylu minionego roku. Dlaczego w starym stylu? Zapomnijcie o auto-tunie i dyskotekowych bitach. Tutaj mamy klasyczny, nieco toporny flow woodsa oraz ponure, jazzowe bity stworzone przez Segala. Swoją robotę robi przede wszystkim kapitalna produkcja oraz zestaw gościnnych występów, gdzie pojawiają się m.in. Danny Brown czy też Aesop Rock. Album jest także zwięzyły, gdyż składa się z 17 krótkich utworów, które w połączeniu dają materiał trwający trochę mniej niż połowa piłkarskiego meczu. To nie pierwsza współpraca wooda z Segalem, ale pierwsza, która dała tak wyśmienity efekt! Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Co tam głośniki grają – Przegląd płyt z ostatnich miesięcy

Nie był to mój najlepszy okres jeżeli chodzi o przesłuchane nowe wydawnictwa muzyczne. Jeżeli czegoś słucham, to mojej giga playlisty z paroma dniami muzyki, która najlepiej sprawdza się podczas budowania domu. Nie mniej udało mi się sprawdzić parę nowości, o których dowiecie się z poniżej zbiorowej recenzji.

Wednesday – Rat Saw God. Dobry indie rock w cenie. Zawsze to powtarzam. To także mój mały rytuał by raz rocznie wygrzebać coś świeżego z tego gatunku. Padło na band z miejscowości Asheville z stanu Karolina Północna. Mimo, że to piąty album grupy to brzmi jak debiut. Wednesday udało się wykrzesać prawidłową energię i świeżość, by nie być w zasadzie kolejnym zamulającym indie rockowym zespolikiem. Ich tematyka może nie jest oryginalna, bo wokalistka Karly Hartzman śpiewa o typowych sprawach dla małomiejskiej społeczności a w ostre gitarowe riffy włamują się czasami elementy typowego amerykańskie folku kojarzonej z tamtejszym zadupiem. Czy szczur zobaczył Boga? Tego nie wiem, ale mogę Wam polecić ten krążek. Bo jest w dechę. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Andre 3000 – New Blue Sun. To była jedna z tych płyt, która mnie totalnie zaskoczyła w tym roku. Odpalając ją byłem spragniony fajnego, odkrywczego rapu. Bo wiecie, Andre3000 to w końcu członek legendarnej grupy OutKast, która poza singlem „Hey Ya!” wydała wiele legendarnych rapsztosów jak chociażby album „Stankonia” czy też „ATLiens„. Jak wielkie moje było zaskoczenie gdy otrzymałem spokojną, nieco medytacyjną muzykę instrumentalną. No, ale tytuł pierwszego utworu to wszystko bardzo ładnie tłumaczy: „I Swear, I Really Wanted to Make A „Rap” Album But This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time„. I tak otrzymujemy ambientową podróż, która trwa prawie tyle samo co piłkarski mecz. Jest momentami dziwnie, a czasami zaskakująco fajnie. Uwierzcie, że idzie się odprężyć przy tym zestawie i warto mu dać szansę, bo to dobra muzyka jest. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Travis Scott – Utopia. O tym, że nie jestem wielkim fanem Travisa Scotta oraz samego nowego wydania trapu wiecie już pewnie z moich wcześniejszych recenzji. Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do najnowszego krążka rapera z Houston w stanie Teksas. Okazało się, że „Utopia” dość konkretnie mi spasowała. Nie wiem ile w tym zasługi seansu serialu „Your Honor„, gdzie dość często słychać trapy. Jednak słyszę, że Scott się wyrobił i nie jest to typowe rapowe pizganie jak w „Astroworld” czy przynudzanie w stylu Migos. Dobrze, że nie przekreśliłem całkowicie chłopa bo zaczął nagrywać porządną muzykę, która już nie okapuje z każdej strony auto-tunem podkręconym na kurwa milion. Pytanie tylko, czy to ja jestem zacofany i się nie znam, skoro doceniam jego najmniej doceniony przez resztę album? Najlepiej posłuchać samem i wyrobić swoje własne zdanie. Ode mnie ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Drake – For All The Dogs. Z Aubreyem Grahamem łączy mnie specyficzny więź. Wielbię jego twórczość i nienawidzę jednocześnie. Jego najnowsza płyta „For All The Dogs” brzmi identycznie jak jego 5-6 ostatnich albumów i tak samo jak jego kolejne trzy krążki, które pewnie ukażą się w przyszłym roku. Nie słyszałem ich (Bo ich jeszcze nie ma!), ale już teraz wiem, że to będzie to samo. A skąd to wiem? Bo Drake już od paru lat gra jak zacięta płyta. Jestem w stanie rozróżnić utwory z jego pierwszych albumów do „Views„. Reszta zlewa się w jedną papkę. Ale wiecie co? To jest na tyle dobre, że wciąż to słucham i doceniam. I będę pewnie dalej to robił. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Dystymia – Wszystko zostało już powiedziane. Czy wszystko już zostało powiedziane? Powiem więcej. Mam wrażenie, że już wszystko zostało zagrane w muzyce. Dowód? Omawiana EP-ka mikołowskiego bandu Dystymia. Jakiś czas temu przykuli moją uwagę dość udanym coverem utworu „Komputery” nieodżałowanej grupy Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na „Wszystko zostało już powiedziane” kontynuują wątek zespołu z Świebodzina, próbując wejść w kostium Marcina Zagańskiego i reszty. I to wcale nie jest złe, bo przecież członkowie KDZKPW także przenosili brytyjskie brzmienia indie rocka na nasze podwórko, a po przerwaniu działalności pojawiła się spora luka, którą należałoby wypełnić. I tutaj pojawia się Dystymia, która stara się być takim mikołowskim Kombajnem. I jasne, wokal Kamila Rykowskiego nie ma tej samej mocy co legendarna chrypka Zagana, teksty nie są tak samo liryczne i piękne jednocześnie a brzmieniu gitar jeszcze daleko do tych z „Połączenia” czy „Waniliowego Nieba„. Jednak chłopaki są z Mikołowa, więc wiem jak jest. Mają już bazę na stworzenie czegoś fajnego, no i szacunek za inspiracje Kombajnem. Ja wciąż czekam na powrót tej grupy, chociaż wiem, że z każdym nowym rokiem jest to coraz mniej prawdopodobne. Póki co mogę polecić zainteresowanie się Dystymią, ja będę na pewno śledził rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Epicka 70-tka jaszczura – recenzja filmu „Gojira: Minus One”

W nadchodzącym roku będzie miała miejsce 70 rocznica premiery filmu „Gojira„, który w Polsce jest znany jako „Godzilla – Król Potworów„. W związku z tym japońska wytwórnia filmowa Toho wypuściła do kin najnowszy film z serii, który obok pierwowzoru w reżyserii Ishiri Hondy jest najlepszym filmem o jaszczurze w bogatej, w ponad 30 filmów kolekcji. Recenzenci i fani filmowi rozpisują się w samych superlatywach o najnowszej produkcji Toho. Co jest o tyle zaskakujące, gdyż na tak dużą ilość filmów o Godzilli tylko garstka była dobrym kinem. Nawet amerykańskie wersje tego uniwersum mogą co najwyżej się pochwalić tylko jedną, dość udaną wizją Garetha Edwardsa z 2014 roku. Reszta tych filmów jest mocno rozczarowująca i bez ducha japońskiej Gojiry.

W czym tkwi sukces filmu „Gojira: Minus One„? Przede wszystkim nie jest to film wyłącznie o 50-metrowym gadzie rozwalającym budynki. W końcu, ktoś wpadł na pomysł by film o Godzilli miał sensowny scenariusz, wiarygodnych bohaterów i ciekawą historię ludzką. I to wszystko otrzymujemy w filmie Takashiego Yamazaki. Mamy rok 1945, jest końcówka II Wojny Światowej na Pacyfiku. Japoński pilot kamikadze Shikishima Koichi (w tej roli Ryûnosuke Kamiki) nie wypełnia swojego samobójczego obowiązku i pod pretekstem awarii samolotu ląduje na wyspie Odo, gdzie znajduje się baza wojskowa. W tym samym czasie na wyspie pojawia się potwór, który określany jest przez miejscowych jako Gojira. Shikishima jako jeden z nielicznych przeżywa atak i wraca do zniszczonej wojną Japonii. Na miejscu jednak się okazuje, że jego rodzina nie żyje a on sam nie jest mile widziany, ze względu na niespełnioną misję wojenną. W ruinach dawnego domu, próbuje stworzyć nowy z świeżo poznaną dziewczyną Noriko (W tej roli Minami Hamabe) i uratowanym z wojny niemowlęciem. Powoli wracający do normalności świat Shikishimy ponownie zostanie zaburzony, gdyż do kraju zbliża się Gojira, która niszczy wszystko na swojej drodze…

Jak widać z opisu fabuły, film „Gojira: Minus One” zawiera w sobie wiele z melodramatu o próbie układania życia na nowo, skutkach wojny i ciężkim okresie odbudowy Japonii. Stąd w nazwie te „Minus One”. Chodzi o to, że po IIWŚ Japonia zaczyna od zera, jednak atak Gojiry powoduje, że tak na prawdę jest to już wynik na minusie. Pokazana Japonia z lat 1945-47 wygląda wiarygodnie i tak samo przerażająca jak Warszawa z 1945. Wszędzie gruz i zgliszcza, głodujący ludzie oraz bezrobocie.

Postacie, zarówno pierwszoplanowe jak i te dalszoplanowe, są złożone i dobrze napisane. Główny bohater Shikishima – to postać, którą męczą wyrzuty sumienia z powodu nieudanej misji kamikadze oraz wydarzeń z wyspy Odo. Z jednej strony pragnie założyć nową rodzinę i chce dalej żyć, z drugiej czuje się niegodny drugiej szansy. Jego siostra ma pretensje do niego, że przeżył. Uważa, że jego ucieczka była przyczyną śmierci rodziców oraz jej dzieci. Jednak i ona z czasem pomaga jego nowej rodzinie, i stara się iść do przodu. Oishi Noriko ma również swoje wady i zalety. Z jednej strony kradnie, by przeżyć. Z drugiej zajmuje się nie swoim dzieckiem. Z czasem jej relacja z głównym bohaterem nabiera typowo małżeński schemat. Mamy tutaj także dobrze zgraną paczkę wyławiaczy min, mechanika samolotów Tachibanę no i żołnierzy z Wyspy Odo.

Okazuje się, że sama Godzilla nie jest najważniejsza w tym filmie, ale jest równie istotna. To ponownie symbol japońskiego lęku i traumy po atakach jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki. Na przestrzeni tych 70 lat nasz wielki jaszczur był pokazywany różnorako, w filmie Yamazakiego jest ponownie niszczycielskim żywiołem. Warto wspomnieć, że to pierwszy japoński film, gdzie Gojira jest całkowicie stworzona przez efekty komputerowe. Nawet w ostatnim (dość dobrym) „Shin Gojira” z 2016 roku mamy do czynienia z gościem w gumowym kostiumie. I jak na śmiesznie niski budżet filmy (15 milionów dolarów) radioaktywna jaszczurka wygląda wspaniale! Efekty specjalne są świetne, a sam potwór wygląda przerażająco jak nigdy dotąd. Jej zachowanie przywołuje na myśl rekina ze szczęk czy też ksenomorfa z Obcego, gdyż jest po prostu maszyną do zabijania i niszczenia bez jakiegoś celu czy też wytłumaczenia. Jest nieprzewidywalna niczym żywioł, i to jest w niej najstraszniejsze. Co więcej jej radioaktywny podmuch, po raz pierwszy nie jest jakimś świecącym laserem jak z „Gwiezdnych Wojen” a bardziej przypomina wybuch bomy atomowej. Mam nadzieję, że ta wizja Godzilli pozostanie na dłużej i nie będzie przypominać człowieka jak w starych filmach z serii, czy też tych najnowszych z amerykańskich produkcji, gdzie gad się śmieje czy też biegnie niczym rambo.

Oczywiście, film ma również swoje wady. Dla europejskiego widza, nadekspresyjność okazywania emocji przez japońskich aktorów może wydawać się dziwna lub co najwyżej sztuczna. Nie przypadła mi do gustu zbyt ckliwa końcówka filmu. I też pewne zbiegi okoliczności w filmie wydawały mi się zbyt naciągane. Jednak są to drobnostki, gdyż człowiek oglądający hollywoodzkie blockbustery musi przymykać oko na większe głupoty. Największą zgrozę jednak budzi sposób dystrybucji tego filmu w Polsce. Pokazuje go tylko jednak sieć multipleksów i to w znacznie okrojonym wymiarze jednego, góra dwóch seansów na dzień. Szkoda, bo to na prawdę bardzo dobry film, który zasługuje na większą uwagę niż nadchodząca kolejna część monsterverse „Godzilla x Kong” czy też obecnie pokazywany serial „Monarch: Dziedzictwo Potworów„.

Podsumowując, „Gojira: Minus One” to film warty zobaczenia, nie tylko dla fanów serii. Najnowsza Godzilla idealnie łączy w sobie kino wojenne, melodramat oraz kino katastroficzne. Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Poza tym to najlepszy film z tej serii od czasu pierwszej części Ishiro Hondy z 1954 roku. Japończycy godnie uczcili 70 urodziny naszego wielkiego jaszczura. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.