Marudzenie o Marauder – recenzja najnowszej płyty Interpolu

O tym, że od 2002 roku, czyli roku w którym wydany został album  „Turn on the Bright Lights” nowojorska grupa Interpol jest na równi pochyłej, chyba nie muszę nikomu zbytnio udowadniać. Oczywiście można się sprzeczać co do „Antics” (które mocno szanuje), jednakże każda kolejna płyta grupy była gorsza. Na tyle gorsza, że w 2010 roku Paul Banks z ekipą doszli do tak marnego poziomu wydając „Interpol„, że wydawało się, że to koniec.

Otóż drodzy czytelnicy,to jeszcze NIE koniec tej zasłużonej gitarowej grupy. Interpol postanowił po raz kolejny powrócić z nowym materiałem. Bardzo chciałbym w tym miejscu napisać, że warto było czekać te kilka lat. Chciałbym też napisać, że jest to genialny powrót na miarę My Bloody Valentines czy też The Avalanches i że nowy materiał jest kapitalny. Otóż niestety, nie mogę tak napisać. Co prawda czuć na tym krążku nieco świeżości, a sama grupa już tak śmiertelnie nie zaraża nudą jak na dwóch poprzednich longplayach. Jednak, gdyby wymazać ją z muzycznych premier tego roku to nie zmieniłoby się absolutnie nic. Świat przeżyje bez nowej muzyki Interpolu.

Mocną stroną „Marauder” są single. Zarówno otwierający całość „If You Really Love Nothing” jak i „The Rover” mogą się pochwalić chwytliwością i całkiem zgrabnymi gitarowymi riffami. „Number 10” może się podobać, ale nie jest to kawałek który zapada zbytnio w pamięci. I to w zasadzie tyle. Trochę mało, by mówić o udanym krążku. Reszta utworów to poprawne wypełniacze, do których raczej nie będzie się wracać latami, tak jak w przypadku „Turn on the Bright Lights„. Trochę szkoda, że Nowojorczycy wpadli tak szybko w etap zjadania własnego ogona, jednak na pocieszenie dodam, że jest jakieś małe światełko w tunelu. Ich notowania nieco wzrosły. Także, kto wie? Może za parę lat wrócą do formy? Ocena: 5/10.

Black metal dla hipsterów – recenzja Ordinary Corrupt Human Love

Czwarty album kalifornijskiej grupy Deafheaven to kolejna porcja black metalu podana w taki sposób, że strawi go każdy fan lekkiej, gitarowego „plumkania”. Wierni wyznawcy ciężkiej muzyki mogą nie przełknąć niektórych bardziej softowych momentów, natomiast screamo wokal na dłuższą metę mogą być męczące, jednak jeżeli dacie szansę tej płycie, to się nie zawiedziecie. Amerykanie już na poprzednich albumach udowodnili, że black metal to nie wszystko. Na „Sunbather” oraz „New Bermuda” ciężkie brzmienia starali się łączyć z shoegazowymi wstawkami do tego stopnia, że określono ich muzykę „BLACKGAZE”.

Natomiast na najnowszym albumie „Ordinary Corrupt Human Love” sięgają po zupełnie odmienne motywy i wrzucają go do mocarnego gara black metalu. Już rozpoczynający całość „You Without End” może nam się pomylić z melodyjnym popem Sama Smitha czy innej Adele. W „Honeycomb” dostajemy ponad 12-minutową mieszankę różnych stylów, jednak to na „Canary Yellow” zdecydowanie się najwięcej dzieje. Początek może kojarzyć się z szkotami z Mogwai bawiącymi się w melodyjne granie, później wskakuje scremo wokal i zaczyna się black metalowa jazda bez trzymanki. Jednak to dla samej końcówki warto wytrwać blisko 12 minut, by usłyszeć te wspaniałe chórki. Następny w kolejności „Near” brzmi jak Interpol, który wrócił po miesięcznym pobycie na Islandii. Kolejny gigant z płyty „Glint” zaczyna się mocno indie rockowo by jeszcze przed trzecią minutą dać kopa. „Night People” to najbardziej nie pasujący do reszty utwór, co nie oznacza, że jest najgorszy. Po rozwałce, którą mieliśmy wcześniej otrzymujemy wymieszany wokal damsko-męski, który może przypominać stylistycznie „I’ve Seen It All” nagrany przez Bjork i Thoma Yorke’a. Całość kończy klimatyczne i najbardziej hardkorowe na płycie „Worthless Animal„.

Niektórzy zarzucają Deafheaven brak zdecydowania, którą drogą chcą podążać. Oczywiście zarzut ten należy za każdym razem głośno wyśmiać. To tak jakby powiedzieć Radiohead, że albo grają brit pop, albo bawią się elektroniką bo inaczej nigdy nie będą dobrzy. Przecież mieszanie gatunków w muzyce, filmie czy też w sztuce ogólnie to tak stara rzecz, że aż oczywista. A to, że chłopaki wymyślili sobie zrobienie z black metalu coś więcej niż zwykłą napierdelankę to tylko szacunek dla nich. Drugi częsty zarzut recenzentów to rzekome przynudzanie i zbyt długie utwory. Serio? Przecież na tej płycie się tak wiele dzieje, że nie sposób się nudzić. Przywołam ponownie utwór „Canary Yellow„, który jest muzycznym rollercoasterem, który można podzielić na kilka części i każda prowadzi to wspaniałego kulminacyjnego finału. Co do długości tracków, to fakt są długie. No, ale jeszcze nie słyszałem by ktoś skrytykował „Ojca Chrzestnego” za to, że trwa 3 godziny.

W mojej ocenie „Ordinary Corrupt Human Love” to najlepsza płyta Deafheaven. Mocno zróżnicowana, wciągająca, łamiąca schematy i po prostu dająca zdrowego kopa. Chłopaki się rozkręcili na dobre i całkiem możliwe, że nagrali najlepszą gitarową rzecz tego roku. Dla mnie bomba. Kusi mnie przesłuchanie tej płyty na żywo już w najbliższym czasie w Poznaniu. Ocena: 9/10.

Sowa lepsza od skorpiona – recenzja albumu „Scorpion” Drake’a

Napisanie czegoś nowego i odkrywczego na temat Drake’a to rzecz wybitnie trudna, a wręcz niemożliwa. Sam artysta daje ku temu powody, gdyż w jego stylu i sposobie rapowania od dłuższego czasu nie wiele się zmienia. Po prostu stary, dobry Aubrey nagrał kolejny materiał (W zasadzie piąty pełnoprawny longplay), który może nie podbił serc recenzentów, ale sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie będę jednak pisał o komercyjnym sukcesie płyty, bo to raczej sprawa drugorzędna dla fana porządnego rapowego gówna.

Nie wiem czy „Scorpion” to najmniej udany czy też wręcz najgorszy krążek Kanadyjczyka w dyskografii. Wiem, jednak na pewno, że jest tak samo za długi, nierówny i przegadany jak ostatnie krążki rapera („More Life„, „Views„). W zasadzie nie wiem co sądzić o tym materiale. Drake wypuścił totalny misz masz wszystkiego, który nie ma żadnego konkretnego kierunku. W dodatku piosenek jest tyle, że podzielił to na dwa krążki. Najgorzej. Po drugiej stronie Kanye West (który też raczej nie wybił się w tym roku czymś specjalnym) skondensował esencję swojej twórczości i postawił na krótki materiał, co w mojej ocenie jest lepszym działaniem.

Podobno CD1 miał być bardziej hip-hopowy, a CD2 melodyjny. Podobno. Poza „Summer Games” i „Nice For What” próżno szukać tutaj melodyjnych i zahaczających o pop kawałków. Topornego i pretensjonalnego hip-hopu jest znacznie więcej. Pan Graham ponownie stosuje swój ulubiony zabieg przerostu formy nad treścią. Na przemian przechwala się wrzucając hasła typu „My Mount Rushmore’s me with four different expressions” by za chwilę zamienić się w potulnego maminsynka i wyznać, że kocha tylko swoje łóżko i mamę. Na znacznie wyższym poziomie stoi produkcja płyty. Wiele beatów, pomimo tego, że nie wyznacza nowych standardów to wpadła mi do gustu. I tak „Nonstop”, „I’m Upset” czy też „After Dark” to rzeczy mocno porządne jak niemieckie samochody. Drake nie angażował też zbyt wielkiej ilości artystów przy występach gościnnych. Pojawia się Jay-Z, Ty Dolla $ign, Static Major i uwaga sam Michael Jackson (A w zasadzie zarejestrowany kiedyś tam krótki fragment  króla popu).

Scorpion” to album monotonny, przegadany, momentami zajebisty (Jak to Drake), ale częściej nudny i bezbarwny. Dzięki głośnemu beefowi z Pushą T i faktu, że na płycie przyznał się do posiadania syna liczba odsłuchać na portalach streamingowych zgadza się, i to bardzo. Mnie to jednak nie rusza, i raczej wiem, że nie wrócę prędko do tego materiału. Albo inaczej. Wrócę, ale do pojedynczych utworów. Do całości już na pewno nie. A to chyba nie najlepiej świadczy o całości, prawda? Ocena: 5/10.