Test zaliczony! – Recenzja „TESTING” A$AP Rocky’ego

Już listopad a ja piszę o płycie, która pojawiła się grubo przed wakacjami. Klasyka w moim wykonaniu. Jednak tym razem nie chodziło o „brak czasu” czy też „ważniejsze projekty”. Potrzebowałem po prostu czasu na wyrobienie zdania na temat tego krążka. Podejrzewałem, że tak będzie, gdyż po pierwszych odsłuchach „TESTING” nie trafiło do mnie wcale. Jednak nie pierwszy raz obcuje muzyką w ogóle, w tym z wydawnictwami Rakima Mayersa. O ile „At.Long.Last.A$AP” czy też „Long.Live.A$AP” (dobrze, że nazwa nowej płyty już nie jest w tej konwencji) przypadło mi do gustu już po pierwszym odpaleniu, to jego najnowsza płyta tak łatwo nie miała. Miałem jednak wewnętrzne przeczucie, że jeśli dam tej płycie czas to bardziej ją docenię. I się nie myliłem. Jak to często bywa sekret tkwi w szczegółach, a te nie były widoczne od razu.

A$AP Rocky testuje nowe rozwiązania i odbija w zupełnie inną stronę, niż można by sądzić. Początkowo mocno filtrował z mainstreamem (co nie jest złe) nagrywając kawałki z Skrillexem, Rodem Stewardem czy też Maroon 5. Na „TESTING” już takich zapędów nie znajdziemy, gdyż Rocky uderza w zupełnie inne klimaty. Płyta jest przede wszystkim różnorodna brzmieniowo. Sporo tu trapowych zapędów w lata 90, ale nie brakuje zabawy z elektroniką czy też kawałków z gęstym, jazzowym klimatem jak u King Krule.

Szczególnie do gustu przypadł mi kawałek „Fukk Sleep” z gościnnym udziałem wspaniałej jak zwykle FKA Twigs. Kawałek ma swój niepowtarzalny klimat i chyba najbardziej zapada w pamięć z całego zestawu. Uzasadnione są także zachwyty nad „A$AP Forever„, gdzie pojawia się sampel z „Porcelain” Moby’ego. Hymnem moich wakacji było „Praise The Lord (Da Shine)” z fajnym flecikowym motywem i wejściem Skepty. Na plus zaliczyć można również otwierające całość „Distorted Records„, dość mozolne „OG Beeper” oraz kończące całość „Purity„, w którym mocno swoją obecność zaznaczył Franky Frank Ocean.

Muzyczne eksperymenty Rakima Mayersa przypadły mi do gustu. Nowe motywy, nowe tropy, nowe trapy. A$AP Rocky nie podąża za trendami, on je tworzy. „TESTING” to udany album, jednak nie bez wad. Przede wszystkim jest to materiał nierówny, gdyż wcześniej wymienione utwory równoważą inne mniej udane. Jednak jak sama nazwa wskazuje produkty jest w fazie testowej, efekt finalny z całą pewnością będzie lepszy. Ocena: 7/10.

Halloween w stylu retro – 5 klasycznych horrorów, które trzeba zobaczyć

Jako oddany fan gatunku jakim jest horror, z wielką przyjemnością wyłapuję wszelkie odniesienia do klasycznych filmów grozy w nowych produkcjach. Pewnie sami zauważyliście, że w tego typu filmach często główni bohaterowie w wieczór halloween oglądają stare, czarno białe produkcje z lat 30 i 40. Dziś te film, nie straszą tak jak kiedyś. Niemniej warto je zobaczyć, dlatego przygotowałem dla was krótką listę klasycznych horrorów na wieczór halloween.

Dziwolągi / Freaks (1932, reż. Tod Browning). Film Toda Browninga można spokojnie nazwać jako jeden z najbardziej szokujących i kontrowersyjnych horrorów XX wieku. „Dziwolągi” przez prawie 30 lat był zakazany w wielu krajach i w pewnym sensie zakończył karierę filmową reżysera. Wszystko za sprawą tematu i obsady aktorskiej wykorzystanej w filmie. Główni bohaterowie to prawdziwi artyści z objazdowego cyrku tzw. „Freak Show„. Mamy tutaj zarówno karłowatą parę, dzieci z deformacjami, kobietę z brodą czy też mężczyznę bez kończyn. Fabuła skupia się na intrydze zaplanowanej przez piękną aktorkę Cleopatrę i siłacza Herkulesa. Kobieta uwodzi karła Hansa, by przejąć jego bogactwa. Nie zdaje sobie jednak sprawy do jakich konsekwencji doprowadzi jej niecny plan. Na początku wpisu stwierdziłem, że stare horrory raczej już nie straszą tak jak kiedyś. „Freaks” to wyjątek od reguły, gdyż ponad 80 lat po premierze wciąż wywołuje te same reakcje u widza. Jest to film mocny, obrazo twórczy i z wyjątkowo wstrząsającym finałem.

Furman Śmierci / Korkarlen (1921, reż. Victor Sjostrom). Podobno reżyser Victor Sjostrom przygotowując się do nakręcenia tego filmu przebierał się za biedaka i zapuszczał się w najbiedniejsze rejony Sztokholmu. I trzeba przyznać, że opłaciło się to poświęcenie, gdyż dziś szwedzka produkcja uchodzi za arcydzieło i często pojawia się w zestawieniach najlepszych filmów grozy. Fabuła opowiada historię trzech pijaków którzy w sylwestrową noc opowiadają sobie legendę o furmanie śmierci. Historia ta mówi, że grzeszna osoba, która jako ostatnia umrze w roku kalendarzowym przez cały następny rok musi jeździć wozem śmierci i zabierać dusze umarłych. Tak się składa, że w wyniku szamotaniny jeden z nich traci przytomność i przybywa po niego Śmierć ze swoim wozem. Głównym atutem tego obrazu jest fakt, że pod pewnym względem był pionierski na swego czasu. Nie typowa konwencja ukazująca retrospekcje nie była w tamtym czasie często używana, a film świetnie mieszał w sobie realizm z fantastyką. Najważniejszy jest jednak wpływ jaki miał na późniejsze filmy i twórców takich jak Ingmar Bergman, F.W. Murnau,  Fritz Lang czy też Stanley Kubrick.

Gabinet Doktora Caligari / Das Cabinet des Dr. Caligari (1920, reż. Robert Wierne). Do małego miasteczka przybywa hipnotyzer, gdzie zdobywa sporą widownie, której szczególnie przypadł do gustu medium somnambulik Cezar. W tym samym czasie dochodzi do serii morderstw. Przyjaciel jednego z zamordowanych, Francis, odkrywa ponury sekret – hipnotyzer jest reinkarnacją morderczego doktora Caligari, który zabijał, posługując się medium. „Gabinet Doktora Caligari” to jeden z najlepszych przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu. Oko cieszą piękne i nietypowe scenografie i kostiumy. Ucho natomiast jest dopieszczane kapitalną muzyką. Historia jest wciągająca, jednak największe wrażenie robi finał historii, który był podrabiany w wielu późniejszych obrazach. Tak jak wcześniej wymienione obrazy przeze mnie, ten też jest zaliczany to klasyki i największych arcydzieł kina, dlatego wstyd nie znać.

Nosferatu – Symfonia Grozy / Nosferatu, eine Symphonie des Grauens (1922, reż. F.W. Murnau). Chyba do żadnego filmu o wampirach nie odwoływano się tak wiele razy jak do dzieła F.W. Murnau. Wystarczy wspomnieć takie tytuły jak „Dracula„, „Znak Wampira„, remake Wernera Herzoga „Nosferatu” czy też niedoceniony „Cień Wampira„, który opowiada historię kręcenia filmu przez niemieckiego reżysera. Obok wspomnianego wcześniej „Gabinetu Doktora Caligari” film ten też zalicza się do niemieckiego ekspresjonizmu. Fabuła film opiera się na książce Brama Strokera i ponownie opisuje historię agenta nieruchomości, który w celu podpisania umowy udaje się do zamku hrabiego Orloka, który przez miejscową ludność jest uznawany za wampira. Największym atutem jest już legendarna kreacja samego Nosferatu, którą stworzył Max Schreck. Aktor tak mocno się zaangażował w rolę, że przez cały czas zdjęć nie zdejmował swojego stroju i spał w drewnianej skrzyni. Warto także zwrócić uwagę na kapitalne zdjęcia, mroczny klimat i unikatowa muzykę. F.W. Murnau stworzył arcydzieło, które wpisało się do kanonu kina na zawsze.

Wilkołak / The Wolf Man (1941, George Wagner). Nie mogło na mojej liście zabraknąć dzieła z studia Universal w którym nie grałby mistrz Bela Lugosi. Ba! Nie mogło zabraknąć filmu o wilkołaku (moim ulubionym temacie horrorów). Po śmierci brata Larry Tabot wyjeżdża do rodzinnej Szkocji. Na miejscu odwiedza cygański obóz, gdzie zostaje zaatakowany przez Bela (W tej roli Lugosi), który zamienia się w wilkołaka. Larry zabija stwora, jednak zostaje ugryziony. Od tego momentu zaczną się jego prawdziwe kłopoty. Ok, może „Wilkołak” Wagnera nie jest tak pionierskim obrazem jak wcześniej wymienione przeze mnie filmy, a fabuła nie jest oryginalna i zaskakująca. Nie mniej jest to esencja i creme de la creme lat 30 i horrorów produkowanych przez studio Universal. Obok „Draculi„, „Frankenstaina„, „Niewidzialnego człowieka” i „Mumii” to właśnie „Wilkołak” jest najlepszym przedstawicielem horrorów tamtych czasów.

 

 

Jak muzyka do filmu, to tylko u Thoma Yorke’a – recenzja soundtracku Suspirii

To nie pierwsza przygoda z muzyką filmową dla Thoma Yorke’a. 18 Lat temu wokalista Radiohead wraz z Bjork nagrał utwór „I’ve Seen It All” specjalnie na potrzeby filmu „Tańcząc w ciemnościach„. Druga próba miała miejsce w 2015 roku przy okazji wydania piosenki „Spectre„, która ostatecznie nie znalazła się w filmie z Jamesem Bondem. Pomimo tego anglik nigdy nie miał okazji stworzyć całego soundtracku filmowego, dlatego propozycja by stworzył ścieżkę filmową do remake’a klasycznego już horroru Dario Argento była dla niego zaskoczeniem.

Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością. Zaprezentowany wcześniej utwór „Suspirium” przykuł moją uwagę do tego muzycznego wydarzenia. A wydane później „Has Ended” zaostrzyło tylko mój apetyt. Teraz gdy przesłuchałem całość, mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowany tym co otrzymałem. Nie byłem na początku pewien w którą stronę pójdzie muzyk i czy przypadkiem nie zaserwuje nam zbyt eksperymentalnej muzyki. Jednak Thom Yorke zachował pełną równowagę i co najważniejsze ten niepowtarzalny klimat.

Soundtrack stworzony przez lidera Radiohead składa się z 25 utworów podzielonych na dwie płyty. Materiału do zapoznania było zatem sporo. Yorke całkiem sprawnie miesza tutaj muzyczne gatunki od muzyki orientalnej po mroczny ambient. Nie brakuje tutaj również typowej, instrumentalnej muzyki filmowej, która idealnie oddaje charakter filmu. Mianowicie wprowadza uczucie niepewności i zagubienia, a o tym właśnie jest ten film. Przynajmniej wersja Dario Argento z 1977 roku. W soundtrack są także wplecione typowe piosenki jak wspomniane wcześniej „Suspirium„, „Has Ended” czy też „Unmade„, gdzie usłyszymy jak zwykle wspaniały głos Pana Yorke’a.

Nie jestem fanem remake’ów, jednak po przesłuchaniu tego soundtracku jestem strasznie ciekaw nowego filmu w reżyserii Luki Guadagnino. Poza tym czy film w którym gra Tilda Swinton może nie być ciekawy? Soundtrack do „Suspirii” to wyjątkowa podróż przez mroczne korytarze cenionej szkoły baletowej. Jest na tej płycie klimat tej historii, jest mrocznie (jak to w horrorze) i wciągająco (jak to u Yorke’a). Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze w jakimś filmie (Najlepiej horrorze) muzykę Yorke’a, wychodzi mu ona kapitalnie. Ocena: 8/10.