Mac DeMarco przedobrzył – recenzja „Here Comes To Cowboy”

Nim przejdę do niezbyt przychylnej recenzji „Here Comes To Cowboy” należy oddać honory Macowi DeMarco za to co do tej pory uczynił. Koleś stworzył swój własny, niepowtarzalny i rozpoznawalny styl. Następnie z każdą następną wydaną płytą go dopracowywał w najmniejszych detalach. Udanych krążków ma w swojej kolekcji całkiem sporo. Wystarczy wspomnieć debiutanckie „2„, genialne „Salad Days” z 2014 roku oraz solidne „This Old Dog” wydane dwa lata temu. A to przecież nie wszystko, bo krytyków i fanów kupił także minialbumem „Another One” z 2015 roku.

Wydawać by się mogło, że tegoroczny album to „pewniaczek” mówiąc żargonem bukmacherskim. Otóż nie. To co działało na wcześniejszych płytach, czyli leniwe i nieśpieszne melodie wymieszane z chillowym wokalem DeMarco tutaj nie spełnia swojej roli. Możliwe, że kolejna płyta wydana w tym samym stylu po prostu już nie działa z tą samą częstotliwością co jej poprzedniczki. DeMarco brzmi na „Here Comes To Cowboy” przesadnie luźno i po prostu nudnie.

Na szczęście płyta ma też swoje dobre momenty. Najlepszym z nich jest zdecydowanie „Heart To Heart„. Przyjemne brzdąkanie basa łączy się tutaj z przyjemnym śpiewem o miłości Pepperoni Playboya. Takiego Maca chce się słuchać! Co poza tym? Dobrze się słucha także „On The Square” oraz kończącego całość „Baby Bye Bye„. Reszta tracków tak jak wspominałem wcześniej nie robi na mnie już tak wielkiego wrażenia i wydaje się zwyczajnie przedobrzona. Nie zrozumcie mnie źle, ta płyta wciąż jest OK. Jednak na tym etapie wymagam od Pana Vernora Winfielda McBriare’a Smith’a czwartego znacznie więcej.

Podsumowując „Here Comes To Cowboy” to całkiem niezła płyta, mająca jedno ale – spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. No, ale Mac DeMarco pewnie ma to głęboko w dupie. Facet jest obecnie na tak wysokim poziomie wyluzowania, że efektem tego jest właśnie tegoroczny krążek. Także może i ja powinienem wyluzować, zapalić viceroya i odpalić ponownie „Here Comes To Cowboy„? W końcu w te afrykańskie upały słuchało się tego całkiem dobrze. Ocena: 6/10.

These New Puritans potwierdzają swoją pozycję – recenzja „Inside The Rose”

Braterski duet Barnettów ponownie udowodnił, że These New Puritans jest w dobrej formie. Ich najnowszy album „Inside The Rose” od razu ujął moją duszę, a i z tego co czytałem w internetach to jest to jedna z lepszych płyt alternatywnych tego roku. Są głosy mówiące, że ich czwarty album jest ih opus magnum. Mógłbym się z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyby „Field of Reeds” nie było tak genialnym albumem! Generalnie Anglicy w piękny sposób się rozwijają. Ich debiutancki album „Beat Pyramid” był intrygującą mieszanka indie rocka, elektroniki z elementami r’n’b? Kolesie wyglądali na osiedlowych freaków bawiących się w muzykę, ale nie wiedzących jeszcze jak ma brzmieć ich twórczość. Wszystko się ustabilizowało wraz z wyjściem „Hidden„, które w pewien sposób określiło ich jako twórców z pogranicza post-rocka i elektroniki. Jednak prawdziwa perełka wyszła trzy lata później. „Field of Reeds” brzmiało dokładnie tak jak zapomniana w dyskografii płyta Radiohead.

OK, skoro nowy album nie przeskakuje dokonań poprzedniego to czy warto go przesłuchać? Absolutnie, TAK! W mojej ocenie różnica pomiędzy tymi dwoma krążkami jest tak nie wielka, że całkiem możliwe, że za jakiś czas będę twierdził, że to „Inside The Rose” jest jednak tym najlepszym. Bracia Barnett ponownie postawili na intymne, piękne i intrygujące kompozycję, gdzie doszukamy się zarówno inspiracji wspomnianym wcześniej Radiohead jak i Talk Talk. Sporo tutaj kapitalnie brzmiącej elektroniki, która z gracją wkomponowuje się w bardziej gitarowe momenty. Anglicy bardzo dobrze operują na płycie różnymi nastrojami i barwami dźwięku.

Całość otwiera świetnie wprowadzający w klimat płyty „Infinity Vibraphones„, który defacto jest najbardziej energicznym utworem na albumie. Bogate brzmienie i świetne partie wokalne mocno oddziałują na nasze zmysły. „Anti-Gravity” zaczyna się niczym soundtrack filmowy by przyciągnąć naszą uwagę perkusją. Z kolei „Beyond Black Suns” zachwyca głównie klawiszowymi wstawkami i kapitalnymi chórkami. Tytułowy „Inside The Rose” to elektroniczny rozpierdziel, gdzie kapitalne synthy łączą się z wycofanym wokalem i elementami smyczkowymi. „Where The Trees Are On Fire” to moim zdaniem najpiękniejszy i najlepszy utwór na płycie, który najbardziej przypomina kompozycje z „Field of Reeds„. Drugi najlepszy utwór z płyty to „A-R-P„, gdzie przez blisko ponad 6 minut otrzymujemy świetne synthy oraz świetnie poprowadzoną dramaturgię utworu. Całość kończy epicki „Six„.

Podsumowując, These New Puritans nie zawiedli. Wręcz przeciwnie, dali popis swojego podejścia do muzyki i wrażliwości. W udany sposób zaprezentowali świetnie brzmiący materiał. Piękne, niemalże kryształowe, bez jakiejkolwiek skazy kompozycję cieszą ucho i serce. Pozycja obowiązkowa dla każdego konesera dobrej i ambitnej muzyki. Ocena: 9/10.

Jeszcze bardziej piosenkowa Rebeka – recenzja „Post Dreams”

Duet Rebeka składający się z wokalistki Iwony Skwarek i producenta Bartosza Szczęsnego wydał właśnie swój trzeci długograj pt. „Post Dreams„. Jest to najbardziej melodyjny i piosenkowy album grupy, pięknie eksplorujący motywy lat 80. Jest to także prawdopodobnie ich najlepszy krążek jak dotąd. Ale o tym później. Przypomnijmy sobie pokrótce historię poznaniaków. Grupa powstała w 2010 roku, jednak ich debiutancki longplay pojawił się dopiero trzy lata później. „Hellada” zebrała wówczas dobre recenzje, co pozwoliło Rebece wypłynąć na szersze wody polskiego przemysłu muzycznego. W 2016 grupa musiała się zmierzyć z „syndromem drugiej płyty”. Wydany w tym czasie „Davos„to niezły album, jednak w mojej ocenie nie przeskoczył debiutu. Jednakże po czasie całkiem przyjemnie słuchało mi się tych kompozycji.

Parę tygodni temu ukazał się trzeci longplay Rebeki „Post Dreams„. Płyta była zapowiadana jako najbardziej piosenkowe wydawnictwo poznańskiego duetu. I rzeczywiście taka jest. Co oczywiście pozytywnie wpływa na odbiór całości. Przyznaje szczerze, że te luźne, melodyjne, wręcz popowe oblicze (oczywiście z małą domieszką zimnofalowości) bardziej pasuje do Rebeki, aniżeli te poważne z wcześniejszych płyt. Fajnie też, że Iwona Skwarek coraz bardziej przekonywuje się do śpiewania w ojczystym języku. Na nowej płycie mamy jedenaście utworów, z czego trzy są zaśpiewane w języku polskim. W moim odczuciu były one na wyższym poziomie, niż te w języku angielskim.

Całość otwiera spokojna „India„, która opiera się na świetnych synthach z elementami smyczkowymi. Kapitalny refren wprowadza nas w bardziej popowe oblicze grupy. „Cavegirl” ładnie nawiązuje do lat 80, a jego joggingowa wersja jest nagrana po prostu w dynamiczniejszym tempie. Czy dobrze się przy tym biega? Tego nie sprawdzałem, ale wierzę, że tak! „Elesi” to chwytliwy, dyskotekowy wręcz kawałek do którego nóżka sama tupta. Słychać sporo inspiracji Cut Copy. Kolejny „Fale” uderza bardziej w post-punkowe brzmienie i jest jednym z najlepszych momentów płyty. Tempo płyty nam nieco zwalnia przy „Zachodzie„, które za sprawą trąbki brzmi momentami jazzowo. Warto zwrócić uwagę na mroczne, ponure, ale jednocześnie piękne „Światła„. Całość natomiast kończy balladowe „Mama„.

Podsumowując, Rebeka wydała bardzo dobrą płytę, która zaskakuje momentami chwytliwością i melodyjnością. Są tu również momenty bardziej mroczne czy też gitarowe. Co nie zmienia faktu, że takie oblicze poznaniaków podoba mi się. Duet ładnie wchodzi w lata 80 i wyciąga z nich to co najlepsze. Mam nadzieję też, że w przyszłości Iwona Skwarek da jeszcze więcej miejsca na kompozycje w języku polskim. Ocena: 7/10.