James Blake przyjął kolejną formę – recenzja „Assume Form”

Nowy rok recenzencki zaczynam z kopyta. W końcu James Blake obecnie to nie byle kto. Ma na koncie cztery albumy (wszystkie bardzo dobrze przyjęte), sześć EP-ek, nagrodę Mercury Prize za album „Overgrown” oraz liczne muzyczne współprace z największymi współczesnymi muzykami i producentami m.in. Kendrickiem Lamarem, raperem Jay-Z i jego żoną Beyonce czy też Frankiem Oceanem. Ponadto londyńczyk stworzył swój własny, unikalny i niepowtarzalny styl, który dopracowuje i urozmaica na każdym swoim nowym krążku.

To samo dotyczy jego najnowszej produkcji, czyli „Assume Form„. Anglik ponownie wchodzi w świat minimalnej elektroniki okraszonej licznymi zagraniami fortepianu, która łagodnie wtapia się w soul i R’n’B oraz zachwyca się współczesnym hip-hopem. Kolejny raz wrażenie robi na nas lista gości, która wspomaga Jamesa Blake’a. Pojawia się przecież legendarny już Andre3000, usłyszymy także popularnego ostatnio Travisa Scotta a także ROSALIA, Metro Boomina oraz Moses Sumneya. Utwór „Where’s The Catch?” w którym swoją zwrotkę ma jeden z liderów OutCast to najbardziej mocny i hip-hopowy kawałek na albumie, gdzie dominują raczej klimaty spokojniejsze. „Mile High” z udziałem Scotta to nawiązanie do współcześnie popularnych trendów w rapie. Kolejny „Tell Them” podtrzymuje jeszcze ten klimat, jednak w mniejszych stężeniach, gdyż raczy nas szerszą paletą dźwięków i nawiązań.

„Barefoot In The Park” z kolei to najbardziej melodyjny i wpadający w ucho utwór. Dzięki wokalowi Rosali nabiera on sporo latynoskiego folkloru i można w sumie powiedzieć, że to chyba najbardziej radiowy kawałek – o ile taka definicja obecnie jest jeszcze w stanie cokolwiek zobrazować. A co z pozostałymi utworami, w których James Blake działa w pojedynkę? No też jest świetnie. Anglik tym razem wydaje się być szczerszy i bardziej otwarty. Chwyta słuchacza za serducho gdy bezpośrednio śpiewa: „Are You In Love? Do your best impression for me /  I try my hardest for you„. Innym razem zaraża optymizmem rzucając: „I thought I might be better dead, but I was wrong / I thought everything could fade, but I was wrong / I thought I’d never find my place, but I was wrong / And where I least wanted to look, it came along”. Jego „Don’t Miss” momentami przypomina mi świetne refreny z „Burst Apart” The Antlers a „Into The Red” tworzy kapitalny motyw klawiszowy. Całość kończy kołysnaka w Blake’owym stylu „Lullalby For My Insomniac„.

Na „Assume Form” James Blake ponownie nas zachwyca swoimi zdolnościami zarówno wokalnymi jak i produkcyjnymi. Anglik ma świetne poczucie muzycznej estetyki i potrafi tak kolaborować gatunkami i stylami, że wciąga słuchacza w swój świat bez opamiętania. Podoba mi się także, że jest otwarty na  hip-hop i pozostaje na czasie wrzucając także trochę trapów na swój album. Poza tym jego czwarty w kolekcji krążek wydaje się być najdojrzalszym i najbardziej otwartym wyznaniem autora. Pozycja stanowczo obowiązkowa dla każdego fana dobrej, nieco trudnej, ale wciągającej muzyki. Ocena: 8/10.

 

 

 

Jak muzyka do filmu, to tylko u Thoma Yorke’a – recenzja soundtracku Suspirii

To nie pierwsza przygoda z muzyką filmową dla Thoma Yorke’a. 18 Lat temu wokalista Radiohead wraz z Bjork nagrał utwór „I’ve Seen It All” specjalnie na potrzeby filmu „Tańcząc w ciemnościach„. Druga próba miała miejsce w 2015 roku przy okazji wydania piosenki „Spectre„, która ostatecznie nie znalazła się w filmie z Jamesem Bondem. Pomimo tego anglik nigdy nie miał okazji stworzyć całego soundtracku filmowego, dlatego propozycja by stworzył ścieżkę filmową do remake’a klasycznego już horroru Dario Argento była dla niego zaskoczeniem.

Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością. Zaprezentowany wcześniej utwór „Suspirium” przykuł moją uwagę do tego muzycznego wydarzenia. A wydane później „Has Ended” zaostrzyło tylko mój apetyt. Teraz gdy przesłuchałem całość, mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowany tym co otrzymałem. Nie byłem na początku pewien w którą stronę pójdzie muzyk i czy przypadkiem nie zaserwuje nam zbyt eksperymentalnej muzyki. Jednak Thom Yorke zachował pełną równowagę i co najważniejsze ten niepowtarzalny klimat.

Soundtrack stworzony przez lidera Radiohead składa się z 25 utworów podzielonych na dwie płyty. Materiału do zapoznania było zatem sporo. Yorke całkiem sprawnie miesza tutaj muzyczne gatunki od muzyki orientalnej po mroczny ambient. Nie brakuje tutaj również typowej, instrumentalnej muzyki filmowej, która idealnie oddaje charakter filmu. Mianowicie wprowadza uczucie niepewności i zagubienia, a o tym właśnie jest ten film. Przynajmniej wersja Dario Argento z 1977 roku. W soundtrack są także wplecione typowe piosenki jak wspomniane wcześniej „Suspirium„, „Has Ended” czy też „Unmade„, gdzie usłyszymy jak zwykle wspaniały głos Pana Yorke’a.

Nie jestem fanem remake’ów, jednak po przesłuchaniu tego soundtracku jestem strasznie ciekaw nowego filmu w reżyserii Luki Guadagnino. Poza tym czy film w którym gra Tilda Swinton może nie być ciekawy? Soundtrack do „Suspirii” to wyjątkowa podróż przez mroczne korytarze cenionej szkoły baletowej. Jest na tej płycie klimat tej historii, jest mrocznie (jak to w horrorze) i wciągająco (jak to u Yorke’a). Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze w jakimś filmie (Najlepiej horrorze) muzykę Yorke’a, wychodzi mu ona kapitalnie. Ocena: 8/10.

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.