Wielki powrót The Avalanches

revised-avalanchesAustralijska grupa The Avalanches postanowiła powrócić po 16 latach. Ich ostatni, legendarny już krążek „Since I Left You” ukazał się w 2000 roku, czyli w erze przed atakami na WTC i w czasach kiedy mało kto miał internet i telefon komórkowy. Co przez tak długi czas robili muzycy Avalanches? Nie mam pojęcia. A czy warto było powrócić z kolejną płytą? Zdecydowanie tak! I nie chodzi mi o wymiar materialny.

Większość recenzentów wpadła w pewnego rodzaju ślepy punkt porównując ten krążek do „Since I Left You„. Oczywiście należy szukać pewnych skojarzeń i porównywać w recenzji. Jednak w większości wypadków wygląda to tak: „Nowa płyta nie sięga do pięt poprzedniczki, nie opłaca się jej słuchać”. To trochę mylne podejście i szkodliwe dla oceny „Wildflowers„. Tak naprawdę to The Avalanches wydali bardzo dobry materiał. Porównywanie go do płyty z 2000 roku mija się z celem, gdyż dzieli je za duża przestrzeń czasowa i kulturalna. Za dużo przez te 16 lat się wydarzyło, by takie porównanie miało sens.

wildflowers-the-avalanchesMam do tego prawo, by nie oceniać nowej płyty przez pryzmat poprzedniczki. Tak jak nie ocenia się nowych zespołów rockowych przez pryzmat dokonań The Beatles, bo przecież wiadomo, że w takim porównaniu nie miałyby najmniejszych szans. Swoją drogą na „Wildflowers” całkiem sporo twórczości Lennona i McCartneya. The Avalanches nie zatracili zmysłu do samplowania co skutecznie udowadniają w nowych kompozycjach. Tegoroczna ich płyta to zbiór przyjemnych, transowych, momentami psychodelicznych utworów. I mówię bez wyjątku o każdym utworze na płycie, nawet szeroko krytykowanym „Frankie Sinatra„.

Podoba mi się dobór utworów, które samplują a także rapowe featuringi z Dannym Brownem czy też Doomem na czele. Poza tym płyta dobrze wpada w ucho. Oczywiście nie będzie to pewnie tak legendarna propozycja jak „Since I Left You„, ale  jest to jedna z lepszych płyt jakie słyszałem w tym roku. Na prawdę jestem ciekaw co dalej. Kolejna płyta za 16 lat? Trochę długo. Szkoda tracić pęd, zwłaszcza jeśli jest się w takiej formie twórczej jak obecny The Avalanches. Ocena: 7/10.

Ja i Jeff Buckley

jb_cvrWydawanie pośmiertnych albumów było zawsze dla mnie sprawą kontrowersyjną. Jak można dzielić się  muzyką artysty, którego już nie ma na tym świecie? Czy zgodziłby się na taką publikacje? Może wolałby dopracować pewne dźwięki? A może pewne rzeczy nie powinny nigdy nie ujrzeć światła dziennego i pozostać w brudnopisie? To są pytania na które nie poznamy odpowiedzi nigdy, a przynajmniej w tym życiu. Producenci muzyczni jednak na to nie zważają, gdyż w dzisiejszych czasach liczy się głównie kasa. Dlatego też, tacy muzycy jak Michael Jackson czy 2Pac do tej pory wydają nowe albumu, mimo, że nie żyją już od paru lat.

To samo tyczy się Jeffa Buckleya – amerykańskiego muzyka, który w swoim życiu nagrał tylko jeden album pt. „Grace„. Tutaj recenzowałem go par lat temu. Pan Buckley zginął przedwcześnie, gdyż utonął w rzece Mississipi w 1997 roku. Nie ma co ukrywać, to była ogromna strata dla świata muzyki. Jego debiutancki „Grace” to był majstersztyk pod każdym względem.

you and iNa rynku właśnie pojawiła się kolejna, piąta pośmiertna kompilacja utworów Buckleya. Niestety „You And I” to słaba pozycja. Składa się ona głównie z coverów piosenek takich artystów jak The Smiths, Led Zeppelin czy Boba Dylana. Zagrane tylko przy akompaniamencie gitary nie wprowadzają nowej świeżości, a raczej przypominają zestaw piosenek z którymi Jeff Buckley się tylko bawił. Jest to ciekawa ciekawostka dla każdego fana artysty, jednak jeżeli ktoś szuka tutaj czegoś odkrywczego, to z pewnością tego nie znajdzie. Płyta po dwóch-trzech odsłuchach zaczyna być nudna. I to największy zarzut jaki można zarzucić „You And I„.

Z pewnością nie jest to album, którym sam Jeff Buckley chciałby się pochwalić. Jednak misja została spełniona, płyta się sprzedaje i ma się dobrze w rankingach. Nie chce wmawiać, że wyupuszczanie takich kompilacji to błąd. Taką tezę obala na przykład wydane w 1998 roku „Sketches for My Sweetheart the Drunk”, które było dobrym, acz niedopracowanym dziełem. Jednak trzeba znać pewien umiar, a o tym niektórzy zapominają. Ocena: 4/10.

Posłuchaj

Amrou Kithkin – White Passage EP

amrou kitkihnNigdy nie byłem w Kielcach. Teraz nawet nie muszę tam jechać, bo reprezentanta Kielc będę miał na co dzień w TV. Tak, oczywiście mowa o naszym najnowszym nabytku do Sejmu – Panu Piotrowi Marcowi, znanemu szerzej jako Liroy. Nie wiem czy stolica województwa Świętokrzyskiego jest dumna z twórcy takich hitów jak: „Scyzoryk„, „J**** mi się chce” czy też „Scoobiedoo Ya„, jednak na tyle go popiera, że udało mu się dostać do elit rządzących. Oczywiście nie mam zamiaru rozwodzić się w tym wpisie nad Liroyem, ani polską polityką a po części kielecką grupą zwaną Amrou Kithkin.

Kielecko-Łódzka formacja jak najbardziej przynosi powody do dumy swoim rodzinnym miastom. Wszystko za sprawą debiutanckiej EP-ki „White Passage„, która pojawiła się w kwietniu tego roku. Materiał ten składa się z czterech, udanych kompozycji, które od pierwszego odsłuchu przykuły moją uwagę. I nie chodzi o to, że jest to jakiś nowy rozdział w muzyce z gatunku elektroniki. Bo nie oszukujmy się, chłopaki z centralnej Polski prochu nie wymyślili. Na tym wydawnictwie nie usłyszymy absolutnie niczego nowego. Jednak mają na tyle świeże podejście do tematu, że po czterech odsłuchach z rzędu nie znudzili mnie sobą. W dobie zalewu wszelakich indie bandów, jest to nie lada wyczyn, który pozwala mi przypuszczać, że jeszcze o nich usłyszymy.

Póki co sprawdźcie „White Passage” bo to jedna z lepszych tegorocznych EP-ek, która stoi na dość dobrym i solidnym poziomie. Otwierający całość „Suburban Destroyer” to energiczny i melodyjny kawałek oparty na zimnym, nowo falowym motywie przewodnim. Następny „A walk” to syntezatorowa podróż do lat 80, a trzeci w kolejności „Spike and Julia” to przyjemna dla ucha elektroniczna ballada. Całość natomiast kończy mglisty „Snowhag„. Oczywiście to na razie tylko EP-ka, i jak wspominałem wielokrotnie na krótkim materiale o wiele łatwiej zaciekawić słuchacza niż na pełnym albumie. Dlatego też na razie wystawiam mocną szóstkę i czekam na więcej. Potencjał jest, mam nadzieje, że na pełnym albumie panowie z Łodzi i Kielc udowodnią, że warto było na nich postawić. Ocena: 6/10.