Cool Kids of Death – Plan Ewakuacji

Piąty album „Kulek” zupełnie inny niż wcześniejsze dokonania grupy.

Cool Kids of Death, czyli łódzki zespół, który kojarzony głównie jest z głośnym, punkowym debiutem (który tak na prawdę był głośną akcją promocyjną), generacją nic (felietonem Wandachowicza dla Wyborczej) i ogólnym buntem i nastawieniem na „nie”. Okres punkowy oczywiście nie był taki zły, bo przecież oscylował w świetny debiut i dwa późniejsze, równe albumy. Wszyscy lubimy „piosenki o miłości”, co nie?

Coś jednak zaczęło się dziać już na wysokości Afterparty, kiedy to zespół postanowił zabrzmieć bardziej tanecznie nagrywając album zahaczający o dance-punk. Całkowicie inną, fajną, popową twarz pokazał w 2009 roku. Wydał wtedy świetny singiel „Got 2 Kill This Dog”.

Na koniec wakacji wypuścili pierwszy singiel promujący o tym samym tytule co album „Plan Ewakuacji” i już wtedy mogliśmy się przekonać, że to będzie zupełnie nowa świeżość. Piąty album jest zupełnie inny niż pozostałe. Po pierwsze Ostrowski śpiewa! Już nie jest to darcie ryja, punkowa recytacja i wykrzykiwanie sloganów. Mimo, że znany jest fakt, że Krzysiek śpiewać raczej nie umie to nie można odmówić mu dobrych chęci i starań, które generalnie dobrze wyszły na tle muzycznym. Inną innowacją jest fakt, że kulki potrafiły stworzyć parę fajnych popowych refrenów. Już nie mówię tu o zajebistości pierwszego singla ale o takim „Dalej pójdę sam” czy też  „Nie mam nic” wzbogaconym o rubikowe klaskanie. A „Wiemy wszystko”? Opowiadająca o obecnym psychicznym nastawieniu chłopaków? WOW. Aczkolwiek nie zapomnieli o korzeniach punkowych, których jakąś część możemy odnaleźć w 90 sekundowym „Chrystusie” czy też w „Białej Fladze”.

Generalnie pójście w bardziej indie-popową stroną dobrze im zrobi, może jeszcze nie jest to właśnie „TO”, ale dobrze startują i być może już na kolejnym albumie okażą się rewelacyjni? Póki co jest dobrze. Słychać, że dojrzeli. Już nie są to zbuntowane młokosy, ale zbuntowani posiadacze kredytów w frankach szwajcarskich. „Gra legenda podziemia, ale na nas to nie robi wrażenia”. Ocena: 6/10.

posłuchaj

The Diogenes Club – The Diogenes Club

The Diogenes Club wydaje w końcu debiutancki długogrający album, który jest nad wyraz dobry.

Krążek zatytułowany po prostu „The Diogenes Club” to kwintesencja muzyki prostej i miłej, określonej mianem synth-pop’u. Już od samego początku płyty gdy tylko usłyszałem pierwsze utwory: „Green Eyes” i „The Fall Line”, wiedziałem, że będzie dobrze. Nie myliłem się.Było tak do samego końca, potwierdziła to reszta kompozycji zgromadzonych na debiucie grupy. Co mi się podoba? Ta lekkość i zgrabność kompozycyjna piosenek. Ten magiczny wokal kojarzący się z Georgiem Michaelem, te barwne, proste melodie. Wszystko tworzy nastrój takiej prostoty, że na samo pomyślenie o tej płycie pojawia się uśmiech na twarzy. Słuchanie jej w nudny dzień jest trafnym sposobem na fajne zabicie czasu.

Być może moja krótkowzroczność nie pozwala dostrzec nierozwiniętych tematów przez grupę, jednak tak na prawdę mi na jesienne wieczory nie potrzeba nic bardziej (w sensie muzycznym) od takiego „The Longest Day” czy też „Awake For The Week”. The Diogenes Club odnalazło się w gustach takiego marzyciela jak ja i wielu hipsterskich gustach także. Będą czołówki zestawień mimo malkontenckiego bredzenia „eee synth-pop je prefere coś tam coś…”. Poza tym czy tej jesieni mamy tylko dwie opcje: podziwiania głupawej Paris Hilton czy też zamartwianie się tą całą sprawą gospodarczą, finansową świata i myśleniu o sobie w kategoriach „stracone pokolenie”? Mam nadzieje, że nie. Także dalej, dalej ręce hipstera i słuchać, bo na prawdę fajniusia płytka. Spodoba się wam. Ocena: 8/10.

P.S. Z tym hipsterem żartuje, to muzyka dla każdego. Posłuchajcie.

The Field – Lopping State of Mind

Axel Willner po dwóch latach wraca z nowym materiałem.

Premiera ma odbyć się dopiero w październiku, ale magia internatu pozwala poznać ten album wcześniej i przekonać się samemu czy warto będzie wydać parę banknotów na ten krążek.

Oczywiście, że warto. Axel Willner, który ukrywa się pod prostym szyldem The Field po raz kolejny daje do zrozumienia, że w kategorii alternatywne techno nie ma sobie jeszcze równych. Szwedzki kompozytor w siedmiu, długich transowych kawałkach uchwycił sedno sprawy. Jest psychodelicznie, rytmicznie, minimalistycznie chwilami i co najważniejsze tanecznie (o czym miałem okazję się przekonać na niedawnym koncercie, gdzie odegrał część nowego materiału). Jednak nie jest tak doskonale jakby mogło się wydawać. Od początku daje się usłyszeć, że jest to już kolejna kontynuacja From Here We Go Sublime. Jednak to tak samo jakby być rozczarowanym z trzeciego tytułu mistrzowskiego zdobytego z rzędu przez waszą ulubioną drużyną.

Lopping State of Mind zaczyna się wręcz rewelacyjnie. Is This Power oraz It’s Up There stanowią mocny, energiczny opener albumu. Dalej Axel trochę zwalnia tempa by dopiero tytułowy track uświadomił nam, że będzie walczył w zestawieniach singlowych na koniec roku na wszystkich ważnych portalach muzycznych. Myślę, że ten album jest fajną częścią całej trylogii (From Here We Go Sublime + Yesterday and Today + Lopping State of Mind) wydanej przez The Field. Ogromne zasługi w tym partie gitary basowej, które są na wysokim poziomie. Dają kopa. Jesień tego roku będzie mocno taneczna. Ocena: 6/10.

posłuchaj