The Rapture – In The Grace Of Your Love

Twórcy świetnego Echoes powracają po pięciu latach z całkiem nową propozycją do tańca.

Jednak tym razem jakby mniej dance-punkowo a bardziej różnorodnie. Nie wiem na ile formuła tanecznych gitar się wyczerpała, ale wydaje mi się, że chłopaki zmierzają w dobrą stronę dodając do swoich utworów trochę świeżego powietrza nie zamykając się w czterech ścianach house of jealous lovers. Rapture zawsze byli w moim osobistym rankingu wysoko oceniani, głównie dzięki tanecznemu, psychodelicznemu transowemu rytmowi, który udzielał się gdzieś tam na Echoes w przerwie między świetnymi piosenkami o miłości. Jednak to już wszystko było opisywane przeze mnie dwa lata temu przy okazji recenzji Echoes, której zdecydowanie teraz wystawiłbym większą ocenę.

Wróćmy jednak to najnowszego krążka Rapture. Nie zgodzę się z tezą, że rozczarowali. Owszem mogli rozczarować tych, którzy oczekiwali płyty absolutu, Echoes zaostrzyło apetyt. Dla mnie od początku było oczywiste, że taki sukces będzie ciężki do powtórzenia. Spodziewałem się po prostu tego co mogą mi najlepiej zaoferować, czyli dobrej, solidnej  płyty z ciekawymi kawałkami. Już po odsłuchaniu How Deep is Your Love? Wiedziałem, że będzie dobrze i nie pomyliłem się. Różnorodność jaką zaoferowali całkowicie mi opowiada. Sail Away to fajny, energiczny opener. Blue Bird zmierza trochę w strone indie-folkowych kapel spod znaku Arcade Fire natomiast Come Back To Me to mistrzostwo świata w tworzeniu folkowej dyskoteki. Gdybym był jurorem jakiegoś dennego talent show a oni odtwarzaliby ten materiał to dałbym im trzy razy tak i opowiedział śmieszną anegdotę z kupnem zegarka. Podoba mi się także ta spontaniczna luzackość na It Takes Time To Be A Man a wcześniej wspomniane How Deep Is Your Love? Powinno tej jesieni rządzić na parkietach wszystkich hipsterskich potańcówek.

Ogólnie jestem tak samo zadowolony z tej płyty jak każdy kibic Rossonerich z poprzedniego sezonu Milanu. Serie A po długim czasie zdobyta, jednak bez Ligi Mistrzów. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

Junior Boys – It’s All True

Panie i Panowie, oto Oni, Junior Boys wraz z nowym albumem zatytułowanym It’s All True.

Ok, nie będę wciskał kitów, że słuchałem ich wcześniej z wypiekami na twarzy. Znałem ich utwory, zwłaszcza Last Exit z 2004 roku, jednak nigdy mnie nie porwali. Aż do dzisiaj, aż do tego albumu. It’s All True to świetny album wakacyjny. Nie oznacza to jednak, że słucham tylko muzy w stylu kokodżambo i bajabongo. O nie, nie. Już samo wydanie płyty w czerwcu sugeruje, że będzie słonecznie. Trafili w sedno. Nowy krążek to idealne tło do podróży samochodowych, na plażę, w góry, w domu, gdziekolwiek chcecie, gdziekolwiek jedziecie i cokolwiek robicie.

Przyjrzyjmy się utworom. Zaczyna się niepozornie od Itchy Fingers, który mocno nawiązuje do osiągnięć lat 80. Następnie Platime, który nie przyspiesza tempa a jedynie je zwalnia. Na wysokości 3 tracka już zaczyna się coś dziać, jednak prawdziwe dreszcze pojawiają się dopiero przy Second Chance. Zwłaszcza w refrenie, gdzie facet stara się przekonać swoją dziewoję, że to wszystko prawda. Tak to prawda, ta płyta mimo, że lekka, przyjemna, pełna elektroniki to jest świetna. Kick The Can kojarzy mi się jakoś z ostatnim Radiohead, natomiast wstęp do The Reservoir to mieszanka Grizzly Bear i Animal Collective. Na koniec chłopaki zostawili perełkę.. ba, ogromną perłę. Banan Ripple ma wszystko by stać się hymnem wakacji 2011. Nawet w tytule jest coś egzotycznego, mianowicie owoc banan. Ten 9-minutowy majstersztyk od razu wpadł mi w ucho. Utwór ma świetną konstrukcję. Z sekundy na sekundę coraz bardziej się rozkręca by wywołać pierwsze ciary na plecach w okolicach 1:21. W tym momencie poczułem się ewidentnie poproszony do tańca. Zwróćcie uwagę jak wzrasta napięcie, oczekiwanie na jakiś niesamowity wybuch i jak w tym wszystkim brzmi wokal. Mistrzowskie jest końcowe powtarzanie „No you’ ll never, no you’ll never”. Po przesłuchaniu, nie mamy pojęcia kiedy te 9 minut nam uciekło. Ahhh, już wiem z jaką piosenkę będą kojarzyły mi się goroące dni czerwca’ 11.

Posłuchajcie całości, płyta jest przyjemna, fajna i melodyjna. Gdyby udałoby się im osiągnąć ten sam efekt co na ostatnim kawałku na przestrzeni całości to byłaby 10. Momentami troszkę było zbyt usypiająco. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Bon Iver – Bon Iver

Justin Deyarmond Edison Vernon, nasz amerykański drwal z gitarą wydaje w końcu drugi album, na który tak bardzo czekałem. 

Pamiętamy doskonale przecież 2008 rok i jego debiutancki album For Emma, Forever Ago. Zbiór świetnych piosenek pełen emocji, uczuć i łapiących za serce melodii. Rozpisywałem się już na ten temat dwa lata temu i lubię czasami wrócić do tej płyty. Jednak w tym roku pan Vernon zaproponował nam coś w końcu nowego. I nie mówię tutaj o żadnym kawałku nagranym z Kanye West’em.

Nowy album nazwany po prostu „Bon Iver” będzie promowany przez utwór Calgary, jednak czy to faktycznie najlepszy materiał na singiel? Już na początku mamy świetny utwór zatytułowany „Perth”, gdzie usłyszeć można elektryczną gitarę, trochę trąbek  oraz bębny pełną gębą. Jednym słowem, melodia jest bogatsza względem poprzedniego wydawnictwa, gdzie królował anielski głos Vernona i jego akustyczna gitara. Oczywiście Vernon dalej ma świetny głos, jednak nie wyczuwa się w nim już tego smutku i bólu, który towarzyszył nam na For Emma, Forever Ago. Gitara akustyczna dalej ma swoją rację bytu, chociażby w tracku numero 2 i 3.Zwłaszcza 3 o tytule Holocene ma fajny początek.

Słuchając tej płyty mam jednak pozytywne odczucia co do tych utworów, mimo, że brakuje tej chemii, która pozwalała by mówić o kolejnym genialnym dziele to jestem zadowolony. Bon Iver, wciąż trzyma poziom, wciąż intryguje, zaciekawia i po prostu sprawdza się. Za każdym razem jak puszczam Bon Iver to ciągle zadziwia mnie to jak ten album szybko przewija się przez moje uszy, czuje pewien niedosyt, który sprawia, że przez następne kilkadziesiąt miesięcy będę czekał na jego trzeci album. Idealna niedziela to czas spędzony z kimś wyjątkowym, w wyjątkowym miejscu dodatkowo umilony przez muzykę Bon Iver. Ocena: 7/10.

posłuchaj.