Radiohead – The King of The Limbs

Modnie się spóźniam z recenzją najnowszej płyty radiogłowych.

Liczba obowiązków jeszcze nie jest na tyle duża by nie znaleźć chwili na napisanie czegoś o King of The Limbs, jednak jest na tyle spora by opóźnić premierę płyty na tym blogu poświęconemu szpanowaniu „dobrą” muzą. Poza tym nie śpieszyłem się specjalnie, chciałem poznać dokładnie te ponad 37 minut dźwięków. Bo jeżeli chodzi o ten zespół, to mam duży szacunek. To legenda. Jednak nie mam zamiaru im cały czas słodzić i podlizywać. Bo tak na prawdę jeżeli jest się fanem gitarowego Radiohead to ta płyta was nie zadowoli, jeżeli jednak podążacie ich muzyczną drogą to na pewno się tym nie przejmujecie.

Bo to dojrzali faceci już w sumie, już nie nagrywają gorzko-słodkich grungowych piosenek typu Creep czy też rockowych majsterszytków a la Paranoid Android. Ciężko zdefiniować ich muzykę w obecnym stanie. Zahaczają o dubstep jak i w pewnym sensie o elektronikę i pop. Jedno jest jednak pewne, czego by nie zagrali to jest to co najmniej dobre. Nie wiem czy uda im się jeszcze coś zrobić co rozwali kosmos i zmieni życie milionów. Z pewnością wiem, że czego się nie tkną będzie miało to wartość. Nie zdarzyło im się po prostu nagrać jeszcze czegoś kiepskiego.

The King of The Limbs jest równym, dobrym albumem. Może dubstep nie jest tym czego szukam w życiu lecz to co nagrali zadowala mnie. Nie ma hitów, nie ma neonów, nie ma fajerwerków. Jest tylko King of The Limbs i osiem krótkich kawałków, które troszkę dają do myślenia. I gdy patrzę na teledysk do Lotus Flower to zastanawiam się czy to powrót do ery młodzieńczej Thoma, gdy ten zasłuchiwał się w techno i bujał się po dyskach czy też wyraz dojrzałości oraz jakiejś tam frustracji?

W sumie już myślałem, że z tej płyty nic nie będzie i zakończą na In Rainbows. Materiał na płytę jest na prawdę  jak na nich króciutki. I albo nie mieli już pomysłów czy chęci na nagranie więcej bądź specjalnie chcieli się zamknąć w 37 minutach. Chodzą głosy, że w tym roku wyskoczą jeszcze z drugim albumem. Mimo, że był już taki przypadek z Kid A to szczerze wątpię. Prędzej wydadzą jakieś bonus tracki dla fanów, którym będzie mało. Chłopcy raczej teraz idą w stronę nagrywania solo. Perkusista Phil Selway zasmuca świat swoimi smutnym nutkami, pojawił się nawet z młodszym Greenwood’em w Harrym Potterze. Thom natomiast jeździ po świecie ze swoim bandem.

Dla każdego kto chce sprawdzić to polecam szczerze. Pojawiają się jakieś nowe doświadczenia radiogłowych na początku płyty jednak im dalej słuchamy to napotykamy jeszcze stary dobry Radiohead, przynajmniej ten z In Rainbows. Taki Codex czy też Give Up The Ghost najlpiej o tym świadczą. Poza tym to pozycja obowiązkowa każdego, kto się mieni muzycznym entuzjastą. Ocena: 7/10

posłuchaj

Destroyer – Kaputt

Destroyer czyli Daniel Bejar wydaje swój dziewiąty studyjny album, na którym po raz kolejny udowadnia, że muzyka to jest właśnie to co powinien w życiu robić.

Płyta Kaputt rozpoczyna utwór Chinatown. I jeżeli ktoś oglądał o tym samym tytule film Romana Polańskiego to już wie, że „Chinatown to nie miejsce, a stan umysłu”. Mówię o tym dlatego, że to samo można powiedzieć o nowym albumie Kanadyjczyka nagrywającego pod określeniem niszczyciela. Niszczyciela schematów, który na swój sposób definiuje muzykę, jego wnętrze, piękno. Mimo, że to już dziewiąty studyjny album to nie czuć tu starych śmierdzących kapci. Jest świeżo, miło.

Kaputt można określić mianem spokojnego. Wydaje się, że nic się nie dzieje jednak tak na prawdę dzieje się wiele. Brzmienie jest bogate w różnorakie melodie, ciekawym dodatkiem jest pojawiający się gdzieniegdzie saksofon. Czuć wtedy Billa Clintona. Poza tym nieźle funkcjonuje w tym wszystkim bass, szczególnie warty zwrócenia pod tym względem Song for America. Teksty także stanowią dodatkowy plus: „You were born okay. Rich in name alone. Your Jesuit profile will suit The coming apocalypse!”. Sięgając po Kaputt sięgacie po chwilę wytchnienia, odpoczynku od hałasu i przemyśleń, niekoniecznie na temat jutrzejszego obiadu. Słuchać koniecznie tylko przy rozpalonych gwiazdach na niebie, lub bardzo, bardzo wczesnym rankiem. Ocena: 8/10

posłuchaj

Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will

Po trzech latach wraca nasz ulubiony zespół „bez wokalisty”. Co tym razem nie zaśpiewają?

Ostatki sesji zawsze wymuszają częste wyjazdy po tak zwane wpisy, ostatnia taka wyprawa miała mi zająć większy odłam czasowy, który spożytkowałem na walking po chorzowskich ulicach ze słuchawkami na uszach i podziwianiu miasta o barwach niebieskich. Z wyborem repertuaru nie miałem problemu, bo nie dawno co wrzuciłem kilka nowych wydawnictw. W tym najnowszy krążek szkockiej grupy Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will (szyderczy tytuł c’nie?). Był to idealny soundtrack do moich obserwacji zatłoczonego miasta przez ludzi wracających dopiero z pracy i dziaciaków w dresach z niebieską „eRką”. I mimo, że piździało na maksa to była to dość spoko wycieczka, umilona przez Mogwai (do maks fajności jednak czegoś zabrakło, nie chodzi bynajmniej o spox muzę).

Nie miałem obaw, że ta płyta będzie stratą czasu, oni nigdy nie schodzili poniżej określonego poziomu. Mają na koncie takie klasyki jak Young Team czy też Happy Songs for Happy People. Na ostatnim longplayu Hawk is Howling czuć był pomału wypalenie formuły, zbyt ciężkie gitary i brak pomysłu. O nowej płycie tego nie mogę powiedzieć. W ich kompozycjach pojawiło się sporo świeżego powietrza, i widać, że próbują już troszkę więcej elektroniki, więcej klawiszy, ciut więcej wokalu w swoich utworach. Może w końcu ktoś chwyci się mikrofonu i powie to co powinno być powiedziane już dawno temu? Mogwai ogólnie wydaje się bardziej melodyjny i tak jakby bardziej indje. Słychać na tym albumie, że swoje parę groszy dorzucił producent Paul Savage, który wcześniej między innymi angażował się w produkcję Franz Ferdinand.

Nadal bawimy się w rozszyfrowywanie tytułów. Po raz kolejny nie zabrakło ironicznych nazewnictw tracków. Taki You’re Lionel Richie to niemalże angielskie tłumaczenie naszego Jesteś Bogiem a How to be a werewolf raczej nie wytłumaczy nam dosłownie jak być wilkołakiem, mimo, że tytuł wskazuje na to kategorycznie.

Warto dodać, że Mogwai będzie również w tym roku headlinerem na OFFie. Rojek po raz drugi ich zaprosił na swoją imprezę. Jestem przekonany, że wszyscy wynudzeni gigiem z 2008 roku powinni odczuć satysfakcję po tegorocznym koncercie.  Domieszka klasycznych utworów typu Mogwai Fear Satan, Tracy czy też Hunted by a Freak z utworami z Hardcore Will Never Die, But You Will powinna zadziałaś absorbująco na nasze umysły.Poza tym być może będzie rewanż rzucona pałeczka vs. Rafauu Rduch.

Można się przyczepić, że mało nowatorski ten album, jednakże jest z pewnością on mocnym punktem w ich dyskografii. Dawaj na balet, elo ziomale. Ocena: 8/10.

posłuchaj