Menomena – Mines

Stara, dobra Menomena wraca po trzech latach z nowym albumem.

Nie będę owijał w bawełnę. Menomena to jedna z moich ulubionych amerykańskich kapel. Zachwycili mnie debiutancką płytą I Am The Fun Blame Monster! gdzie dostawałem ciarek na plecach przy takich klasykach jak The Late Great Libido czy Strongest Man In The World. Nie był to jednorazowy wyskok oczywiście. Albumem z 2007 roku Friend and Foe potwierdzili u mnie ósemkowe rejony a rok później byłem światkiem dobrego występu podczas Off Festivalu w Mysłowicach. Także na najnowszą płytę czekałem z wielkim zainteresowanie co panowie tym razem pokażą.

Trio z Portland w stanie Oregon najnowszym krążkiem Mines pokazują, że dalej są w formie nagrywać kawałki lepiej niż dobre. Jednak ciężko mówić to o podbijaniu kosmosu to mimo to gdzieś w okolicach stratosfery szybują i nie spadają niżej. Na Mines znajdziemy wszystkie sprawdzone z wcześniejszych dokonań grupy zagrywki. Nie odskoczyli zbytnio od swojego stylu, grają swoje i dobrze się tego słucha. Mi nawet bardzo dobrze, uwielbiam wsłuchiwać się w ich melodie. Taki Tithe, ten początek, te cymbałki. Posłuchajcie sobie tego w słuchawkach gdzieś na zewnątrz i poczujcie lekki wiaterek na karku.

Mamy też bardziej energiczne kawałki. TAOS ze świetnym basem i wejście perkusyjnym. Właśnie perkusista znowu miażdży. Koleś jest w moim top 5 najlepszych bębniarzy. W BOTE również  pokazuje, że to nie przelewki. Dla równowagi powstały i kawałki spokojnie brzmiące, wypełnione klawiszami, cymbałkami czy też już dobrze znanym saksofonem. Mowa o Five Little Rooms czy też Oh Pretty Boy, You’re Such A Big Boy. Świetne jest Dirty Cartoons z akustyczną gitarką na wstępie. Całość kończy INTIL który pomalutku nabiera tempa i nie śpieszy się zbytnio by nie kończyć jeszcze płyty. Bo jak wiadomo wszystko co dobre, fajne i wyjątkowe bardo szybko zlatuje i nie jesteśmy w stanie nawet się zorientować kiedy coś się już kończy.

Menomena ma plusiora u mnie za Mines. Może nie przebili dwóch poprzednich płyt, ale winą tego jest fakt, że te płyty znam i mam porównanie. Gdyby nie to zapewne wychwalałbym ten album pod niebiosa. Nie można chłopakom ujmować talentu do tworzenia niebanalnych, ciekawych kompozycji pełnych bogatych warstw melodyjnych i równie dobrych tekstów. Płyta zapewni na pewno każdemu entuzjaście muzyki wiele fajnych momentów z nią. Warto posłuchać w końcu to Menomena, mimo, że nie kosmiczna ale jednak. Ocena: 7/10

P.S. Okładka kojarzy mi się trochę z nowym Yeasayer. Posłuchajcie Dirty Cartoons

Efterklang – Magic Chairs

O ile Dinosaur Jr powinien zadziwić swoją energią to duński zespół Efterklang będzie nas czarował podmuchem zimnego północnego powietrza.

Zupełny spokój, delikatny bas w tle, skrzypce pojawiające się gdzie nie gdzie, uderzenia bębnów, szczypta miłej gitarki, lekki, kojący głos Caspera Clausena, chórki oraz łączący to wszystko klawisz. Tak zaczyna się płyta. Modern Drift wprowadza nas w świat dźwiękowych fantazji. Muszę przyznać, że od pierwszych brzmień jestem oczarowany tym zespołem. Poznałem go dopiero teraz, nie żałuje. Artur Rojek dzięki takim zespołom stworzy idealny klimat na swoim festiwalu. Słuchając ich mam przed oczami słoneczny, ciepły dzień. Promienie światła przebijające się przez liście w koronach drzew. Ukojenie w cieniu, kilka niezapomnianych słów. Muzyków tego zespołu widzę jako grupkę niziołków z bujnego, duńskiego lasu, gdzie na pniach porośniętych mchem dają koncert leśnym stworzeniom. Istna sielanka w skandynawskich gorzko radosnych nastrojach.

Jest w tym zespole urok Menomeny, wrażliwość Arcade Fire, ślad wpływu Radiohead. I mimo, że czasem wydaje się, że melodie te już się słyszało w setkach innych skandynawskich, kanadyjskich zespołach to chce się tego słuchać. Album idealny na upalny dzień by chłodzić się i suszyć od potu w cieniu drzew. Słuchając tej najnowszej płyty i porównując ją do debiutu z 2004 roku to słychać, że postawili krok dalej. Tripper jest fajną płytą, ale Magic Chairs wydaje się fajniejsza i bardziej przystępna. Kompozycje są milsze dla ucha a przez liczne klawisze bardziej melodyjne. Czuć taką północną radość, która pamięta wiele miesięcy smutku. Taka już specyfika. Ocena:7/10

Warto poznać zanim wybierzecie się do Katowic na początku sierpnia. Posłuchajcie Scandinavian Love.

These New Puritans – Hidden

Pisałem już o nich w tamtym roku, kiedy to gościli u Rojasa na Offie. Już na początku tego roku wyszła ich kolejna, druga płyta. I co by nie powiedzieć o tym albumie to trzyma poziom.

Ci kolesie plus jedna pani, mimo szczenięcego wieku mają jakiś pomysł na twórczość, którym skrupulatnie podążają. Pokazują właśnie to na Hidden. Już na debiucie słychać było, że to co robią zawiera jakiś koncept. Poza tym popularności dodało im puszczanie Elvisa w MTV. Na drugiej płycie tak już nie ma. Żaden kawałek nie jest potencjalnym hitem. Brak piosenek typu „freindly radio song” nie wpływa jednak na odbiór tego albumu. Bo jest to kawał dobrej roboty. Od początku do końca robią swoje, wszystko trzyma się kupy.

Rozpoczynają od orkiestrowego Time Xone. By następnie pierwszymi odgłosami bębnów wkroczyć w ponad 7 minutowy We want War, czyli typowy jak na TNP majstersztyk. Ciche szepty, głosy nadają pewnego klimatu temu utworowi ,który towarzyszy nam już do końca Hidden. Mi osobiście każdy kawałek podoba się w takim samym stopniu i ciężko wyróżniać tu coś poszczególnego bo jak mówiłem nie ma tu typowych singli. Jednak brakuje tu czegoś do takiej genialności, który zamyka usta każdemu. Owszem są na prawdę dobre momenty na płycie. Wydaje mi się, że ta płyta nawet jest lepsza iż debiut. Na pewno mniej przebojowa, ale bardziej wyrównana.

Doznawać długo przy niej nie można, jeśli można mówić o doznawaniu w ogóle, ale już w samochodzie jadąc do pracy/szkoły można sobie puścić. Pojawiają się głosy, że są oni na dobrej drodze by zostać wielkimi i zapamiętanymi. Jednak chyba czeka na nich jeszcze jakiś czas by tak się stało. Potencjał jest na pewno, umiejętnie go wykorzystanie może zapewnić im trochę więcej niż kilka wzmianek w internecie. Nie wiem jak zostanie odebrany ten album, na pewno wytworzyła się jakaś grupa ludzi jarająca się matematyką w ich muzie bo jak wiemy już od dwóch lat „Every number has a meaning”. Wszędzie widziana 19, albo wiele określająca 9 z połączeniem pewnej litery. Każdy może interpretować na swój własny sposób. Jednak na pewno troszkę im zaszkodzi brak takiego Elvisa. Ja tam jednak lubię Jacka Barnett’a i trzymam kciuki. Ocena: 7/10.

P.S. Posłuchajcie White Chords