Animal Collective – Strawberry Jam

strawberry-jamTrochę to potrwało zanim ogarnąłem cały ten fenomen Animal Collective. jednak warto było poczekać, niektóre sprawy potrzebują więcej czasu na przemyślenie.

Bo serio na początku nie ogarniałem zachwytów nad Strawberry Jam. Podobało mi się, ale nie widziałem tutaj tego CZEGOŚ. A dla wielu Animal Collective to Bogowie niczym Thom Yorke i spółka. Czemu? Oni jeszcze nie nagrali niczego słabego. I co więcej nie brzmią jak setki innych zespołów. Chwała im za to. I ostatnio zrozumiałem. Olśniło mnie. Promyk światła z góry oświecił mi drogę do Animali. Ci kolesie zasadzili mi porządnego kopa i powiedzieli w amerykańskim slangu: „This is Your Life!”. Teraz już wiem.

Nie chce rozwodzić się tutaj nad poszczególnymi piosenkami i co więcej nawet nie próbuje opisać ich muzyki. Nie potrafię tego zrobić, nie będę porywał się z motyką na słońce. Bo czego bym nie napisał to nie odda to w pełni ich muzyki. Mogę tylko opisać emocje jakie towarzyszą mi przy odsłuchach Strawberry Jam. Radość, radość, radość. Z życia chyba? Nie wiem. Czasami mi się wydaje, że ta płyta to soundtrack moich zwykłych dni. Idę do pracy słucham Animali. W pracy nucę For Reverend Green bądź Chores. Wracam z pracy to słucham Animali. W domu słucham Animali. Jadę samochodem słucham Animali. Tak wyglądają ostatnie dni. Mocno się wkręciłem w tą muzę.

Mimo, że jest melodyjnie to jest to dość specyficzna muza i nie jest tak, że zakochacie się od razu w nich. To może potrwać u mnie to trochę trwało zanim mózg przestał się bronić przed nimi w końcu stwierdził Pitchfork i inni mają rację, oni rządzą i dzielą w tym momencie. Przy tej płycie można spędzić wiele fajnych chwil, polecam szczerze. Ocena: 9/10.

P.S. Posłuchajcie sobie Peacebone. Fajny teledysk. Pozdro!

Yo La Tengo – Popular Songs

PopularsongsNo na początku myślałem, że tytuł płyty jest ironicznym żartem w stylu Mogwaia i ich Happy Songs for Happy People. Znamy Yo La Tengo. Ich piosenki nie są popularne, ale te najnowsze jak najbardziej mogą takie być!

Nie spodziewałbym się po „Jolce”, że wyda typowo wakacyjną płytę. Bo tak trzeba mówić o Popular Songs i zawartości w środku zapakowanej w kolorowy papier. Oczywiście Yo La Tengo nie odchodzi jednocześnie od swoich mrocznych, depresyjnych klimatów. Jednak trzeba przyznać, że ta płyta nadaje się jako tło do leżenia brzuchem do góry i wygrzewaniu się na słońcu. W końcu jakaś alternatywa dla indje młodzieży. Jeżeli jednak nie jesteśmy na plaży w Tunezji to możemy sobie zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki a wyobrażenie pięknych, malowniczych miejsc samo przyjdzie. Przy takim Nothing to Hide jeździmy małym skuterem bo wąskich włoskich uliczkach, Periodically Double or Triple to kolejne skojarzenie z małym europejskim miasteczkiem w upalny dzień. Ahhh szkoda, że idzie zima…

Nie jest to oczywiście najlepsza płyta w szerokiej dyskografii amerykańskiej niemal już legendy indie. Jednak mocny punkt. Trochę szkoda, że im dalej idziemy to płyta jakby traci swoje jaskrawe barwy. Taki początkowy Here To Fall jest wyśmienity. Chwila niepokoju, werbel niczym cios Kliczki, bas. By było wakacyjnie pojawiają się skrzypce jak w zeszłorocznym Coldplay’u. No po prostu jest dobrze. Jednak trzy ostatnie kawałki zdecydowanie za długie. Ostatni And the Glitter Is Gone w szczególności. Można było to bardziej po mogwai’owsku rozwiązać a tak pojawiają się dłużyzny i nie jest tak fajnie jak na początku albumu.

Czekamy teraz na koncert w Katowicach. Ocena: 6/10. Posłuchajcie Here To Fall


The XX – XX

the-xxRaz do roku pojawia się mała ilość płyt, których hype określa się tym słusznym. Mówimy wtedy o odkryciu muzycznym roku, debiucie mijających dwunastu miesięcy. W tym momencie chyba jest już taka płyta i jeżeli nie pojawi się nic ciekawszego to o Londyńczyków nie zabraknie na żadnej liście podsumowującej rok 2009.

Mimo, że nazwa mało radiowa to muzyka interesująca. Początkowo nie byłem zbyt chętny posłuchać tego albumu. Screenagers wcale nie zachęcił zwłaszcza, że u nich każda płyta dostaje 7. Daje radę. Najmocniejszym punktem płyty jest fakt, że te piosenki podobają się od pierwszego odsłuchu. Spodobać się powinna każdemu. Najbardziej chyba jednak fanom „zimnego” grania. Joy Division na pewno mocno wpłynął na ich muzykę. Fakt, że wokal jest podzielony pomiędzy dwie osoby płci przeciwnych powoduje u mnie skojarzenia z Iowa Super Soccer. I mimo, że nasz polski duet ma swój urok to Romy Madley Croft i Oliver Sim wywołują dreszcze. Idealnie się dopełniają wokalnie. Pojawią się magia.

Posłuchajcie sobie płyty w zaciszu domu, czy tam gdzie chcecie. Udzieli się wam niepowtarzalny klimacik. Taki Shelter na przykład. Przywołuje na prawdę fajne myśli. Płyta cała nie mal, że akustyczna. Jest w dodatku melodyjnie. Mocny punkt to partia basu w każdym utworze.15 kawałków może na początku odstraszać, ale jest to szybka, przyjemna i wygodna podróż w głąb Londynu. Przy Basic Space można spróbować nawet baunsować. Każdy kawałek trzyma poziom i generalnie warto polecić płytę znajomemu bez siary. Chociaż jak mówiłem na wstępie The XX to hype tego roku. Nie znanie to w pewnych snobistycznych kręgach faux pas.

Warto odnotować także dobre teksty co coraz częściej jest rzadkością u młodych, debiutujących zespołów. W szczególności fajna wymiana zdań w Stars„But if stars, shouldn’t shine/ By the very first time/ Then dear it’s fine, so fine by me/ ‚Cos we can give it time/ So much time With me”. Podsumowując. Płyta bardzo dobra, może bez szału. Nie wali na kolana, ale cieszy uszy. Ocena: 7/10.