Powrót do 2022 – pominięte płyty, o których trzeba wspomnieć

Klasycznie jak co roku, jest pewna liczba płyt przeze mnie pominięta. Wiadomo, czasu wiecznie brak. Dlatego też na szybko wrzucam szybki przegląd albumów z minionego roku, które warto znać i o których musiałem napisać parę zdań.

Ab-Soul – Herbert. Przyznam, że nie słuchałem za wiele rapu w minionym roku. Całkiem możliwe, że to mój najsłabszy rok dla tego gatunku muzycznego od lat. Dość przykra sprawa, gdyż od zawsze byłem orędownikiem rapsów i stoczyłem wiele batalii by otworzyć ludziom oczy na ten piękny muzyczny styl. Ten poziom był tak niski, że aż zatęskniłem za porządnymi czarnymi rytmami. I tak trafiłem na zimnego „Herberta” od Ab-Soula. Dla muzyka ze Top Dawg Entertainment był to powrót po sześciu latach, gdyż jego ostatni krążek tafił na rynek w 2016 roku. Jak wyszło? Całkiem spoko. Może nie mam porównania do tego co inni wydawali w tym czasie, nie mniej doceniam Ab-Soula za styl i nienaganną technikę. Z miłą chęcią wróciłem do 2013 roku. „Herbert” to album równy, nieco oldschoolowy i co najważniejsze dobrze wpadający w ucho. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Beyoncé – Renaissance. Każde liczące się pismo uznało „Renaissance” za płytę roku (albo przynajmniej umieściło je w czołówce), dlatego wstyd nie wspomnieć o tym krążku. Zwłaszcza, że ostatni jej solowy album „Lemonade” ukazał się 6 lat temu. A to we współczesnej muzyce ogrom czasu. Rozumiem, dlaczego na większości portali ta płyta zyskała numer jeden. Jest ona na tyle dobra, a sama Beyonce cieszy się szacunkiem u każdego typa słuchacza, że w ogólnym głosowaniu każdej redakcji zawsze zbierze sporo punkcików. No chyba, że wybór płyty roku odbywa się w innym, mniej demokratyczny sposób. Wtedy wystarcza jeden autokrata, który lubi po prostu Panią Knowles. Nie będę jednak marudził, bo to generalnie dobra płyta. Beyonce serwuje tutaj wpadających w ucho dojrzały pop, oparty na fajnych hookach i świetnych wokalnych popisach. Piosenek jest 16 i generalnie nie ma sensu nad każdą się rozwodzić, bo każda z nich stanowi równoważną cegiełkę budującą monumentalną całość. Najlepsza płyta roku? Może, jednak nie dla mnie. Najlepsza płyta Beyonce? Raczej też nie. Nie mniej warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Black Midi – Hellfire. Trzeci album Brytyjskiego tria wydaje się być ich najlepszym jak do tej pory. „Hellfire” to jakaś szalona podróż przez gatunki muzyczne, poprzez jazz, country, flamenco a kończąc na post-punku, math rocku i art rocku. Co prawda Londyńczycy balansują momentami na bardzo cienkiej granicy pomiędzy sztuką a zwykłą grafomanią. Jednak zawsze po jakimś przypałowym momencie łagodzą sytuację całkiem ciekawym brzmieniem. Nie jest to może album do którego będę często wracał (albo w ogóle wracał), ale myślę, że warto znać. Zwłaszcza, że mało eksperymentalnej muzyki tutaj opisuje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Charli XCX – Crash. Angielską wokalistkę z Cambridge wspieram dobrym słowem od 2011 roku, kiedy to usłyszałem jej singiel „Stay Away„. Od tamtej pory staram się być na bieżąco z wydawnictwami Pani Charlotty Aitchison. „Crash” to piąty w dorobku długograj wokalistki. Jednak nie należy zapominać, że w między czasie było sporo mixtape’ów i EP-ek, dlatego Charli XCX jest całkiem płodną artystką. Na „Crash” otrzymujemy porządną dawkę popu, gdzie momentami lądujemy w latach 90 a momentami zahaczamy o dekadę 00. Generalnie jest fajnie, aczkolwiek chwilami dostajemy po uszach za dużo auto-tune’a. Generalnie wolę jej bardziej nostalgiczne utwory, ale też trzeba mieć do czego potuptać nóżką. Ocena: 7/10. A i na koniec słów parę o tej okładce. Nie, żeby mi przeszkadzało eksponowanie swoich atutów. Bo nie przeszkadza. Tylko się zastanawiam kiedy artystki będą się eksponować bez żadnych zahamowań? W zasadzie już mają coraz mniej do zakrycia 🙂

Ocena: 3.5 na 5.

Pusha T – It’s Almost Dry. Terrence Thornton ukrywający się pod pseudonimem Pusha T ma u mnie plusa za dwie ogromne zalety. Pierwsza, może mało oczywista to zdjęcie rapera w koszulce Milanu, które można wygrzebać w Internetach. Każdy przyjaciel Rossonerich, jest moim przyjacielem. Druga, bardziej oczywista to kozacka dyskografia. Jego każda ostatnia płyta to był strzał w dziesiątkę. Tak samo jest z jego czwartym już długograjem. „It’s Almost Dry” znalazło się w czołówkach wielu podsumowań rocznych, dlatego też ciężko nie docenić urodzonego w Nowym Jorku rapera. Pusha T ponownie trzyma poziom, nie przesadza z długością trwania i ilością tracków na albumie i odpowiednio dobiera featuringi. I znowu udało mu się. Zaintrygował, ucieszył i pozostawił mnie z odczuciem „mało, małooo”. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

SZA – SOS. O Solánie Imani Rowe wspominałem już na blogu przy okazji recenzji jej ostatniego albumu „Ctrl„. W 2017 roku załapał się w moim TOP 10 roku, w tym powinno być lepiej bo „SOS” wydaje mi się lepszym albumem. Jest też na pewno znacznie dłuższy. 23 to z całą pewnością więcej niż 14. Zaszalała nasza wokalistka ze St. Louis. Nie zaszkodziło to jednak w odbiorze „SOS„, gdyż całość jest na równi wysokim poziomie. Otrzymujemy tutaj całkiem przyjemny w odbiorze i dość elastyczny materiał opierający się głównie o R’N’B z elementami popu. Momentami jest lirycznie i smutno, a momentami poetycznie i słodko. Do gustu przypadł mi zwłaszcza singiel „Kill Bill„, ale jest także fanem wciągającego „Blind” czy też trapowego „Low„. Fajne mamy featuringi. Phoebe Bridgers czy Travis Scott są tym razem wartościami dodatnimi. Na koniec wskrzeszony zostaje sam Ol’ Dirty Bastard, czyli najlepszy (lub najgorszy?) członek Wu-Tang Clan. Dzięki temu zabiegowi „Forgiveless” zabiera nas jeszcze na chwilę do Nowego Jorku w latach 90. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Weyes Blood – And in the Darkness, Hearts Aglow. Czytałem wiele dobrego o płycie Pani Natali Laury Mering, znanej szerzej jako Weyes Blood. To już piąta płyta w dorobku artystki z Doylestown w stanie Pennsylwania, jednak dopiero mój pierwszy kontakt z jej muzyką. I jak jest? Zaczyna się strasznie niepozornie. Niby zwykły chamber pop wymieszany z psychodelicznym folkiem i soft rockiem, jednak im dłużej słucham tego materiału tymbardziej dochodzi do mnie jak MONUMENTALNE to jest dzieło. Piękne, chwytliwe i chwytające za serducho melodie to główny atut płyty. Poza tym jest sam wokal Pani Mering oraz niebiański klimat otaczający tą płytę. Nie dajcie się zwieźć, to nie Beyonce jest królową minionego roku. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Przegląd kulturalny – Na co czekać w 2022 roku?

Stary rok za nami, nowy przed nami. Co ciekawego nas czeka w 2022? Oto mały przewodnik kulturalny, gdzie znajdziecie listę premier filmowych, serialowych, muzycznych i wydawniczych zapowiedzianych na przyszłe dwanaście miesięcy.

FILM

Jeżeli chodzi o kino to nie będzie dużej rewolucji. Ponownie nas zaleje cała masa filmów o superbohaterach. Najciekawsze z nich to „Morbius” z Jardem Leto w roli głównej, „Thor: Miłość i Grom” w reżyserii Taiki Waititiego, „Czarna Pantera: Wakanda w Moim Sercu„, „Spider-Man: Across the Spider-Verse (Part One)” oraz „The Batman„, gdzie w role netoperka wcieli się Robert Pattison. Będą też duże blockbustery w postaci długo wyczekiwanego sequelu „Avatara„, kolejnego „Mission Impossible” czy też najnowszego filmu z serii Parku Jurajskiego „Jurassic Park: Dominion„.

W Horrorze ponownie najgłośniejsze będą remake’i i sequele. Na liście między innymi „Halloween Ends„, „Scream„, „Miasteczko Salem” czy też „Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną„. Ciekawą propozycją może się okazać najnowszy film Jordana Peele’a „Nope„. Reżyser takich filmów jak „Uciekaj” czy też „To My” przyzwyczaił nas już do wysokiego poziomu. Fanów Florence Pugh ucieszy na pewno thriller psychologiczny „Don’t Worry Darling”. Innym tego typu filmem będzie „Deep Water” w reżyserii Adriana Lyne’a.

Dla fanów filmowych biografii polecam film „Elvis” oraz „Blonde”, gdzie Ana De Armas wcieli się w rolę Marilyn Monroe. A propos kubańskiej aktorki, pamiętacie film „Na Noże„? W 2022 możecie spodziewać się kolejnej części tej kryminalnej komedii. Z naszego podwórka póki co nie mam nic do polecenia, mocno hajpowany jest film „Gierek” oraz kolejne gówno od Vegi, także tego… przejdźmy do:

SERIAL

Jeżeli chodzi o nowości, to ciekaw jestem prequelu Gry o Tron w postaci „House of the Dragon„. Podobno sam George R. R. Martin jest zachwycony po pierwszym odcinku. Całkiem możliwe też, że serial będzie lepszą opcją niż ostatnie sezony GoT. Pozostając w świecie fantasy i smoków, na mały ekran wejdzie również proza Tolkiena. Serial „The Lord of the Rings” ma zadebiutować we wrześniu na Amazon Prime Video. Z całą pewnością sprawdzę, czy „How I Met Your Father” będzie tak samo dobre jak legendarne już „How I Met Your Mother”. Jeżeli chodzi o kolejne sezony serialów, które już były emitowane to najbardziej czekam na nowe odcinki „Sukcesji”, „Stranger Things”, „Better Call Saul” oraz „Euforii„

MUZYKA

A co tam w muzyce zapytacie? Już śpieszę z odpowiedzią. Na pierwszy rzut alternatywa. Nowe albumy zapowiedzieli już dobrze znani Band of Horses, Animal Collective, Mitski, Beach House, Metronomy czy też Bloc Party. Prawdopodobnie dostaniemy także coś nowego od Arctic Monkeys, Interpolu, Spiritualized oraz Weezer, ale na razie bez konkretów. Całkiem możliwe, że w 2022 roku zadebiutuje także nowy projekt chłopaków z Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach o nazwie Suchy Oczy. Póki co obserwuje sprawę.

Jeżeli chodzi o rapsy to z potwierdzonych płyt otrzymamy już na początku roku nowy krążek od Earla Sweatshirta pt „Sick!„. Poza tym płyty wydają także: Ghostface Killah, Juice WRLD, Snoop Dogg oraz Cordae. Z niepotwierdzonych albumów najciekawsze nazwiska, które już są w studiu to Kendrick Lamar, 50 Cent, Future, Danny Brown, Eminem, SchoolBoy Q, Pusha T, Playboi Carti, Nas, Ludacris itd. Wygląda na to, że 2022 to będzie rok rapu. Jeżeli chodzi o polską scenę hip-hopową to należy się spodziewać nowej płyty od Hodaka, Jan-rapowanie, Buki, Eldo, Ćpaj Stajl, Szpaka, Białasa i Borixona.

Pozostając w czarnych rytmach to najciekawszą pozycją z gatunku r’n’b wydaje się być nowy materiał od FKA Twigs pt. „Capri Sun„. Poza tym mają się pojawić nowe albumy SZA, The Weeknd oraz Miguela. Z popowych rzeczy największą ciekawość wzbudza wyzwolona niedawno z kuratel ojcowskiej Britney Spears. Plotkuje się również o nowym albumie Beyonce czy też Rihanny. Z potwierdzonych płyt mają się pojawić nowe materiały od Year & Years, Charli XCX, Sinéad O’Connor oraz Sky Ferreira. Rok 2022 to także powrót paru muzycznych legend. Na liście dinozaurów z nowymi płytami m.in. Guns N Roses, Johnny Marr, Tears For Fears, Bryan Adams, Placebo, Jack White czy też Ozzy Osbourne.

KSIĄŻKA

Wątek wydawniczy nie jest śledzony przeze mnie tak pilnie jak filmowy i muzyczny, ale jest parę premier książkowych o których chce wspomnieć. Jak książka u mnie to albo horror, albo sport/muzyka. Zacznę od tego pierwszego. Wydawnictwo Vesper zapowiada dwie książki na ten rok. Pierwsza to „HORRORSTÖR” Grady’ego Hendrixa opowiadająca o nawiedzonym salonie meblowy w Cleveland (brzmi ciekawie!). Drugi tytuł to „ZEW NOCNEGO PTAKA” Roberta McCammona, który przenosi nas do roku 1699 do otoczonej bagnami osady w Karolinie. Zagadkowe śmierci, częste pożary, niszczące uprawy deszcze sprawiają, że mieszkańcy poszukują winnej osoby całej sytuacji. Pada na owdowiałą niedawno Rachel Howarth, którą posądza się o kontakty z szatanem. Druga opcja to propozycja od SQN „Adrenalina. Moje nieznane historie”. Co prawda czytałem już jedną biografię Zlatana Ibrahimovicia „Ja, Ibra„. Jednak od tego czasu minęło już 10 lat, a sam Zlatan ponownie jest w moim Milanie. Dla jego postaci zawsze warto.

Muzyczne podsumowanie roku – 20 najlepszych płyt 2020 roku

Miniony rok jaki był, taki był. Każdy wie jak to było. A na blogu? Dość intensywnie…. Po raz pierwszy od X lat byłem na bieżąco z większością wydawnictw, dlatego też nie spodziewałbym się uzupełniającego wpisu z pominiętymi wydawnictwami. Z resztą zobaczcie kiedy ukazuje się moje podsumowanie… Tego jeszcze tutaj nie było! Na przyszły rok postaram się utrzymać ten poziom + dodać więcej autorskich tekstów, bo tego chyba najwięcej brakuje na blogu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do 2020. Przed wami lista 20 płyt, które w minionym roku najbardziej mnie urzekły.

20. Everything Everything – Re-Animator. Brytyjski band spisałem już dawno na straty. Okazało się jednak, że za wcześnie. Dlatego też ta nazwa pasuje do tego krążka, jak żadna inna. Dawny support Muse pokazuje tutaj dobrą mieszankę indie rocka z gitarowym popem, który słucha się lekko i przyjemnie.

19. Coals – docusoap. Przyznam, że czekałem na tą płytę z sporymi nadziejami. W końcu poprzedzające single „Pearls” oraz „Sleepwalker” były dosłownie muzycznymi perełkami. I być może te oczekiwania zaburzyły mi prawidłową ocenę całości, gdyż okazało się, że nie otrzymałem takiej petardy jakiej oczekiwałem. Nie mniej to produkcyjna czołówka na naszym rodzimym rynku muzycznym i nie bez powodu Coals zachwycają się na zachodzie.

18. Dua Lipa – Future Nostalgia. Podobno królowa jest tylko jedna, a w tym roku była nią 25-letnia Brytyjka o korzeniach kosowsko-albańskich. Tegoroczny album od Pani Lipy to popowy majstersztyk, który zachwyca na każdym poziomie. Dobra muzyka dla każdego, którą można puszczać bez obciachu. A że w radiu non-stop grają? W tym przypadku totalnie mi to nie przeszkadza!

17. PRO8L3M – Art Brut 2. Duet Oskar – Steez postanowili powrócić do sprawdzonego patentu zastosowanego już wcześniej na „Art Brut” z 2014 roku. Ponownie poszły w ruch stare kasety i płyty ze starymi przebojami oraz stare nagrania VHS z rodzącego się w Polsce kapitalizmu. A do tego wspominki z dzieciństwa Oskara. Retromania trwa w najlepsze, ale skoro to jest tak dobre i potrafią to świetnie robić? To czemu nie? Chwilo trwaj, bo kiedyś to kurła było.

16. Caribou – Suddenly. Z jednej strony mglisty i ponury, z drugiej melodyjny i taneczny. Taki jest właśnie najnowszy muzyczny pocisk od Daniela Victora Snaitha. Ostatni raz Caribou mnie tak urzekło równo dekadę temu za sprawą „Swim„. Dobrze wiedzieć, że dalej jest w formie w odróżnieniu od innych moich indie rockowych ulubieńców. Szkoda tylko, że nie odbył się OFF Festival bo ten występ mógł być koncertem całej imprezy!

15. Fleet Foxes – Shore. Grupę Robina Pecknolda wielbię od momentu ukazania się ich pierwszej płyty w 2008 roku. I o ile pamiętam jak pozytywne emocje mi towarzyszyły przy słuchaniu debiutu „Fleet Foxes„, tak zapamiętam pozytywne wibracje z minionego roku za sprawą „Shore„. Trzeba przyznać, że 2020 to był wyjątkowo CHUJOWY rok. Jednak dzięki niesamowitej passie punktowej AC Milan i właśnie tej płycie było troszkę cieplej i milej.

14. Tame Impala – The Slow Rush. Płyta od Australijczyków była pierwszą głośną premierą tego roku. Co prawda daleko jej do „Lonerism” czy też „Currents„, ale to wciąż na tyle dobry materiał by o nim pamiętać. Kevin Parker wyrobił swój rozpoznawalny styl na którym bazuje, i to dobrze mu to wychodzi. Na najnowszej płycie Tame Impala znalazło się więcej miejsca na inne instrumenty niżeli gitary a brzmienie zespołu zbliżyło się do bardziej dream-popowego.

13. The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Projekt za którym stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos to mroczna, ambientowa propozycja, która najbardziej mi przypadła do gustu z tego typu klimatów. Przyznam, że wkręciłem się dość mocno w tą płytę w minione lato i gdy przypomniałem ją sobie parę dni temu to odzew był równie pozytywny.

12. Charli XCX – how i’m feeling now. Gdy w 2013 roku pisałem o Charli XCX to nie sądziłem, że Brytyjka zrobi taką karierę w świecie muzyki. Lubię takie zaskoczenia, gdyż w jakimś sensie dołożyłem swoją małą cegiełkę do promocji tej artystki. Charlotte Emma Aitchison radzi sobie doskonale, czego przykładem jest jej ostatni album. Świetne, nowoczesne i melodyjne kompozycje idealnie układają się z puszczonym przez autotune wokalem artystki. „how i’m feeling now” to pop najwyższych lotów, który warto znać.

11. Destroyer – Have We Met. Wspominając tą płytę na blogu w lutym zeszłego roku, zastanawiałem się czy będę ją pamiętał w momencie robienia listy podsumowującej. PAMIETAM! I Oto tego efekt, o włos a weszłaby do TOP 10. Chociaż w przypadku moich list (zawsze to wspominam) to różnica między miejscem 17 a 12, czy też 9 a 11 jest znikoma. Jednak trzeba przyznać, że Daniel Bajer wciąż potrafi tworzyć dobre kompozycje i jego umiejętności nie zakończyły się na pamiętnym „Kaputt„.

10. Taylor Swift – Folklore. Pandemia Covid-19 (Nie wierzę, że pisze o tym GÓWNIE nawet tutaj) zmusiła wielu artystów do pozostania w domu. Efekty tego były różne. Od bawienia się w łańcuszki typu Hot16Chellange po nagrywanie nowej muzy w zaciszu swego domu. Pozytywnym efektem kwarantanny z pewnością jest album „Folklore” od Taylor Swift. Gwiazda POP postanowiła nagrać indie folkowy album przy pomocy speca w tej materii Bon Ivera. Efekt? Dzieło zbliżone mocą i emocjami do „For Emma, Forever Ago„.

9. Grimes – Miss Anthropocene. Najbardziej kosmiczna płyta minionego roku. W sumie czego się spodziewać od żony Elona Muska? Grimes potwierdza formę na najnowszym albumie, który zachwyca zarówno od strony wokalnej jak i dźwiękowej. Osobiście przypadł mi najbardziej do gustu singiel „Violence„, który jest pewnego rodzaju wisienką na torcie. Oczywiście album broni się jako całość równie świetnie, gdyż dostajemy tutaj Grimes pod różnymi postaciami. Jednak, gdyby miał wskazać drogę Kanadyjce to kazałbym jej nagrywać takie utwory jak wspomniane „Violence„.

8. The Flaming Lips – American Head. Czasami najprostsze rozwiązanie bywa najlepsze. Udowadnia to hiper grupa z Oklahomy, która postanowiła powrócić do starego stylu. Po długiej podroży pełnej muzycznych eksperymentów i wielu dziwności Wayne Coyne stwierdził, że powróci do tego co grali na pamiętnym „The Soft Bulletin„. I był to strzał w dziesiątkę, bo na takie Flamig Lips wszyscy czekali!

7. Nothing – The Great Dismal. Wałkowałem ten album praktycznie cały grudzień. Nie rezygnowałem z niego nawet dla świątecznych piosenek, które gdzieś tam zawsze towarzyszą przy ubieraniu choinki czy też myciu auta. Za sprawą Nothing ponownie zatęskniłem za brzmieniem ciężkich i przesterowanych gitar. W końcu „The Great Dismal” to potwierdzenie, że shoegaze ma dalej sens. Generalnie grupa Domenica Palermo dobrze idzie w post-rockowych brzmieniach, czego doskonałym jest przykładem ich tegoroczna płyta.

6. Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach daje popis swojej wielostronności. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, szczypta awangardy. Porównania do D’Angleo nie bezzasadne, ale też nie ma co przesadzać. Czuć na tym krążku, jak i na poprzednich, że facet ma dryg to muzyki i dobrze mu te kombinowanie wychodzi. „Græ” to sporo materiału to nadrobienia jeżeli nie słyszeliście, ale warto bo wciąga.

5. King Krule – Man Alive! To co zrobił młody Brytyjczyk na pamiętnym z 2017 roku „The Ooz” było sporym sukcesem. Tegoroczny album nie przebija tego sukcesu, ale też nie zniża poziomu. Rudzielec, który powiedział „NIE” Kanye Westowi ponownie penetruje mroczne i mgliste tereny Londynu tworząc klimat tak gęsty, że można kroić go nożem. Archy Ivan Marshall ponownie miesza gatunki, raz śpiewa, raz rapuje, bawi się stylami i formami. Tego typu eksperymenty wychodzą mu dobrze i co najważniejsze stały się jego znakiem rozpoznawalnym.

4. Run The Jewels – RTJ4. Czwartą część RTJ, El-P zapowiadał już od dłuższego czasu. Płyta w końcu pojawiła się wraz z zamieszkami spowodowanymi śmiercią George’a Floyda. I był to bardzo dobry moment, gdyż zwrotki Killer Mike’a nabrały głębszego i większego wydźwięku niż zwykle. Nie od dziś wiadomo, ze raper z Atlanty udziela się na co dzień politycznie i komentuje sprawy bieżące Ameryki, zwłaszcza segregacji rasowej i problemu przemocy wobec Afroamerykanów. Jednak i bez tej głośnej otoczki album sam w sobie jest wyśmienity. Run The Jewels to gwarancja jakości, która nigdy nie zawodzi. Czwarta płyta z rzędu (co prawda po dłuższej przerwie) a oni wciąż potrafią człowieka wciągnąć.

3. U.S. Girls – Heavy Light. Meghan Remy nie zwalnia tempa. Po wyśmienitym „In A Poem Unlimited” artystka z Toronto wydaje równie świetne „Heavy Light„. Kanadyjka lawiruje pomiędzy gatunkami muzycznym, cieszy ucho melodyjnością a rozum bogactwem nawiązań i inspiracji, które jest w stanie wyłapać każdy. Mi ta propozycja wyjątkowo przypasowała, gdyż lubię tego typu podejście do muzyki pop. Z jednej strony prosto, melodyjnie i zwyczajnie – każdy tego posłucha. Z drugiej jednak strony nieszablonowo, inaczej i z bogatym wachlarzem inspiracji. Istotne jest także to, że by odkryć tego typu płytę to trzeba jednak siedzieć w niezalu, bo w radiu tego nie zagrają.

2. Jessie Ware – What’s Your Pleasure? W 2020 nie było lepszego popu niż ten zaprezentowany przez Brytyjską wokalistkę. Jessie Ware postanowiła zanurzyć się w latach 70 i wyciągnąć to co najlepsze z muzyki DISCO, soulu i electro-popu. „What’s Your Pleasure” to wyjątkowo taneczny krążek, który nadaje się zarówno na parkiet, imprezę jak i do zwykłego codziennego odsłuchu. Omawiany longplay urzeka tutaj zarówno wspaniałym głosem Ware jak i samą produkcją. Pulsujące dźwięki „Spotlight” czy też tytułowego „What’s Your Pleasure” wprowadzają nas w klimat płyty, który przywołuje namyśl najlepsze pozycje z dyskografii Kylie Minouge czy też Madonny.

1. Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. O najnowszej płycie Perfum Geniusa pisałem w maju opisując muzyczne premiery miesiąca. Przyznam, że trochę mam wyrzuty sumienia, że najlepszy album minionego roku opisałem trochę po macoszemu. Dlatego to dobry moment by królowi oddać to co królewskie. Michael Alden Hadreas nagrał najlepszy krążek w 2020 moim zdaniem z kliku powodów. Po pierwsze to najbardziej emocjonalna pozycja zarówno w jego całej dyskografii, jak i w ogóle całego poprzedniego roku. Amerykański wokalista łapie za serce i ściska za sprawą swoich osobistych i intymnych tekstów. Po drugie to jego najbardziej dojrzałe dzieło. Słychać jak wokalista się rozwija, zwłaszcza kiedy odpalimy sobie debiut „Learning” z 2010 roku i porównamy z tegorocznym longplayem. W końcu od tego momentu minęła już dekada! „Set My Heart On Fire Immediately” zachwyca słuchacza także muzycznie. Hadreas nie zamyka się w jednym gatunku, rozbudowując swoje brzmienie. Znajdziemy tutaj zarówno garażowe gitary, jak i smyczki i instrumenty klawiszowe prowadzące nas w stronę muzyki klasycznej. Najnowsza płyta od Perfume Genius to emocjonalna bomba, która została zabarwiona mnogością instrumentów, brzmień i sposobów śpiewania. To jedna z tych płyt o której pamięta się latami.