Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.

Muzyczne zaległości z 2017 roku

Z całych sił starałem się by do tego wpisu nie doszło. Jednak nie oszukujmy się, o tylu jeszcze płytach chciałem wspomnieć na blogu przed stworzeniem swojego podsumowania. Jednak w pewnym momencie zrozumiałem, że te podsumowanie pewnie pojawiłoby się w okolicach wakacji 2018! No, ale nie ma źle. I tak udało mi się w tym roku zarekomendować (lub nie) całkiem pokaźną liczbę płyt. Może nie było w tym zestawie za dużo nowości i nie były to aktualizacje wydawane z czasem, ale nie jestem pieprzonym pitchforkiem. Jestem sam, i nie płacą mi za to. Jednak nie potrafię wyobrazić sobie swojej egzystencji bez pisania, dlatego do dzieła! Oto zestawienie płyt, które przesłuchałem w minionym roku, jednak zabrakło czasu by o nich wspomnieć na blogu w osobnym tekście.

Björk – Utopia. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie miałem okazji wspomnieć o samej Björk na moim blogu. Nie licząc, krótkiej wspominki odnośnie jej występu podczas Open’er Festival 2007, ale kto by to pamiętał? Wiąże się to z tym, że nigdy nie byłem ogromnym fanem Islandki. Co jest dziwne, bo lubię radiogłowych i lubię dziwną, ambitną muzykę. Jednak jakoś nigdy nie było okazji zagłębić się w temat odpowiednio głęboko, ale coś tam słyszałem i coś tam wiem. „Utopia” to dziesiąty krążek w bogatej dyskografii artystki. Awangarda, teatralność, dramatyczność i naturalność. Tym słowom najbliżej do „Utopii„. W odróżnieniu do poprzedniego longplaya „Vulnicura„, gdzie tematem głównym było rozstanie i leczenie ran, na ubiegłorocznym krążku artystka opowiada o miłości i zakochaniu. Fani już pokochali ten album, reszta doceniła. W tym i ja. Ocena: 6/10.

Charli XCX – Pop 2. What? Charli XCX znowu wydała album? Płodność wydawnicza niczym The Beatles czy ostatnio Future. Niby ilość nie idzie w parzę z jakością. Nie w tym przypadku. „Pop 2” po pierwszym odsłuchu wydał mi się znacznie lepszą płytą, niż poprzednik „Number 1 Angel„. A trzeba zwrócić uwagę, że wydany wcześniej krążek słabym też nie był. Angielka wyrasta na główną twarz alternatywnego popu. Świetnie zaaranżowane utwory mają wszystko by nas zachęcić do słuchania. Są hooki, melodyjność, fajne featuringi (Carly Rea Jepsen, Mykki Blanco! czy też MØ) i sama Charli XCX w czystej postaci. Daje z siebie 100 procent i udowadnia, że komercyjne radio jeszcze nie odkryło prawdziwie dobrego popu. Ocena: 7/10.

Gorillaz – Humanz. Fajnie, że Damon Albarn dalej bawi się w robienie muzyki i wciąż dobrze mu to wychodzi. Jednak muszę przyznać, że przy całej mojej sympatii do tego płodnego w dźwięki brytola to „Humanz” męczyło i męczy mnie niemiłosiernie. Jakoś nie umiem przekonać się do tego wydawnictwa w pełni. Nie jest one złe, jest po prostu za długie, momentami zbyt toporne i nijakie. Może z czasem będzie lepiej, ale nie mam zamiaru się o to zakładać. Póki co podchodzę do tematu ostrożnie. Ocena: 5/10.

Kamasi Washington – Harmony of Difference EP. Co prawda, to tylko EP-ka, ale za to jaka. Nie ma tu miejsca na wstępy i zakończenia, Kamasi od razu przechodzi do sedna. Kawał dobrego jazzu, który wpada ucho od pierwszego odsłuchu. Najgorsza rzecz z jaką musiał się zmierzyć artysta to porównania do „Truth„, które zostało okrzyknięte jedną z najważniejszych płyt jazzowych w historii. No cóż, „zajebiście wysoko powieszona poprzeczka”, ale Amerykański saksofonista dał radę. Zeszłoroczny, pół godzinny materiał to energiczny i klimatyczny zestaw, który warto znać. Ocena: 7/10.

Kaz Bałagane – Narkopop. Polski hip-hop potrzebował kogoś takiego. Może Kaz Bałagane nie jest mistrzem rapowania, ale jego linijki są KAPITALNE. Co więcej typ poza tym, że jest narcyzem to ma dobre wyczucie do podkładów. Od debiutu PRO8L3Mu dawno nie słyszałem tak dobrych beatów, i to przez całą płytę. Darek z Polski żalił się, że polscy raperzy idą w ilość a nie jakość. Kaz póki co jeszcze nie wydał rzeczy słabej, bo zarówno „Lot022” jak i „Radio Gruz” zebrały dobre oceny. Dla fanów tradycyjnego rapu może to być album nie do przejścia, bo Kaz bawi się słowem. Jednak uwierzcie, że lada moment te wersy mogą się ukazać na maturze. Ocena: 7/10.

Lana Del Rey – Lust For Life. Pisząc o tej płycie, trzeba wpierw zacząć od mniej przyjemnej rzeczy. Tak, „Get Free” to zrzynka z „Creep” Radiohead. Zresztą nie pierwsza. Pamiętacie „Plug In Baby” Muse? Swoją drogą znam wiele muzycznych zrzynek z których nikt nie robił afery (QOTSA – Kazik Na Żywo czy też Blondie – Celine Dion). Tutaj trochę smrodu jednak zostało. Jednak nie pozwólmy by ta feralna sprawa przykryła jeden fakt. Mianowicie to, że to prawdopodobnie najlepsza płyta artystki od debiutu. Zauroczona w latach 60 i rapsach spod znaku A$AP Rocky’ego wokalistka serwuje nam kawał konkretnego popu, którego próżno szukać w radiu. I wiecie co? Ja chcę tego słuchać. Mimo, że to może być tylko gra i kreowanie wizerunku to doceniam, że Pani Del Rey odrobiła lekcje. Śpiewa o Motley Crue, narkotykach i lataniu na księżyc, nagrywa z synem Johna Lennona oraz upolitycznia swoją muzykę. Zapachniało zbuntowanymi i hipisowskimi latami 60, nie tylko od patrzenia na kwiatki wpięte we włosy Lany Del Rey. Jedna z ciekawszych płyt poprzedniego roku. Ocena: 7/10.

LCD Soundsystem – American Dream. Ja od początku wiedziałem, że James Murphy bez muzyki długo nie wytrzyma. W 2011 roku hucznie schodzili ze sceny. Grali pożegnalny koncert w Madison Square Garde, wydali z tego koncertu album live, nakręcili film dokumentalny. Działo się. Jednak już po niespełna pięciu latach wrócili ponownie do koncertowania a w zeszłym roku wydali nową płytę zatytułowaną „American Dream„. Wiele było ostatnio powrotów. Jedne dłuższe, inne krótsze. Jedno jest jednak pewne, powrót LCD Soundsystem był jednym z lepszych powrotów. Ich najnowsza płyta to majstersztyk. Co prawda James Murphy absolutnie nie nagrała niczego, czego byśmy nie usłyszeli na jego poprzednich krążkach. Jednak swój poziom zachował, a mało komu się to tak udaje jak właśnie jemu. Ocena: 7/10.

Miguel – War & Leisure. No, ejże, ej! Jakbym nie mógł wspomnieć na blogu o nowej płycie Miguela? Przecież tego skurczybyka uwielbiam od czasów wydanego w 2012 roku „Kaleidoscope Dream„. W między czasie swoją pozycję wzmocnił bardzo dobrym „Wildheart” z 2015 roku. W minionym roku pojawiło się „War & Leisure„, które wcale nie odbiega poziomem od poprzednich krążków. Jednym słowem Miguel wyrasta nam na naczelnego dostawce alternatywnego r’n’b, i nie mam nic przeciwko temu. Nowy zestaw piosenek to kolekcja potulnych, przyjemnych i wpadających ucho tracków. Momentami jest z pazurem, momentami Miguel stara się być nowym wcieleniem Barry’ego White’a (If You know, what I mean). Co najważniejsze jednak, ta płyta wciąga i nie nudzi! Oczywiście Amerykanin nie wymyśla tutaj prochu i bazuje na sprawdzonych patentach, ale jeżeli wciąż się sprawdzają i działają… To czemu nie? Ocena: 8/10.

Playboi Carti – Playboi Carti. Podobno 2017 był dobrym rokiem dla rapsów. Trochę żałuję, że bardziej tego nie sprawdziłem. Jednak swoje przesłuchałem, a mój wybór m.in. padł na rapera/modela z Atlanty Jordana Terrella Cartera, znanego szerzej jako Playboi Carti. Co prawda to tylko bądź aż mixtape, jednak jest w tym moc. Skoro pieczę nad tym wydawnictwem sprawował sam A$AP Rocky, więc nie może to być słaba rzecz. I nie jest. Powiem więcej, wolę młodziaka z Atlanty niż przereklamowanych Migos. Ocena: 7/10.

Slowdive – Slowdive. W ostatnim czasie sporo było powrotów. Były bardziej i mniej spektakularne. Wracali dinozaury i Dinosaur Jr. Tuzi muzyki, legendy lat 90, królowie alternatywy. My Bloody Valentine, Kate Bush, Edyta Bartosiewicz, The Avalanches, Ride i wielu, wielu innych. Dlatego też powrót z nowym materiałem Slowdive wydawał się tylko kwestią czasu. Skoro słuchacze kupują to, więc czemu nie? Zwłaszcza, że autorzy genialnego „Souvlaki” mają sporą rzeszę fanów. No i reaktywowali się. Wpierw w 2014 roku ruszyli z koncertami, jeden miał nawet miejsce w Polsce podczas OFF Festivali. A po prawie 22 latach ukazała się nowa płyta zatytułowana po prostu „Slowdive„. Nie jest to spektakularny comeback, ale trzeba przyznać, że nowy longplay stoi na wysokim poziomie. Anglicy wciąż mają smykałkę do tworzenia intrygujących melodii. Wnikliwe gitarowe riffy pięknie układają się w całość, dając dość ciekawy efekt. A najlepsze w tej płycie jest to, że wcale nie słychać w niej, że nagrali ją ludzie dobijający do abrahama. Ocena: 8/10.

St. Vincent – Masseducation. Do Annie Clark mam szacunek od 2011 roku, kiedy to urzekła mnie singlem „Cruel” i całą płytą „Strange Mercy„. Od tamtego czasu zawsze daje tej multiinstrumentalistce szansę. I tak było tym razem. Na nowym longplayu Pani Clark nie boi się poeksperymentować. Niektórzy zarzucają tej metamorfozie banalność, jednak nie dajcie się zmylić. Wszystko co usłyszycie na „Masseducation” jest w pełni przemyślane i nie ma tutaj miejsca na grę w chybił/trafił. Amerykanka za każdym razem trafia w punkt, tak jest i tym razem. Ocena: 7/10.

SZA – Ctrl. Wierzcie lub nie, ale nie ma chyba recenzji „Ctrl” w internecie, w której nie byłaby mowa o podobieństwach do twórczości Franka Oceana. Skuszony tymi porównaniami zajrzałem do debiutu SZA. I coś faktycznie jest na rzeczy, ale tylko przez moment. Zwłaszcza w otwierającym całość „Supermodel” łatwo dopatrzyć się podobieństw do ostatniej płyty Franka Oceana „Blonde„. No, ale reszta jest zupełnie inna, co oczywiście nie przeszkadza w stworzeniu spójnej płyty. O ile na swoich poprzednich wydawnictwach artystka była kojarzona z delikatnym brzmieniem, to na „Ctrl” usłyszymy dość odważną mieszankę r’n’b z hip-hopem, popem, indie rockiem czy też neo-soulem. A opowiadane historię też są odważniejsze. Nic tylko słuchać. Ocena: 8/10.

The War On Drugs – A Deeper Understanding. Amerykanie z Filadelfii po raz pierwszy urzekli mnie w 2014 roku swoim kapitalnym albumem „Lost in the Dream„. Dlaczego więc nie dać im kolejnej szansy? Sprawdziłem zatem ich najnowsze dzieło zatytułowane „A Deeper Understanding„. I wiecie co? Opłaca się ponownie posłuchać grupy Adama Granduciela. Co prawda, niektórzy narzekają, że nie wiele się dzieje na tej płycie. Jednak chyba nikt w tym roku z taką fantazją i pięknem nie przynudzał jak oni. Może nie wiele się dzieje na tej płycie, i może sami nie wiedzą czy chcą być jak My Bloody Valentine czy Bob Dylan (albo jedni i drugi na raz), ale nie można im odmówić tego, że potrafią zaczarować. W moim przypadku tak było. Sprawdźcie całość, ale przynajmniej te ponad 11 minutowe „Thinking Of A Place„, nie stracicie czasu na pewno. Ocena: 7/10.

The XX – I See You. Początek najnowszej, trzeciej już płyty The XX sprawiał wrażenie, że zespół podąży nową drogą. Dubstepowa perkusja i elektroniczny klimat jednak z czasem ustępuje i otrzymujemy to, z czego dobrze znamy grupę. Znowu jest melancholijnie, mrocznie i depresyjnie. To oczywiście nic złego, bo za ten niepowtarzalny klimat pokochaliśmy brytyjskie trio w 2009 roku. „Coexist” z 2012 roku był rozwinięciem pomysłów z debiutu, natomiast „I See You” wydaje się być klasyczną trzecią płytą. Z jednej strony muzycy próbują czegoś nowego, jednak na dobre nie potrafią się pożegnać ze starą stylistyką. Póki co, jeszcze to się sprawdza. Mam nadzieję, że jednak z czasem bardziej postawią na nowe brzmienia, bo wychodzi im to. Udowadnia to zdecydowanie pierwsza cześć płyty „I See You„. Ocena: 7/10.

 

Aniołek Charli XCX

Sięgając po najnowszy krążek Charli XCX, myślałem sobie, że dobrego popu nigdy dość. W pamięci mam przecież całkiem przyjemne „True Romance” z 2013 roku i serię kapitalnych singli wypuszczonych przez Brytyjkę. „Stay Away” swego czasu słuchałem namiętnie.  A takie kawałki jak „You (Ha HA ha)” czy też „What I Like” były częścią większości imprezowych playlist. Zatem, sprawdzony towar. Jak zawsze zresztą. Cóż by mogło pójść nie tak?

Generalnie jest OK. „Number 1 Angel” brzmi dość dobrze i lekko. Jest tylko jeden mankament w tym wszystkim. Ten album totalnie nie wciąga. Nie czuję ZMUSZENIA do kolejnego odpalenia tego longplaya. Charli XCX grzecznie głaszcze moje ucho, jednak chciałbym by czasami złapała mnie z pazurem albo chociaż kopnęła (haha, muzyczne sadomaso – absolutnie nie moje klimaty) i krzyknęła na mnie: „HEj, posłuchaj Tego!”. Do „Number 1 Angel” wracam wyłącznie z recenzenckiego obowiązku, który tkwi we mnie niczym przekleństwo. Polecam Wam i sobie słowa pewnego małoletniego rapera Radzia. Ich sens był mniej więcej taki: „Nie musisz, więc nie idź do tej pracy”. Jeżeli nie musicie słuchać tego krążka, to absolutnie nic nie stracicie ważnego.

Jeżeli jednak się skusicie to czasu też nie stracicie. Charli XCX świetnie się odnalazła na pograniczu mainstreamu i alternatywnego popu. Jej piosenki przypadną do gustu zarówno mniej wymagającego słuchacza jak i tego lubiącego w nocy słuchać Swansów. Co prawda nie ma tutaj bangerów, ale materiał stoi na równym, dość dobrym poziomie. Trochę więcej liczyłem po gościnnych występach. Jednak zarówno MO jak i Uffie przemknęły przez ten set prawie nie zauważone. Jednak sama Charli daje radę. Zarówno wokalnie jak i muzycznie. Mieszanka słodkiego popu, z elektroniką i wspominkami z lat 90 wciąż daje wyborne efekty. Ocena: 6/10.

Posłuchaj