PRO8L3M rozlicza się z problemami Świata – recenzja „Widmo”

Album „Widmo” to kolejna propozycja wydawnicza od duetu PRO8L3M. Grupa, która zasłynęła za sprawą świetnie przyjętego mixtejpu „Art Brut” ponownie próbuje się zmierzyć z sukcesem materiału z 2014 roku. Czy im się udało? O tym poniżej.

Z całą pewnością nowy krążek jest w pewnym sensie logicznym następnym krokiem w ich twórczości. Oskar i Steez konsekwentnie budują swoją pozycję na polskiej rap scenie. To, że „Widmo” sprzedaje się jak ciepłe bułeczki a koncerty wyprzedają się w mgnieniu oka to nie tylko zasługa tego, że w Polsce rap się dobrze sprzedaje. PRO8L3M to w tej chwili marka, która przyciąga nie tylko fanów hip-hopu. Na ich koncerty chodzą zarówno ludzie w raperskich ciuchach jak i cała gama młodej hipsterskiej młodzieży po fanów alternatywnego grania. Grupa gra na najlepszych polskich festiwalach a recenzje „Widma” znajdziecie na portalach o różnych profilach.

Fakt, PRO8L3M to marka, ale jak wygląda nowy longplay pod względem muzycznym? Podoba mi się droga jaką obrała grupa. „Widmo” z jednej strony jest mroczne i opowiada o problemach współczesnego Świata przy mglistych beatach: „Miliard ludzi nie ma wody, ośmiu ludzi rządzi światem” czy „Czemu świat jest na zakręcie„. Z drugiej natomiast Oskar częściej śpiewa (I rewelacyjnie mu to wychodzi!) niż rapuje a Steez swoimi produkcjami udowadnia, że potrafi więcej niż produkowanie rapowych utworów i całkiem sobie nieźle radzi z bardziej popowym obliczem grupy. Może to karkołomne porównanie, ale ta metoda idealnie się sprawdza jak w serialu „Ślepnąc od Świateł„, gdzie obraz mrocznej i brudnej Warszawy mieszały się z abstrakcyjnymi wizjami apokalipsy i ciepłymi widokami z argentyńskich plaż. „Widmo” serwuje nam identyczne rozwiązania, co w moim odczuciu jest jak najbardziej OK.

Poza problemami Świata PRO8l3M ponownie skupia się na materializmie, używkach i hedonistycznym życiu. Z tym, że tym razem są to bardziej gorzkie historie. O ile na wcześniejszych płytach Oskar opowiadał uliczne historię o tym jak się wzbogacić i o ciągłym imprezowaniu to na „Widmie” opowiada o tych sprawach z większym pesymizmem. Idealnie to słychać w „National Geographic„, gdzie Oskar mówi wprost:

„Gdy patrzę na auta, to widzę rozjebany hajs
Gdy patrzę na błędy – widzę mnie
Gdy patrzę na miasto, to widzę alkoholizm tam
Gdy patrzę na przyszłość – widzę źle„

Można by pomyśleć, że Oskar zdziadział jednak to jest właśnie ta naturalna kolej rzeczy o której pisałem na wstępie. PRO8L3M z płyty na płytę dojrzewa i opowiada te same historię, używając różnych perspektyw. Słychać to bardzo dobrze w „Monza„, gdzie materializm przybiera inny wymiar dla autora:

„Więcej, więcej, zawsze chciałem mieć więcej
Jeszcze, jeszcze, zawsze chciałem M5 mieć
Pięćset, sześćset, dni które straciłem
Pięknie, w piekle będę się smażył za chwilę”

Nie potrafię rozgryźć co w tym wszystkim robi „To nie był film” z gościnnym udziałem Artura Rojka. Marketingowo to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż utwór Myslovitz z 1997 roku to klasyk polskiej piosenki. I w dodatku taki kontrowersyjny. A jedyny featuring na płycie wykonuje sam Artur Rojek, czyli człowiek którego jako ostatniego by można posądzać na nagranie czegokolwiek z Oskarem i Steezem.  Przyciąga to uwagę, jednak sama interpretacja utworu nijak pasuje do reszty. Jednak nagranie w przyszłości takiego mixtejpu z własnymi interpretacjami polskich utworów mogłoby być fajnym pomysłem. Jednak póki co to większe na mnie robi wrażenie „112„, które jest utworem o samobójstwie.

Podsumowując podoba mi się taka twarz duetu. Po udanym mixtejpie „Art Brut” ciężko mi było pogodzić się z poważną i napiętą postawą grupy na ostatnich „Ground Zero Mixtape” i „PRO8L3M„. Jednak nowe pomysły Steeza idealnie się komponują z bardziej dojrzałymi przemyśleniami Oskara i jego debiutanckimi wokalami puszczonymi przez autotune. Ocena: 7/10.

Król trapu ponownie przemówił – recenzja Future Hndrxx Presents: The WIZRD

Niezwykle płodny w ostatnim czasie raper Future wydał właśnie swój najnowszy, siódmy album „Future Hndrxx Presents: The WIZRD„. Płyta z miejsca zajęła pierwsze miejsce na amerykańskiej i kanadyjskiej liście sprzedaży. A co więcej poza sukcesem komercyjnym osiągnęła ten ważniejszy (przynajmniej dla mnie) – artystyczny. Liczne pozytywne oceny przyciągnęły i moją uwagę. W czym sekret sukcesu rapera z Atlanty? O tym poniżej.

Pan Nayvadius DeMun Wilburn, znany szerzej jako Future w ostatnim czasie był bardzo łaskawy dla swoich słuchaczy. Od 2014 roku, czyli momentu wypuszczenia w Świat „Honest” co roku pojawia się jego nowy album. W 2017 nawet wypuścił dwa: „Future” oraz „Hndrxx„. Co więcej od 2015 wydał także aż 5 mixtape’ów. A chyba, nie muszę mówić, że te wszystkie płyty to przeważnie zestawy po 20 tracków. Takie ilości materiałów z sukcesem wydawali chyba tylko Beatlesi i Stonesi. No i Drake, ale do momentu. Potem już przynudzał. No, ale ilość to nie zawsze jakość. I tu się zgodzę, bo nie każdy album Wilburna do mnie trafiał w równym stopniu. O ile cenię „Honest” czy „Beast Mode 2” to jego produkcje z 2017 średnio mi przypasowały.

A jak ma się rzecz z jego najnowszym produktem wypuszczonym w połowie stycznia? Jest całkiem dobrze, aczkolwiek bez większej rewolucji. Reprezentant Atlanckiej sceny raperskiej ponownie siedzi w mglistych, purpurowych trapach opowiadając o swoich dolach i niedolach. Koleś jest na fali, ludzie go kupują a on sam wozi się najdroższymi brykami, wciągając najdroższy koks. Sam szczerze przyznaje: „I’m too rich to be sober„. I jak to ma odbierać koleś, który zmaga się obecnie ze zapchanymi zatokami i walczy ze zalegającym śniegiem na podjeździe do domu? Ha, pewnie wielu z nas chciałoby mieć takie problemy jak Future.

Jego najnowsza płyta to wyznanie problemów bogatego rapera. Może mało odkrywcze, ale prawdziwe. Już w otwierającym całość „Never Stop” rzuca hasło: „You’ll get rich and have problems that you never thought„.  W „Crushed Up” rzuca standardową listę przechwałek z stwierdzeniem „I just joined the big league” jednak na koniec i tak stwierdza w „Baptiize„, że pozostał sobą: „Got a Bel Air address, but this money never changed me„.

A jak wygląda sprawa muzycznie? Podoba mi się produkcja, która wyjątkowo nie jest toporna. Większość beatów wyszła spod ręki ATL Jacoba oraz Southsidea, aczkolwiek nie należy zapominać o udziale Wheezy’ego. Ten ponad godziny materiał to zestaw dość lekkich i co najważniejsze równych podkładów. Osobiście nie znalazłem tutaj dla siebie żadnych perełek, ale też nie przeszkadzało mi nic w odbiorze całości. A to już dobrze.

Generalnie Future potwierdził pozycję w tej pokrętnej grze, jaką jest robienie rapów. Kiedyś podział był jasny: wschodnie i zachodnie wybrzeże. Dziś za sprawą ekipy z Chicago (Pozdro Earl i Tyler) oraz właśnie świty Future’a z Atlanty ten podział już nie jest aktualny. Jeżeli jaracie się nowym brzmieniem hip-hopu to zdecydowanie powinien wam przypasować „The Wizrd„. Ocena: 8/10.

Test zaliczony! – Recenzja „TESTING” A$AP Rocky’ego

Już listopad a ja piszę o płycie, która pojawiła się grubo przed wakacjami. Klasyka w moim wykonaniu. Jednak tym razem nie chodziło o „brak czasu” czy też „ważniejsze projekty”. Potrzebowałem po prostu czasu na wyrobienie zdania na temat tego krążka. Podejrzewałem, że tak będzie, gdyż po pierwszych odsłuchach „TESTING” nie trafiło do mnie wcale. Jednak nie pierwszy raz obcuje muzyką w ogóle, w tym z wydawnictwami Rakima Mayersa. O ile „At.Long.Last.A$AP” czy też „Long.Live.A$AP” (dobrze, że nazwa nowej płyty już nie jest w tej konwencji) przypadło mi do gustu już po pierwszym odpaleniu, to jego najnowsza płyta tak łatwo nie miała. Miałem jednak wewnętrzne przeczucie, że jeśli dam tej płycie czas to bardziej ją docenię. I się nie myliłem. Jak to często bywa sekret tkwi w szczegółach, a te nie były widoczne od razu.

A$AP Rocky testuje nowe rozwiązania i odbija w zupełnie inną stronę, niż można by sądzić. Początkowo mocno filtrował z mainstreamem (co nie jest złe) nagrywając kawałki z Skrillexem, Rodem Stewardem czy też Maroon 5. Na „TESTING” już takich zapędów nie znajdziemy, gdyż Rocky uderza w zupełnie inne klimaty. Płyta jest przede wszystkim różnorodna brzmieniowo. Sporo tu trapowych zapędów w lata 90, ale nie brakuje zabawy z elektroniką czy też kawałków z gęstym, jazzowym klimatem jak u King Krule.

Szczególnie do gustu przypadł mi kawałek „Fukk Sleep” z gościnnym udziałem wspaniałej jak zwykle FKA Twigs. Kawałek ma swój niepowtarzalny klimat i chyba najbardziej zapada w pamięć z całego zestawu. Uzasadnione są także zachwyty nad „A$AP Forever„, gdzie pojawia się sampel z „Porcelain” Moby’ego. Hymnem moich wakacji było „Praise The Lord (Da Shine)” z fajnym flecikowym motywem i wejściem Skepty. Na plus zaliczyć można również otwierające całość „Distorted Records„, dość mozolne „OG Beeper” oraz kończące całość „Purity„, w którym mocno swoją obecność zaznaczył Franky Frank Ocean.

Muzyczne eksperymenty Rakima Mayersa przypadły mi do gustu. Nowe motywy, nowe tropy, nowe trapy. A$AP Rocky nie podąża za trendami, on je tworzy. „TESTING” to udany album, jednak nie bez wad. Przede wszystkim jest to materiał nierówny, gdyż wcześniej wymienione utwory równoważą inne mniej udane. Jednak jak sama nazwa wskazuje produkty jest w fazie testowej, efekt finalny z całą pewnością będzie lepszy. Ocena: 7/10.