Cut Copy – In Ghost Colours

W końcu kiedy jest już po wszystkim (po Offie), można przejść do normalnego trybu życia. Wracam do pisania recenzji płyt, które słucham. Zawsze się zastanawiałem dlaczego na portalach muzycznych brakuje recenzji płyt z czasów przed istnieniem internetu. Tak zwanej klasyki. Pierwszych płyt Radiohead, początków Yo La Tengo itd. Teraz wiem, że brakuje czasu bo trzeba pisać na bieżąco o nowościach na rynku. Ja tak mam, tyle, że od czasu do czasu napiszę coś o starszej płycie. Jednak muszę pisać więcej o nowościach. By znaleźć czas na wszystko sporządziłem listę płyt z roku 2008 o których napiszę. W tym momencie wykreślam z niej Cut Copy.

Cut Copy to zespół, który odkryłem w tym roku gdy usłyszałem Hearts on Fire, czyli kawałek, który jest uważany za parkietowy wymiatacz 2007 roku. Ciężo się z tym nie zgodzić. Pomyślałem, że skoro nagrali taki zajebisty kawałek to musi być tego więcej na ich drugiej płycie. Nie myliłem się. Na płycie jest 15 zajebiście mocno popowych utworów. Australia to piękna kraina rodząca zajebistą muze. U nas w Polsce pewnie nikt nie nagra czegoś podobnego, choć niektórzy wspominają w tym momencie o Papa Dance. Tyle, że niektórzy mają chyba większe poczucie humoru niż ja. Natomiast porównywać Cut Copy do indie popu, który serwuje MTV2 to tak jak porównywać Linkin Park do Rage Against the Machine. Nie ma porównania. Cut Copy rządzi na całej lini.

Spotkałem się z opiniami, że Cut Copy to gejowski zespół, którego słuchają homoseksualiści. Jeżeli to prawda, to ja chcę być gejem. Nic mnie nie powstrzyma przed odpaleniem tej płyty. In Ghost Colours to póki co najlepsza płyta, którą słuchałem w tym roku. Zajebiste nutki, wpadające w ucho melodie, teksty. Życzyłbym sobie by było więcej takich zespołów. Może Rojek sprowadzi ich za rok do Mysłowic. W końcu zna się na muzie i czyni cuda (a ja znowu o Offie). Wracając do płyty. 15 kawałków. Punkt kulminacyjny to oczywiście Hearts on Fire. Dużo tanecznych melodii. Powinno się spodobać każdemu już po pierwszym przesłuchaniu. Zachęcam do spożywania muzy zespołu Cut Copy. Ocena: 9/10.

of Montreal – Hissing Fauna, Are You the Destroyer?

of Montrealof Montreal zainteresował mnie w momencie gdy dowiedziałem się, że wystąpią w tym roku na Off Festival. Przedtem przyjmowałem do wiadomości, że istnieje taki zespół i gra muzykę łączącą pop z indie itd jednak nie słyszałem żadnej ich płyty w całości. Musiałem nadrobić zaległości by jechać na Off w pełni przygotowanemu.

Na początku nazwa mi ich skojarzyła z zespołem, który pochodzi z Kanady. W końcu Montreal to największe miasto w Kanadzie. Stąd moje domysły, jak się później okazało błędne bo Barnes z resztą paki pochodzą z United States of America! Dlaczego więc of Montreal zamiast of America? Przecież uważa się, że Amerykanie są mocno dumni z tego skąd pochodzą a właściwie z tego gdzie mieszkają. Pochodzą oni z całego Świata przecież. Nieważne. Chodzi mi o to, że na początku mieli już plusa bo lubię Kanadyjską muzę bo od razu mam w głowie coś takiego jak Arcade Fire, Wolf Parade czy Broken Social Scene. A z Amerykańską muzą jest to różnie. Aczkolwiek jest u nich raczej więcej dobrej muzy niż chujstwa. of Montreal zaliczę do dobrej muzy, ba, zajebistej muzy.

Przesłuchałem 3 płyty. I każda z tych płyt jest najlepsza. Nie będę zagłębiał się w tym czy Satanic Panic In the Attic jest lepsze od The Sunlandic Twins albo czy HFAYTD dorównuje poprzedniczkom. Dla mnie 3 zajebiste płyty na porównywalnym albo nawet na całkowicie równym poziomie. Podoba mi się taki popowe brzmienie. Jest w tym indie. Jest elektronika też. Kevin Barnes to unikat. Podoba mi się jego styl. Na Hissing Fauna… jest mnóstwo zabiegów wokalnych typu uuu uuu uuu czy paraparaparapapra by muza wpadała w ucho. W dodatku pomagają w tym różnorakie dźwięki cymbałków albo klawiszy. ogólnie jest to w ciul melodyjne. Nie oznacza także, że razem z melodyjnością pojawia się banalność. Nie ma tu mowy o prostactwie muzycznym. Wszystko na najwyższym poziomie.

Mimo, że płyta wyszła w styczniu to śmiem twierdzić, że idealnie pasuje do letnich klimatów. Wyobrażam sobie leżenie na plaży, smażenie się, picie zimnych drinków a w tle of Montreal. W zasadzie nie muszę sobie tego wyobrażać bo jest lipiec. Na zewnątrz 30 stopni w moim klimatyzowanym mieszkaniu ze 50 stopni, leżę jajcami do góry, pije colę z lodem i niemiłosiernie męczę to PC, to MP3 of Montreal.

To w zasadzie ostatni zespół, który przedstawiam przed Offem. Długo się zastanawiałem co napisać o tej płycie, długo się zastanawiałem o której płycie napisać i najdłużej się zastanawiałem co napisać by nie brzmiało to w stylu: „lubię of Montreal bo jest fajny”. Wczorajszy dzień był dniem rozważań „muzyka of Montreal a taneczność”. Siedziałem, słuchałem i się zastanawiałem. Aż w końcu usłyszałem kroki zmierzające w stronę mego pokoju. Po raz pierwszy moja matka (40 l.) w jakimś stopniu przyczyniła się do mojej recenzji. Jak? Zaobserwowałem zmianę jej ruchu na taneczny w momencie gdy usłyszała jeden z utworów of Montreal i zdawało mi się nawet, że powiedziała, że fajne. W ten sposób uznaję muzykę of Montreal jako taneczną. Popieram tą tezę moimi obserwacjami. Muszę tu podkreślić, że moja mama to lubi muzę w stylu viva i rmf fm i rzadko się odnosi do moich zainteresowań muzycznych, gdyż twierdzi, że słucham muzyki szatana (Cool kids of Death) albo muzyki, która negatywnie wpływa na jej samopoczucie. Radiohead ją dołuje a gdy słyszy The Hives albo coś bardziej rockowego to stwierdza, że staje się agresywna od takiej muzyki. Czyli jak widać mój obiekt doświadczalny był raczej trudny.

No i patrzcie, całkiem długa recenzja się zrobiła. Posłuchajcie of Montreal w domu, nie przegapcie ich występu na Off Festival bo to może być większe wydarzenie muzyczne w Polsce niż koncerty Nelly Furtado albo Celin Dion. Ocena: 8\10. Jesteś destruktorem?

Renton – Take-Off

W dzisiejszym odcinku z serii: „Z całego Świata do Mysłowic”. Tym razem w programie tegoroczny debiutant z Polski. Warszawski zespół Renton to jedna z rodzimych gwiazd, która wystąpi na najlepszym festiwalu w tym roku w Polsce.

Dobra dość lania wody. Do rzeczy. Przesłuchałem ich płytę parę razy. Oto moje przemyślenia:

Przesłuchanie 1:

Ta płyta dostała na Porcysie i Screenagersie 6? Za co? Niby miało być podobne do The Car is on Fire. Podobieństw można także było szukać z Muchami. Do TCIOF to im daleko jak z Zgierza do Mediolanu a z Muchami łączy ich to, że hype ich nie ominął. Dla mnie ta płyta to 12 bezbarwnych kawałków z Hey Girl, które na dodatek kojarzy mi się z reklamą Ery. Fakt to było w reklamie Ery. Irytują mnie jęki wokalisty i strasznie się dłużą te kawałki. Nie będę pisał recenzji po jednym przesłuchaniu, może jeszcze zmienię zdanie. Znowu nie ma co liczyć, że pojawi sie jakiś fajny polski zespół… Ocena i tak nie będzie dobra: 2\10

ulik_ (Środa 11 czerwca 2008) Wyślij prywatną wiadomość do ulik_

nie podoba mi się płyta jako całość.ale jest kilka fajnych piosenek.

dopaminecloud (Środa 14 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do dopaminecloud

Po trzecim utworze mam dość a pan wokalista nie potrafi śpiewać po angielsku.

Przesłuchanie 3:

Minęło trochę czasu od pierwszego przesłuchania. W między czasie starałem się zrozumieć dlaczego inni coś widzą w tej płycie a mi to nie bardzo wychodzi. Po paru przesłuchaniach dochodzę do wniosku, że niektóre piosenki mogą nawet być. Po oswojeniu się z tą płytą nie jest tak źle jak uważałem na początku. Jest parę piosenek, które w ogóle mnie nie ruszają i niezbyt się udały. Ogólnie na plus. Jeżeli ktoś ma cierpliwość do długich i dziwnych romansów to może pokocha tą płytę. Ocena: 6\10

wyqukal (Środa 14 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do wyqukal

Płyta jest świetna 🙂 This is not the end jest wprost genialne ;]

Przesłuchanie 6:

Najbardziej obiektywna moja ocena. Te piosenki, które mi się spodobały za trzecim razem jeszcze bardziej mi się podobają a te, które jak najszybciej starłem się przeżyć bez uszkodzenia nerwów słuchu jeszcze bardziej mi się nie podobają. Ogólnie płyta mnie nie rusza już w żadną stronę. Nie chce mi się nią rzygać ani nie chce mi się nią cieszyć. Od taki popik, może być.

meyde (Niedziela 18 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do meyde

przesadzacie jeden z drugim :>. Takie tam lajtowe granie, może być.

Podsumowując. Renton ciężko nazwać będzie odkryciem roku, ale znając życie nic lepszego-ciekawszego pewnie się nie pojawi na rynku, choć mocno liczę na debiut Materaca. Płyta w miarę dobra z przebłyskami zarówno bólu, cierpienia jak i radości i miłości. Jednym słowem można posłuchać, ale na większe najbijanie na laście nie ma sensu bo są ciekawsze rzeczy anglojęzyczne z gatunku alternative-pop-indie. Ocena :5/10