Na taki powrót Uffie czekałem! – recenzja „Tokyo Love Hotel”

Anna Catherine Hartley znana szerzej jako Uffie  po 9 letniej przerwie powróciła z nowym wydawnictwem, jakim jest EP-ka „Tokyo Love Hotel„. Co prawda nie była to dekada ciszy w wykonaniu wokalistki. W między czasie wypuściła kilka fajnych singli jak np. „Wordy Rappinghood” czy też „Sideways” oraz udzieliła się na płycie Charli XCX oraz Jin Akanishi. Niemniej po dobrze przyjętym debiutanckim albumie „Sex Dreams and Denim Jeans” czekaliśmy z utęsknieniem na kolejny wydawniczy krok artystki.

Czy EP-ka „Tokyo Love Hotel” spełnia te oczekiwania? W moim przypadku jak najbardziej tak. Co prawda, to tylko 20 minutowy materiał, ale ile tu pięknych brzmień! To bardzo osobisty i emocjonalny krążek. Już otwierające całość „Drugs” urzeka nas wyznaniami w stylu: „The drugs don’t love you like I do / Don’t walk away from me tonight” czy też „Everything we ever wanted is in front of us / Begging you to try and see before you give it up„. Z kolei w „Sharpie” będącym na płycie „breakup anthem” Uffie ubolewa nad rozstaniem i z żalem wspomina: „But, I really miss the wild / Nights like this„. Swoją drogą wiele się zmieniło w życiu Anny Katarzyny. Na swoim pierwszym longplayu z 2010 roku śpiewała o pierwszej miłości, pierwszych pocałunkach i imprezach. Teraz po dwóch ciążach artystka śpiewa o burzliwym związku i rozstaniu. Jedynym wspólnym mianownikiem są imprezy. Z tym, że wtedy je celebrowała a teraz w „Sadmoney” śpiewa, że w każdy poniedziałek rano ma wyrzuty sumienia.

Sama osobowość artystki też uległa zmianie. W „No Regrets” w istnie raperskim stylu stwierdza, że ciężko jej się teraz otworzyć przed kimś i jest zimna niczym lód: „I wear my ice, yeah / I wear my ice around my neck / Like a gold chain„. W „My Heart” widzi swoje winy: „I know you’re good / I know you’re right / Why do I still put up a fight?„. Jednak i tak ostatecznie w „Nathanielu” stwierdza: „I don’t wanna hurt you / I just wanna love you„.

A jak wygląda płyta pod względem brzmienia? Jest melodyjnie, różnorodnie i modnie. Moje ulubione „No Regrets” to trapowy szlagier, gdzie Uffie funkcjonuje poza beatem niczym Post Malone. „Sadmoney” oraz „Drugs” to z kolei spokojne indie ballady, oparte na prostych, zapętlonych motywach. Najbardziej przyjazne radiu „Sharpie” to pełen energii pop z fajnymi hookami. „My Heart” to klasyczny utwór popowy oparty na charakterystycznym gitarowym motywie. A kończący całość electro-popowy „Nathaniel” przypomina mi nieco mieszankę wczesnego MGMT z utworami granymi przez fikcyjny band Munchausen by Proxy z filmu „Yes Man„.

Podsumowując, „Tokyo Love Hotel” to udany powrót po dłuższej przerwie  przez Uffie. Bezpretensjonalna, mocno emocjonalna, a momentami intymna płyta to prawdziwy dowód na to, że artystka wciąż potrafi zachwycić. Nowa EP-ka Uffie to mieszanka świetnej muzyki z dobrymi, osobistymi tekstami. Szkoda tylko, że ta wspaniała przygoda trwa nieco ponad 20 minut. Ocena: 8/10.

U Robyn po staremu – miód, malina – recenzja „Honey”

Znaczenie Robyn Mirmiam Carlsson dla popu nie trzeba jakoś zbytnio udowadniać. Jest to prawda sama w sobie, która jest oczywistością dla świadomego słuchacza dobrego popu. Szwedka od momentu debiutu w 1995 roku albumem „Robyn is Here” zawsze była dwa kroki przed resztą stawki. Odcisnęła swoimi nagraniami niesamowite piętno w muzyce pop, a największe gwiazdy gatunku (Lorde, Taylor Swift) inspirowały się jej twórczością. W swojej rodzinnej Szwecji jest znacznie bardziej doceniona (liczne nagrody Grammis), niż w skali globalnej, gdzie zawsze była bardziej w cieniu większych gwiazdy pokroju Britney Spears czy też Christiny Aguilery.

Artystka wróciła po dość długiej przerwie z nowym materiałem. Jej ósmy (a w zasadzie szósty – „Body Talk” traktuje jako jeden album podzielony na trzy części) album to zestaw przyjemnych dla ucha synthpopowych propozycji mówiący nam, że Robyn wciąż jest w formie. Nawet bym powiedział, że jej nowa propozycja jest znacznie lepsza niż „Body Talk„. Na „Honey” słychać wiele fajnych pomysłów, które nie zostały do końca odpowiednio rozwinięte. W wielu przypadkach postawiono na bezpieczną przebojowość kosztem eksperymentów, o które aż się tu prosi. No bo kto jak nie pani Carlsson ma to robić? W końcu miano zastępczyni Kate Bush do czegoś zobowiązuje.

Mimo, że płyta nie wywraca muzyki popowej do góry nogami, ani też nie wprowadza nowych trendów czy też rozwiązań to jest to solidna porcja ładnego elektronicznego popu. Po dość nudnych utworach tworzonych z norwegami z Röyksopp, artystka ładnie i lekko przeszła w modne w ostatnim czasie nawiązania do lat 90. Najlepszy przykład to eksplorujący house epoki DJ Bobo i Roberta Baggio „Between The Lines„. Takich smaczków jest oczywiście więcej, bo następny „Beach2k20” też robi to w niezły sposób. Swoją drogą to prawdopodobnie dwa najlepsze utwory na całej płycie, gdyż pozostała część utworów jest nagrana w stylu już rozpoznawalnym dla artystki. Otwierający całość „Missin U” jest tego najlepszym przykładem. Gdyby utwór ten znalazł by się na każdym innym jej longplayu – pewnie bym się nie zorientował. „Human Being” jest już znacznie lepszym utworem i oferuje całkiem fajne hooki. „Beacause It’s In The Music” jest najbardziej chwytliwym i radiowym utworem w tym zestawieniu, jednak to „Ever Again” z fajną linią basu zyskał większe uznanie.

Honey” to udany powrót artystki po 8 latach przerwy. Płyta oferuje przyjemny dla ucha synthpop, który zaraża bezpretensjonalnością oraz lekkością. Brakuje na płycie większych muzycznych eksperymentów, a jedynym odstępstwem od normy jest numer 7 i 8. Szkoda, że Robyn postawiła na bezpieczne rozwiązania zamiast poszukać czegoś bardziej niekonwencjonalnego. Byłaby ocena wyżej, a tak tylko (albo aż) jest siódemka. Ocena: 7/10.

Lata 80., synth-pop i… wilkołaki – recenzja „Simulation Theory” Muse

Nastał w końcu ten czas, kiedy Matthew Bellamy ze spółką powiedzieli sobie „pieprzyć ten nadęty prog rock, nagrajmy coś lajtowego”. Jak powiedzieli – tak zrobili. Nagrali najbardziej popowy album w swojej dyskografii, który nie jest po raz pierwszy księgą objawioną tylko albumem, który można odbierać w czysto rozrywkowym kontekście. Co więcej udzieliła im się retromania i zrobili to w konwencji lat 80. Szkoda tylko, że zrobili to o jakieś 3 lata za późno.

Powiedzmy to sobie szczerze – Fajnie, że poszli w tym kierunku i że cover płyty wygląda jak plakat filmowy (W końcu zrobił go koleś odpowiedzialny za plakaty do serialu „Stranger Things„). Jednak nie robi to już takiego wrażenia, jeżeli się widziało „King Fury” i masę tego typu podobnych rzeczy. Natomiast muzyczne nawiązania do tej złotej epoki obciachu też już nie mają takiej siły rażenia. Przecież obecnie wszyscy nawiązują do kolorowych lat 90, a i pomału widać, że do łask wracają lata ’00.

Ok, Muse wywarzają otwarte drzwi, ale i tak miło, że chcą wejść do tego pokoju a nie tego obok opisanego „Najlepszy i jedyny słuszny rockowy band na Świecie”. Ostatnie ich dwie płyty były straszne. Zabawy z dubstepem na „The 2nd Law” nie są już nawet śmieszne, a „Drones” to był szczyt nadętości, który całkiem sprawnie przeszedł w autoparodie. Zespół w końcu wpuścił trochę świeżego powietrza do swoich utworów i pójść w stronę popu. Dlatego też „Simulation Theory” zbiera całkiem przyzwoite oceny, pomimo tego, że nie jest to wybitna i odkrywcza płyta.

Otwierający całość „Alogrithm” nie zapowiada w pełni zmian jakie zaszły w zespole. Utwór ten brzmi podejrzanie znajomo i jest mocno przewidywalny w technikach jakie stosuje Bellamy. Smyczki i fortepiany? Było tego już aż nadto u Muse. Kolejny „The Dark Side” to już nowa, popowa twarz grupy. „Pressure” pomimo, że nie bawi się z elektroniką jak dwa poprzednie utwory to przyjemny, gitarowy pop skierowany do fanów, którzy naciskają na grupę by wrócili do starego grania z okresu „Origin of Symmetry„. Bellamy jasno daje do zrozumienia by na niego nie naciskać, ale i tak serwuje na płycie trochę starego Muse. I trzeba to głośno powiedzieć, że to najsłabsze momenty płyty. „Blockades” jest tego najlepszym przykładem. Niektórzy też w tym przypadku wymieniają „Thought Contagion„, jednak dla mnie to całkiem spoko utwór (Chyba jestem sentymentalny).

By udowodnić, że zabawa z popem to nie przelewki Muse do współpracy zaprosili Timbalanda. „Propaganda” to efekt ich współpracy, który nie jest singlem roku. Ba, pewnie nie znalazłby się nawet top100 tego roku, ale jest to z pewnością jeden z lepszych momentów na płycie. Moim osobistym faworytem jest „The Void„, który ładnie bawi się z elektroniką. Taki Muse mogę i chcę słuchać. „Dig Down” i „Something Human” udowadniają, że single to mocna strona anglików.

Jednak pomimo tylu zmian jakie zaszły w grupie, jedna rzecz pozostała ta sama. TEORIE SPISKOWE. Bellamy przeszmugluje do każdej piosenki, płyty a nawet całej trasy całą gamę mniej lub bardziej śmiesznych teorii. Tym razem mamy do czynienia z hipotezą symulacji, której temat w zasadzie w pełni wyczerpała trylogia „Matrixa„. Jednak Bellamy musiał to zrobić. Tak jak mokrzy złodzieje z „Kevina samego w domu” musieli odkręcać wodę w zlewie, tak wokalista Muse musi zawrzeć w swoich tekstach odniesienia do teorii spiskowych. Problem w tym, że zawsze wolałem odcinki „Z Archiwum X” z potworami aniżeli z teoriami spiskowymi o kosmitach. Dlatego też wolę teledyski Muse z wilkołakami, aniżeli z tymi wszystkim hipotezami o symulacji. Ocena: 6/10.