Fajny ten Dawid Podsiadło – Taki „Małomiasteczkowy”

Chyba znaleźliśmy artystę w naszym pięknym kraju, który zamiast dzielić – ŁĄCZY! Aż dziw, że nie został jeszcze politykiem. W końcu połączył ze sobą Polskę A i Polskę B. Wieś i Miasto. Mainstream i alternatywę. Widzew i ŁKS. Połączył pokolenia i klasy społeczne. Totalnie wszyscy słuchają Podsiadły i jego najnowszego albumu „Małomiasteczkowy„. Płyty sprzedają się jak śwież bułeczki, ludzie przychodzą na koncerty a sam zainteresowany za chwilę wygryzie Lewandowskiego w liczbie reklam telewizyjnych.

Tak działa muzyczny marketing, a sam Podsiadło świetnie się w tym odnalazł. Aż sobie przypomniałem legendarną piosenkę Niweii – „Miły, młody człowiek”. Taki jest właśnie w oczach rodaków Podsiadło. W dodatku skromny i inteligentny, ale co najważniejsze nieszkodliwy. Taki nasz, nie można (jeszcze) mu niczego zarzucić. Nie jest też zbyt nachalny, irytujący i nie odniósł jeszcze tak wielkiego sukcesu by móc mu w czymś zazdrościć. A muzycznie? Piosenki wpadają w ucho i są dla każdego. Oczywiście są pewne wyjątki (Pozdrawiam ciepło monkeja monkeja monkeja monkeja monkeja monkeja monkeja).

Na płycie „Małomiasteczkowy” każdy znajdzie coś dla siebie. Są radiowe bangery jak tytułowe „Małomiasteczkowy” czy też „Nie Ma Fal„. Fani ambitniejszego grania także powinni być stosunkowo zadowoleni, gdyż otrzymają m.in. indie spod znaku Metronomy w „Cantate Tutti” czy też elektro-popowe „Trofea„. Taki niezbyt inwazyjny, całkiem przyjemny zestaw piosenek na każdą okazję. Nie jest to oczywiście zbyt oryginalna muzyka, ale szczerzę wolę by grano taką muzykę w radio niż cały zestaw polskiego mainstremowego popu z Rafałem Brzozowskim czy jakimś Petusem-kaktusem na czele. Może nie o taki radiowy pop walczyłem, ale jest całkiem OK.

Jest tylko jeden problem z tą płytą. U mnie ona totalnie nie gra. Po dwóch przesłuchaniach nie mam większej ochoty na więcej. Starczy mi to co usłyszałem, resztę zrobi radio i tv. Nie jest to kamień milowy w polskiej muzyce rozrywkowej, a sam autor prochu tutaj nie wymyślił. Dawid Podsiadło nie potrafi jeszcze mnie skutecznie wciągnąć w swój świat, ale nagrał na tyle dobry album by przykuć moją (I nie tylko) uwagę, choć na małą chwilkę. A to chyba już o czymś świadczy. Ocena: 6/10.

Dojrzalsza i lepsza Lorde – recenzja „Melodrama”

Lorde nie trzeba chyba zbytnio przedstawiać. Każdy z nas chyba miał okazję usłyszeć przynajmniej raz pamiętny singiel „Royals” z 2013 roku. Wtedy Nowozelandka miała ledwie 17 lat! Jej debiutancki album „Pure Heroine” zebrał wtedy dość pozytywne recenzje, jednak czuć było, że to jeszcze nie jest to. Brakowało trochę spójności a całość brzmiała jak brudnopis z ciekawymi pomysłami, które nie do końca zostały dobrze zrealizowane.

Minęły cztery lata, sporo wody upłynęło w Nowozelandzkich rzekach i wiele się zmieniło w życiu młodej Elli Mariji Lani Yelich-O’Connor. Nowe doświadczenia i przeżycia to dobry materiał na piosenki, poza tym sama Lorde zarówno jako artysta, jak i człowiek mocno dojrzała. To słychać na jej najnowszym albumu nazwanym „Melodrama„. Przede wszystkim utwory są bardziej spójne, całość od początku do końca brzmi równo i na wysokim poziomie. Również od strony wokalnej lepiej się słucha Lorde. Niegdyś utalentowana nastolatka, teraz inspirująca kobieta.

Co prawda, nie ma na albumie hitu na miarę”Royals„, lecz to wcale nie pomniejsza sukcesu całej płyty. Wszystkie 12 utwory stoją na bardzo wysokim poziomie, zarówno pod względem brzmienia jak i opowiadanej historii. Już pierwszy „Green Light” wprowadza nas w niepowtarzalny, subtelny klimat albumu. Jednak nie dajcie się nabrać, gdyż Lorde potrafi się pokazać od mocno popowej strony, co udowadnia w „Homemade Dynamite” czy też w „Supercut„. Nie zabrakło tutaj też typowych ballad takich jak „Liability” oraz „Writer In The Dark„. Nowozelandka potrafi też poeksperymentować o czym przekonujemy się słuchając ponad 6 minutowego „Hard Feelings/Loveless„, gdzie elektryczny pop łączy się tutaj z elementami funku i r’n’b. Mi jednak najbardziej przypadł do gustu utwór „The Louvre„, gdzie przy produkcji pomagał Flume. Utwór ten idealnie łączy się z moimi oczekiwaniami wobec współczesnego popu. W wersji Spotify całość kończy remiks „Homemade Dynamite” z dodatkowym udziałem Khalid, Post Malone i SZA.

Podsumowując, warto było poczekać by autorka „Pure Heroine” nieco dojrzała i nagrała bardziej spójny i wciągający album. „Melodrama” to zestaw dobrze brzmiących, wpadających w ucho popowych utworów, które opowiadają o rozstaniu i miłości. Sama artystka także nie boi się eksperymentów i miesza klasyczny pop z elementami muzyki elektronicznej, funku czy też r’n’b. Ocena: 7/10.

Nowa twarz Arcade Fire – recenzja „Everything Now”

Chyba każdy z nas, a przynajmniej fanatycy indie rocka z okresu 2002-2007 pokochali Arcade Fire za ich wspaniały debiut. Pamiętny album „Funeral„, który pięknie brzmiał i pięknie mówił o życiu i śmierci potrafił chwycić za serducho. Następny „Neon Bible” postawił na bardziej filozoficzny wydźwięk, jednak dalej potrafił zachwycić i zaintrygować. Co prawda, niektórzy krytykowali ten krążek, zwracając uwagę, że najlepszy utwór na płycie „No Cars Go” to odrzut, który nie załapał się na „Funeral„. Równie dobrze można by skrytykować w ten sposób ostatni album Radiohead, jednak tego z oczywistych względów nie zrobimy. Trzeci longplay Arcade Fire „The Suburbs” zebrał ciepłe recenzje, jednak czuć było na nim powoli, że zespół pomału szykuje się na zmianę kierunku. Pokazał to na ostatnim „Reflektorze„, który momentami uderzał w mainstreamowe tony.

No i mamy kolejną część tej historii. „Everything Now” – najmniej spójny i najbardziej różnorodny album zarazem. Czego tu nie ma. Od wibrującego disco, przez szorstki punk, po elementy reggae. Dla wiernego fana debiutanckiego krążka Arcade Fire może być to prawdziwy szok. Kanadyjczycy próbują być na tym albumie Abbą naszych czasów. Brzmi to kuriozalnie, ale zarazem nawet ciekawie.

Całość zaczyna się dość niepozornie. Tytułowy singiel „Everything Now” nie mówi za wiele o tym jaka będzie płyta. Można się jedynie domyślić, że zespół spróbuje uderzyć  w bardziej popowe brzmienie. I faktycznie to robi. Kolejny w zestawie „Signs of Life” to czyste disco przy którym majsterkowała połowa duetu Daft Punk. „Creature Comfort” – jeden z najlepszych utworów na płycie też świetnie odnalazłby się na potańcówce. W ogóle tańczyć do Arcade Fire to jakiś absurd raczej. Doszliśmy od pogrzebu do wesela. Dalej przechodzimy do małych koszmarków, czyli „Peter Pan” i „Chemistry„. Butler z spółką wciskają tu jakieś motywy reggae, a nie wiem czy wiecie, ale nie cierpię reggae. Najbardziej polskiego, ale kanadyjskie jest równie okrutnie złe. „Infinite Content” to kolejne dziwne oblicze zespołu. Tym razem punkowe.. „Electric Blue” i „Put Your Money On Me” to nawiązanie do popu z przełomu lat 70 i 80. Całość kończy mdłe „We Don’t Deserve Love” i rozciągnięty motyw z singla „Everything Now„.

Tak szczerze, to nie wiem co sądzić o tej płycie. Chyba nie tego oczekiwałem po Arcade Fire. Spodziewałem się, że prędzej czy później zaczną popełniać te same błędy co Coldplay czy U2. Jednak taka mieszanka nie sprawia, że chcę wracać do „Everything Now„. Nie wiem czy Butler zrobił ten album z premedytacją. Może i próbował wyśmiać przemysł muzyczny tym cudem, a może nieudolnie chciał stworzyć coś wielkiego i po prostu nie wyszło. Na tej płycie nie ma niczego, za co cenię Kanadyjczyków. Kompozycyjnie ta płyta leży. Częste zmiany nastrojów i gatunków sprawiają, że wydaje się ten krążek niedopracowany i zrobiony na szybko. Teksty co prawda dalej drążą problemy społeczeństwa, ale nie mają one znaczenia, gdy w tle dostajemy taką mieszankę. Natomiast pomysł by stać się Abbą naszych czasów, nawet nie jest śmieszny. Ocena: 5/10.