Z pustyni na stadiony – recenzja „Wonderful Wonderful” The Killers

Niegdyś zespół Brandona Flowersa wpisywał się w nurt tak zwane New Rock Revolution i był jednym z ciekawszych pozycji indie rockowych moich licealnych czasów. Pamiętny album „Hot Fuss” słucham do tej pory, a i też często wracam do singli z „Sam’s Town„. Nie była to muzyka najwyższych lotów, ale miało to w sobie coś fajnego. Żadna osiemnastka nie mogła się obejść bez „Somebody Told Me„, na swoim pierwszym Sonym Ericssonie puszczałem na głos „Bones„, „On Top” jak sama wskazuje była czymś szczytowym, a na moim weselu tańczyliśmy do „Mr. Brightside„. Sentyment do zespołu z Las Vegas pozostał.

Obecnie Killersi przechodzą metamorfozę i stają się bardziej popowi. Czy to dobrze? – zapyta ktoś. Nie wiem. Już w 2008 roku podbijali nieudolnie listy przebojów koszmarnym „Human„. „Battle Born” z 2012 roku było całkiem OK, jednak na dłuższą miarę album ten nie przetrwał próby czasu. A jak ma się sprawa z „Wonderful Wonderful„?

Jest dobrze, acz nie rewelacyjne. Płyta ma całkiem sympatyczne momenty. Jeżeli takie rzeczy miały być puszczane na komercyjnych stacjach, to o taki pop warto walczyć. Płytę rozpoczyna nieco niepozorny „Wonderful Wonderful„, który sili się na bycie kolejnym rockowym hymnem dekady. Co oczywiście niezbyt się udaje. „The Man” to już całkiem fajny, taneczny kawałek, który mógłby zaśpiewać David Bowie w latach 80. Trzeci w zestawie „Rut” brzmi jak skradziony utwór obecnemu Coldplayowi (stary był najlepszy). „Life To Come” to kolejna inspiracja zespołu, który kiedyś był dobry a potem stał się popularny i nudny. Mowa o U2 oczywiście. Spoko jest nawet „Tyson vs Douglas„. „Run For Cover” zaczyna się jak jedna z piosenek Placebo, jednak dalej brzmi już zupełniej inaczej. „Some Kinde Of Love” zwalnia na chwilę tempo, by później dać miejsca „Out Of Mind„, które ładnie eksploruje lata 80. Całość kończy melodyjne „Have All The Songs Been Written?„.

Podsumowując, najnowszy album The Killers jako krążek popowy należy ocenić pozytywnie. Nowe, bardziej mainstremowe oblicze pasuje od Flowersa i spółki. „Wonderful Wonderful” to całkiem zgrabny i przyjemny w odbiorze album. Jest tylko jeden szkopuł. Płyta raczej na jeden sezon, nic więcej. Ocena: 6/10.

Calvin Harris nagrywa soundtrack tego lata – recenzja „Funk Wav Bounces vol.1”

Szkocki producent w końcu wziął się na poważnie za nagrywanie kompletnych albumów. Wcześniejsze jego dokonania ciężko uznać za udane. Single były całkiem dobre, jednak albumy całościowo nie stały na zbyt wysokim poziomie. Wystarczy przywołać debiutancki „I Created Disco” z 2007 roku czy też „Ready for the Weekend” by się o tym przekonać. Harrisowi nigdy nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle by zachwycić się całym jego krążkiem.

Inaczej ma się sprawa z najświeższym „Funk Wav Bounces vol.1„, który stoi na równym, wysokim poziomie od początku do końca. Krążek ten został już okrzyknięty soundtrackiem lata 2017. I jest coś na rzeczy. W chwili, kiedy piszę tą recenzję to moczę tyłek w jednym z nad adriatyckich kurortów. I wiecie co? W każdej knajpie, drink barze, restauracji a nawet lodziarni słychać nowego Harrisa. Koszmarnego „Despacito” pewnie nie przebije liczbowo, ale pod względem jakościowym jest 100 do 0 dla Szkota.

W czym tkwi sukces nowej płyty Harrisa? Przede wszystkim w tym, że udało mu się tutaj zgromadzić bardzo ciekawy zespół współpracowników i wyciągnąć z każdego maksimum swoich umiejętności. W openerze słyszymy jak zawsze świetnego Franka Oceana i odkrycie tego roku – Migos. Ci drudzy w „Slide” w końcu pokazali się z dobrej strony, także może coś z nich będzie. W „Cash Out” rządzi i dzieli będący w ostatnim czasie w szczytowej formie raper Schoolboy Q. Future w „Rollin” ponownie potwierdza swoją pozycje w czołówce a Pharrell Williams i Snoop Dogg udowadniają, że ich czas jeszcze nie minął. Harrisowi nawet udało się tak przerobić Nicki Minaj by nie była irytująca, brawo! Poza tym na krążku tym pojawiają się jeszcze m.in. Katy Perry, Big Sean, Ariana Grande, Lil Yachty czy też John Legend. Skład ten nie tylko dobrze wygląda na papierze, na boisku też dzielnie daje radę. A to już połowa sukcesu.

Druga połówka to produkcja Harrisa. Co prawda nie wysilił się on tutaj zbytnio. Większość utworów brzmi podobnie i momentami czujemy jakbyśmy słuchali tej samej piosenki, tylko z innym wokalem. Jednak jak jest to dobra melodia, to czemu nie? Zwłaszcza, że to typowo wakacyjny zestaw. Brak w tym finezji, jednak doceniam jakość. Bo to na prawdę dobry zestaw podkładów. Harris ponownie bawi się funkiem, mieszając go z typowo popowymi wstawkami. Szczególnie przypadł mi do gustu singlowy „Feels” czy też „Faking It” oraz wspominany wcześniej „Cash Out„.

Podsumowując, Harris nagrał wyróżniający się album. Lato 2017 będzie się kojarzyć głównie z „Funk Wav Bounces vol.1” za sprawą lekkich beatów i świetnego zestawu artystów. Najnowszy krążek szkockiego dejota stoi na równym, wysokim poziomie i jest z całą pewnością najlepszą propozycją od Calvina Harrisa. Ocena: 8/10.

The Chainsmokers, Do Not Open!

Po długiej przerwie powróciłem do starego, dobrego Spotify. Miałem ogromną chęć posłuchać czegoś nowego, indie-rockowego, nie związanego z Kendrickiem Lamarem. Sprawdziłem The Chainsmokers. Nazwa ta ciągle się gdzieś przewijała, więc czemu nie posłuchać zajawki obecnych gimbusów i licealistów. Z wielką dozą ciekawości i podjarania odpaliłem album „Memories… Do Not Open„. I wiecie co? Żałuje.

Takiego gówna dawno nie słyszałem. Boże, aż mi się przypomniały czasy Kumki Olik i Out of Tune, czyli bezbarwnego grania hajpowanego przez media. To, że w ten projekt wmieszał się Coldplay, wcale mnie nie dziwi. W końcu Chris Martin ze spółką już dawno zapomniał jak się nagrywa takie albumy jak „Parachutes„. Jednak co tam robi Jhene Aiko? Jej kariera obrała chyba zły kierunek.

Wróćmy jednak to The Chainsmokers, którzy aż się proszą by dostać w ryj. Wiecie, to, że muzyka jest nudna albo mało ciekawa – jestem w stanie zrozumieć. Przecież jest tyle nudnych zespołów, uważanych za ważnych. Pewnie się domyślacie o których mowa. Jednak słabego, ignoranckiego i chamsko nastawionego na zysk grania nie akceptuje. To kpina z ludzkiej inteligencji by nagrywać taki badziew i określać go muzyką. To nawet nie jest wpadka The Chainsmokers. Ich zeszłoroczna EPka „Collage” zapowiadała ten gówniany deszcz. Wygląda mi to na zorganizowaną akcje nagrywania chłamu i sprzedawania ludziom. Nie nabierzcie się na tego typu sztuczki.

Przesłuchałem ten album kilka razy. Głowa bolała i aż mną trząsało, ale nie znalazłem tu ani jednego dobrego momentu. Ba, ta płyta nawet nie zahacza o momenty przyzwoite. Słabość na całego. Szósty bieg dziadostwa. Jeżeli podoba Wam się „Memories… Do Not Open” to nie wiem jak Wam pomóc. Ocena: 1/10.