Dojrzalsza i lepsza Lorde – recenzja „Melodrama”

Lorde nie trzeba chyba zbytnio przedstawiać. Każdy z nas chyba miał okazję usłyszeć przynajmniej raz pamiętny singiel „Royals” z 2013 roku. Wtedy Nowozelandka miała ledwie 17 lat! Jej debiutancki album „Pure Heroine” zebrał wtedy dość pozytywne recenzje, jednak czuć było, że to jeszcze nie jest to. Brakowało trochę spójności a całość brzmiała jak brudnopis z ciekawymi pomysłami, które nie do końca zostały dobrze zrealizowane.

Minęły cztery lata, sporo wody upłynęło w Nowozelandzkich rzekach i wiele się zmieniło w życiu młodej Elli Mariji Lani Yelich-O’Connor. Nowe doświadczenia i przeżycia to dobry materiał na piosenki, poza tym sama Lorde zarówno jako artysta, jak i człowiek mocno dojrzała. To słychać na jej najnowszym albumu nazwanym „Melodrama„. Przede wszystkim utwory są bardziej spójne, całość od początku do końca brzmi równo i na wysokim poziomie. Również od strony wokalnej lepiej się słucha Lorde. Niegdyś utalentowana nastolatka, teraz inspirująca kobieta.

Co prawda, nie ma na albumie hitu na miarę”Royals„, lecz to wcale nie pomniejsza sukcesu całej płyty. Wszystkie 12 utwory stoją na bardzo wysokim poziomie, zarówno pod względem brzmienia jak i opowiadanej historii. Już pierwszy „Green Light” wprowadza nas w niepowtarzalny, subtelny klimat albumu. Jednak nie dajcie się nabrać, gdyż Lorde potrafi się pokazać od mocno popowej strony, co udowadnia w „Homemade Dynamite” czy też w „Supercut„. Nie zabrakło tutaj też typowych ballad takich jak „Liability” oraz „Writer In The Dark„. Nowozelandka potrafi też poeksperymentować o czym przekonujemy się słuchając ponad 6 minutowego „Hard Feelings/Loveless„, gdzie elektryczny pop łączy się tutaj z elementami funku i r’n’b. Mi jednak najbardziej przypadł do gustu utwór „The Louvre„, gdzie przy produkcji pomagał Flume. Utwór ten idealnie łączy się z moimi oczekiwaniami wobec współczesnego popu. W wersji Spotify całość kończy remiks „Homemade Dynamite” z dodatkowym udziałem Khalid, Post Malone i SZA.

Podsumowując, warto było poczekać by autorka „Pure Heroine” nieco dojrzała i nagrała bardziej spójny i wciągający album. „Melodrama” to zestaw dobrze brzmiących, wpadających w ucho popowych utworów, które opowiadają o rozstaniu i miłości. Sama artystka także nie boi się eksperymentów i miesza klasyczny pop z elementami muzyki elektronicznej, funku czy też r’n’b. Ocena: 7/10.

Nowa twarz Arcade Fire – recenzja „Everything Now”

Chyba każdy z nas, a przynajmniej fanatycy indie rocka z okresu 2002-2007 pokochali Arcade Fire za ich wspaniały debiut. Pamiętny album „Funeral„, który pięknie brzmiał i pięknie mówił o życiu i śmierci potrafił chwycić za serducho. Następny „Neon Bible” postawił na bardziej filozoficzny wydźwięk, jednak dalej potrafił zachwycić i zaintrygować. Co prawda, niektórzy krytykowali ten krążek, zwracając uwagę, że najlepszy utwór na płycie „No Cars Go” to odrzut, który nie załapał się na „Funeral„. Równie dobrze można by skrytykować w ten sposób ostatni album Radiohead, jednak tego z oczywistych względów nie zrobimy. Trzeci longplay Arcade Fire „The Suburbs” zebrał ciepłe recenzje, jednak czuć było na nim powoli, że zespół pomału szykuje się na zmianę kierunku. Pokazał to na ostatnim „Reflektorze„, który momentami uderzał w mainstreamowe tony.

No i mamy kolejną część tej historii. „Everything Now” – najmniej spójny i najbardziej różnorodny album zarazem. Czego tu nie ma. Od wibrującego disco, przez szorstki punk, po elementy reggae. Dla wiernego fana debiutanckiego krążka Arcade Fire może być to prawdziwy szok. Kanadyjczycy próbują być na tym albumie Abbą naszych czasów. Brzmi to kuriozalnie, ale zarazem nawet ciekawie.

Całość zaczyna się dość niepozornie. Tytułowy singiel „Everything Now” nie mówi za wiele o tym jaka będzie płyta. Można się jedynie domyślić, że zespół spróbuje uderzyć  w bardziej popowe brzmienie. I faktycznie to robi. Kolejny w zestawie „Signs of Life” to czyste disco przy którym majsterkowała połowa duetu Daft Punk. „Creature Comfort” – jeden z najlepszych utworów na płycie też świetnie odnalazłby się na potańcówce. W ogóle tańczyć do Arcade Fire to jakiś absurd raczej. Doszliśmy od pogrzebu do wesela. Dalej przechodzimy do małych koszmarków, czyli „Peter Pan” i „Chemistry„. Butler z spółką wciskają tu jakieś motywy reggae, a nie wiem czy wiecie, ale nie cierpię reggae. Najbardziej polskiego, ale kanadyjskie jest równie okrutnie złe. „Infinite Content” to kolejne dziwne oblicze zespołu. Tym razem punkowe.. „Electric Blue” i „Put Your Money On Me” to nawiązanie do popu z przełomu lat 70 i 80. Całość kończy mdłe „We Don’t Deserve Love” i rozciągnięty motyw z singla „Everything Now„.

Tak szczerze, to nie wiem co sądzić o tej płycie. Chyba nie tego oczekiwałem po Arcade Fire. Spodziewałem się, że prędzej czy później zaczną popełniać te same błędy co Coldplay czy U2. Jednak taka mieszanka nie sprawia, że chcę wracać do „Everything Now„. Nie wiem czy Butler zrobił ten album z premedytacją. Może i próbował wyśmiać przemysł muzyczny tym cudem, a może nieudolnie chciał stworzyć coś wielkiego i po prostu nie wyszło. Na tej płycie nie ma niczego, za co cenię Kanadyjczyków. Kompozycyjnie ta płyta leży. Częste zmiany nastrojów i gatunków sprawiają, że wydaje się ten krążek niedopracowany i zrobiony na szybko. Teksty co prawda dalej drążą problemy społeczeństwa, ale nie mają one znaczenia, gdy w tle dostajemy taką mieszankę. Natomiast pomysł by stać się Abbą naszych czasów, nawet nie jest śmieszny. Ocena: 5/10.

Z pustyni na stadiony – recenzja „Wonderful Wonderful” The Killers

Niegdyś zespół Brandona Flowersa wpisywał się w nurt tak zwane New Rock Revolution i był jednym z ciekawszych pozycji indie rockowych moich licealnych czasów. Pamiętny album „Hot Fuss” słucham do tej pory, a i też często wracam do singli z „Sam’s Town„. Nie była to muzyka najwyższych lotów, ale miało to w sobie coś fajnego. Żadna osiemnastka nie mogła się obejść bez „Somebody Told Me„, na swoim pierwszym Sonym Ericssonie puszczałem na głos „Bones„, „On Top” jak sama wskazuje była czymś szczytowym, a na moim weselu tańczyliśmy do „Mr. Brightside„. Sentyment do zespołu z Las Vegas pozostał.

Obecnie Killersi przechodzą metamorfozę i stają się bardziej popowi. Czy to dobrze? – zapyta ktoś. Nie wiem. Już w 2008 roku podbijali nieudolnie listy przebojów koszmarnym „Human„. „Battle Born” z 2012 roku było całkiem OK, jednak na dłuższą miarę album ten nie przetrwał próby czasu. A jak ma się sprawa z „Wonderful Wonderful„?

Jest dobrze, acz nie rewelacyjne. Płyta ma całkiem sympatyczne momenty. Jeżeli takie rzeczy miały być puszczane na komercyjnych stacjach, to o taki pop warto walczyć. Płytę rozpoczyna nieco niepozorny „Wonderful Wonderful„, który sili się na bycie kolejnym rockowym hymnem dekady. Co oczywiście niezbyt się udaje. „The Man” to już całkiem fajny, taneczny kawałek, który mógłby zaśpiewać David Bowie w latach 80. Trzeci w zestawie „Rut” brzmi jak skradziony utwór obecnemu Coldplayowi (stary był najlepszy). „Life To Come” to kolejna inspiracja zespołu, który kiedyś był dobry a potem stał się popularny i nudny. Mowa o U2 oczywiście. Spoko jest nawet „Tyson vs Douglas„. „Run For Cover” zaczyna się jak jedna z piosenek Placebo, jednak dalej brzmi już zupełniej inaczej. „Some Kinde Of Love” zwalnia na chwilę tempo, by później dać miejsca „Out Of Mind„, które ładnie eksploruje lata 80. Całość kończy melodyjne „Have All The Songs Been Written?„.

Podsumowując, najnowszy album The Killers jako krążek popowy należy ocenić pozytywnie. Nowe, bardziej mainstremowe oblicze pasuje od Flowersa i spółki. „Wonderful Wonderful” to całkiem zgrabny i przyjemny w odbiorze album. Jest tylko jeden szkopuł. Płyta raczej na jeden sezon, nic więcej. Ocena: 6/10.