Calvin Harris nagrywa soundtrack tego lata – recenzja „Funk Wav Bounces vol.1”

Szkocki producent w końcu wziął się na poważnie za nagrywanie kompletnych albumów. Wcześniejsze jego dokonania ciężko uznać za udane. Single były całkiem dobre, jednak albumy całościowo nie stały na zbyt wysokim poziomie. Wystarczy przywołać debiutancki „I Created Disco” z 2007 roku czy też „Ready for the Weekend” by się o tym przekonać. Harrisowi nigdy nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle by zachwycić się całym jego krążkiem.

Inaczej ma się sprawa z najświeższym „Funk Wav Bounces vol.1„, który stoi na równym, wysokim poziomie od początku do końca. Krążek ten został już okrzyknięty soundtrackiem lata 2017. I jest coś na rzeczy. W chwili, kiedy piszę tą recenzję to moczę tyłek w jednym z nad adriatyckich kurortów. I wiecie co? W każdej knajpie, drink barze, restauracji a nawet lodziarni słychać nowego Harrisa. Koszmarnego „Despacito” pewnie nie przebije liczbowo, ale pod względem jakościowym jest 100 do 0 dla Szkota.

W czym tkwi sukces nowej płyty Harrisa? Przede wszystkim w tym, że udało mu się tutaj zgromadzić bardzo ciekawy zespół współpracowników i wyciągnąć z każdego maksimum swoich umiejętności. W openerze słyszymy jak zawsze świetnego Franka Oceana i odkrycie tego roku – Migos. Ci drudzy w „Slide” w końcu pokazali się z dobrej strony, także może coś z nich będzie. W „Cash Out” rządzi i dzieli będący w ostatnim czasie w szczytowej formie raper Schoolboy Q. Future w „Rollin” ponownie potwierdza swoją pozycje w czołówce a Pharrell Williams i Snoop Dogg udowadniają, że ich czas jeszcze nie minął. Harrisowi nawet udało się tak przerobić Nicki Minaj by nie była irytująca, brawo! Poza tym na krążku tym pojawiają się jeszcze m.in. Katy Perry, Big Sean, Ariana Grande, Lil Yachty czy też John Legend. Skład ten nie tylko dobrze wygląda na papierze, na boisku też dzielnie daje radę. A to już połowa sukcesu.

Druga połówka to produkcja Harrisa. Co prawda nie wysilił się on tutaj zbytnio. Większość utworów brzmi podobnie i momentami czujemy jakbyśmy słuchali tej samej piosenki, tylko z innym wokalem. Jednak jak jest to dobra melodia, to czemu nie? Zwłaszcza, że to typowo wakacyjny zestaw. Brak w tym finezji, jednak doceniam jakość. Bo to na prawdę dobry zestaw podkładów. Harris ponownie bawi się funkiem, mieszając go z typowo popowymi wstawkami. Szczególnie przypadł mi do gustu singlowy „Feels” czy też „Faking It” oraz wspominany wcześniej „Cash Out„.

Podsumowując, Harris nagrał wyróżniający się album. Lato 2017 będzie się kojarzyć głównie z „Funk Wav Bounces vol.1” za sprawą lekkich beatów i świetnego zestawu artystów. Najnowszy krążek szkockiego dejota stoi na równym, wysokim poziomie i jest z całą pewnością najlepszą propozycją od Calvina Harrisa. Ocena: 8/10.

The Chainsmokers, Do Not Open!

Po długiej przerwie powróciłem do starego, dobrego Spotify. Miałem ogromną chęć posłuchać czegoś nowego, indie-rockowego, nie związanego z Kendrickiem Lamarem. Sprawdziłem The Chainsmokers. Nazwa ta ciągle się gdzieś przewijała, więc czemu nie posłuchać zajawki obecnych gimbusów i licealistów. Z wielką dozą ciekawości i podjarania odpaliłem album „Memories… Do Not Open„. I wiecie co? Żałuje.

Takiego gówna dawno nie słyszałem. Boże, aż mi się przypomniały czasy Kumki Olik i Out of Tune, czyli bezbarwnego grania hajpowanego przez media. To, że w ten projekt wmieszał się Coldplay, wcale mnie nie dziwi. W końcu Chris Martin ze spółką już dawno zapomniał jak się nagrywa takie albumy jak „Parachutes„. Jednak co tam robi Jhene Aiko? Jej kariera obrała chyba zły kierunek.

Wróćmy jednak to The Chainsmokers, którzy aż się proszą by dostać w ryj. Wiecie, to, że muzyka jest nudna albo mało ciekawa – jestem w stanie zrozumieć. Przecież jest tyle nudnych zespołów, uważanych za ważnych. Pewnie się domyślacie o których mowa. Jednak słabego, ignoranckiego i chamsko nastawionego na zysk grania nie akceptuje. To kpina z ludzkiej inteligencji by nagrywać taki badziew i określać go muzyką. To nawet nie jest wpadka The Chainsmokers. Ich zeszłoroczna EPka „Collage” zapowiadała ten gówniany deszcz. Wygląda mi to na zorganizowaną akcje nagrywania chłamu i sprzedawania ludziom. Nie nabierzcie się na tego typu sztuczki.

Przesłuchałem ten album kilka razy. Głowa bolała i aż mną trząsało, ale nie znalazłem tu ani jednego dobrego momentu. Ba, ta płyta nawet nie zahacza o momenty przyzwoite. Słabość na całego. Szósty bieg dziadostwa. Jeżeli podoba Wam się „Memories… Do Not Open” to nie wiem jak Wam pomóc. Ocena: 1/10.

Aniołek Charli XCX

Sięgając po najnowszy krążek Charli XCX, myślałem sobie, że dobrego popu nigdy dość. W pamięci mam przecież całkiem przyjemne „True Romance” z 2013 roku i serię kapitalnych singli wypuszczonych przez Brytyjkę. „Stay Away” swego czasu słuchałem namiętnie.  A takie kawałki jak „You (Ha HA ha)” czy też „What I Like” były częścią większości imprezowych playlist. Zatem, sprawdzony towar. Jak zawsze zresztą. Cóż by mogło pójść nie tak?

Generalnie jest OK. „Number 1 Angel” brzmi dość dobrze i lekko. Jest tylko jeden mankament w tym wszystkim. Ten album totalnie nie wciąga. Nie czuję ZMUSZENIA do kolejnego odpalenia tego longplaya. Charli XCX grzecznie głaszcze moje ucho, jednak chciałbym by czasami złapała mnie z pazurem albo chociaż kopnęła (haha, muzyczne sadomaso – absolutnie nie moje klimaty) i krzyknęła na mnie: „HEj, posłuchaj Tego!”. Do „Number 1 Angel” wracam wyłącznie z recenzenckiego obowiązku, który tkwi we mnie niczym przekleństwo. Polecam Wam i sobie słowa pewnego małoletniego rapera Radzia. Ich sens był mniej więcej taki: „Nie musisz, więc nie idź do tej pracy”. Jeżeli nie musicie słuchać tego krążka, to absolutnie nic nie stracicie ważnego.

Jeżeli jednak się skusicie to czasu też nie stracicie. Charli XCX świetnie się odnalazła na pograniczu mainstreamu i alternatywnego popu. Jej piosenki przypadną do gustu zarówno mniej wymagającego słuchacza jak i tego lubiącego w nocy słuchać Swansów. Co prawda nie ma tutaj bangerów, ale materiał stoi na równym, dość dobrym poziomie. Trochę więcej liczyłem po gościnnych występach. Jednak zarówno MO jak i Uffie przemknęły przez ten set prawie nie zauważone. Jednak sama Charli daje radę. Zarówno wokalnie jak i muzycznie. Mieszanka słodkiego popu, z elektroniką i wspominkami z lat 90 wciąż daje wyborne efekty. Ocena: 6/10.

Posłuchaj