Król trapu ponownie przemówił – recenzja Future Hndrxx Presents: The WIZRD

Niezwykle płodny w ostatnim czasie raper Future wydał właśnie swój najnowszy, siódmy album „Future Hndrxx Presents: The WIZRD„. Płyta z miejsca zajęła pierwsze miejsce na amerykańskiej i kanadyjskiej liście sprzedaży. A co więcej poza sukcesem komercyjnym osiągnęła ten ważniejszy (przynajmniej dla mnie) – artystyczny. Liczne pozytywne oceny przyciągnęły i moją uwagę. W czym sekret sukcesu rapera z Atlanty? O tym poniżej.

Pan Nayvadius DeMun Wilburn, znany szerzej jako Future w ostatnim czasie był bardzo łaskawy dla swoich słuchaczy. Od 2014 roku, czyli momentu wypuszczenia w Świat „Honest” co roku pojawia się jego nowy album. W 2017 nawet wypuścił dwa: „Future” oraz „Hndrxx„. Co więcej od 2015 wydał także aż 5 mixtape’ów. A chyba, nie muszę mówić, że te wszystkie płyty to przeważnie zestawy po 20 tracków. Takie ilości materiałów z sukcesem wydawali chyba tylko Beatlesi i Stonesi. No i Drake, ale do momentu. Potem już przynudzał. No, ale ilość to nie zawsze jakość. I tu się zgodzę, bo nie każdy album Wilburna do mnie trafiał w równym stopniu. O ile cenię „Honest” czy „Beast Mode 2” to jego produkcje z 2017 średnio mi przypasowały.

A jak ma się rzecz z jego najnowszym produktem wypuszczonym w połowie stycznia? Jest całkiem dobrze, aczkolwiek bez większej rewolucji. Reprezentant Atlanckiej sceny raperskiej ponownie siedzi w mglistych, purpurowych trapach opowiadając o swoich dolach i niedolach. Koleś jest na fali, ludzie go kupują a on sam wozi się najdroższymi brykami, wciągając najdroższy koks. Sam szczerze przyznaje: „I’m too rich to be sober„. I jak to ma odbierać koleś, który zmaga się obecnie ze zapchanymi zatokami i walczy ze zalegającym śniegiem na podjeździe do domu? Ha, pewnie wielu z nas chciałoby mieć takie problemy jak Future.

Jego najnowsza płyta to wyznanie problemów bogatego rapera. Może mało odkrywcze, ale prawdziwe. Już w otwierającym całość „Never Stop” rzuca hasło: „You’ll get rich and have problems that you never thought„.  W „Crushed Up” rzuca standardową listę przechwałek z stwierdzeniem „I just joined the big league” jednak na koniec i tak stwierdza w „Baptiize„, że pozostał sobą: „Got a Bel Air address, but this money never changed me„.

A jak wygląda sprawa muzycznie? Podoba mi się produkcja, która wyjątkowo nie jest toporna. Większość beatów wyszła spod ręki ATL Jacoba oraz Southsidea, aczkolwiek nie należy zapominać o udziale Wheezy’ego. Ten ponad godziny materiał to zestaw dość lekkich i co najważniejsze równych podkładów. Osobiście nie znalazłem tutaj dla siebie żadnych perełek, ale też nie przeszkadzało mi nic w odbiorze całości. A to już dobrze.

Generalnie Future potwierdził pozycję w tej pokrętnej grze, jaką jest robienie rapów. Kiedyś podział był jasny: wschodnie i zachodnie wybrzeże. Dziś za sprawą ekipy z Chicago (Pozdro Earl i Tyler) oraz właśnie świty Future’a z Atlanty ten podział już nie jest aktualny. Jeżeli jaracie się nowym brzmieniem hip-hopu to zdecydowanie powinien wam przypasować „The Wizrd„. Ocena: 8/10.

Sowa lepsza od skorpiona – recenzja albumu „Scorpion” Drake’a

Napisanie czegoś nowego i odkrywczego na temat Drake’a to rzecz wybitnie trudna, a wręcz niemożliwa. Sam artysta daje ku temu powody, gdyż w jego stylu i sposobie rapowania od dłuższego czasu nie wiele się zmienia. Po prostu stary, dobry Aubrey nagrał kolejny materiał (W zasadzie piąty pełnoprawny longplay), który może nie podbił serc recenzentów, ale sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie będę jednak pisał o komercyjnym sukcesie płyty, bo to raczej sprawa drugorzędna dla fana porządnego rapowego gówna.

Nie wiem czy „Scorpion” to najmniej udany czy też wręcz najgorszy krążek Kanadyjczyka w dyskografii. Wiem, jednak na pewno, że jest tak samo za długi, nierówny i przegadany jak ostatnie krążki rapera („More Life„, „Views„). W zasadzie nie wiem co sądzić o tym materiale. Drake wypuścił totalny misz masz wszystkiego, który nie ma żadnego konkretnego kierunku. W dodatku piosenek jest tyle, że podzielił to na dwa krążki. Najgorzej. Po drugiej stronie Kanye West (który też raczej nie wybił się w tym roku czymś specjalnym) skondensował esencję swojej twórczości i postawił na krótki materiał, co w mojej ocenie jest lepszym działaniem.

Podobno CD1 miał być bardziej hip-hopowy, a CD2 melodyjny. Podobno. Poza „Summer Games” i „Nice For What” próżno szukać tutaj melodyjnych i zahaczających o pop kawałków. Topornego i pretensjonalnego hip-hopu jest znacznie więcej. Pan Graham ponownie stosuje swój ulubiony zabieg przerostu formy nad treścią. Na przemian przechwala się wrzucając hasła typu „My Mount Rushmore’s me with four different expressions” by za chwilę zamienić się w potulnego maminsynka i wyznać, że kocha tylko swoje łóżko i mamę. Na znacznie wyższym poziomie stoi produkcja płyty. Wiele beatów, pomimo tego, że nie wyznacza nowych standardów to wpadła mi do gustu. I tak „Nonstop”, „I’m Upset” czy też „After Dark” to rzeczy mocno porządne jak niemieckie samochody. Drake nie angażował też zbyt wielkiej ilości artystów przy występach gościnnych. Pojawia się Jay-Z, Ty Dolla $ign, Static Major i uwaga sam Michael Jackson (A w zasadzie zarejestrowany kiedyś tam krótki fragment  króla popu).

„Scorpion” to album monotonny, przegadany, momentami zajebisty (Jak to Drake), ale częściej nudny i bezbarwny. Dzięki głośnemu beefowi z Pushą T i faktu, że na płycie przyznał się do posiadania syna liczba odsłuchać na portalach streamingowych zgadza się, i to bardzo. Mnie to jednak nie rusza, i raczej wiem, że nie wrócę prędko do tego materiału. Albo inaczej. Wrócę, ale do pojedynczych utworów. Do całości już na pewno nie. A to chyba nie najlepiej świadczy o całości, prawda? Ocena: 5/10.

Kan”ye” West czasami boi się samego siebie.

Kanye West zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy, że albo nagrywa rzeczy wielkie, albo przynajmniej głośne i inne, na swój szalony sposób. O ósmym albumie rapera nie można powiedzieć ani pierwszego, ani drugiego. Trwający ledwie 25 minut krążek „ye” bardziej brzmi jak EP-ka zapowiadająca coś znacznie większego i lepszego. Nie jest to materiał wybitny, jednakże na dobrym poziomie. Kanye West po raz kolejny udowodnił, że jako producent spisuje się ponad normę. Kompozycje ładnie się łączą ze sobą, beaty stoją na solidnym poziomie a i słychać też dbałość o szczegóły. Jednym słowem standard Kanye Westa.

Nie jest to też kolejny szalony wybryk Westa. Ostatnie albumy rapera za każdym razem były inne. Od patetycznego „My Twisted Dark Fantasy„, przez surowe i chropowate „Yeezus” po innowacyjnie niechlujne „The Life Of Pablo„. Na tle tych krążków „ye” wygląda jak uczennica ubrana w szkolny uniform stojąca przy zespole punk rockowym. Płyta jest mocno stonowana i nie wywołuje większych emocji. Oczywiście swój medialny szum przeżyła, bo w końcu to krążek samego Kanye Westa i stanowi jakiś tam fragment wydawnictw spod szyldu GOOD Music. Poza tym porusza głośne tematy nawiązując do polityki Stanów Zjednoczonych, osoby Donalda Trumpa oraz akcji „Me Too„. No i małego smaczku dodaje sama okładka, która jest po prostu fotką strzeloną przez Westa na dzień przed premierą w górach Wyoming.

Czy warto sięgnąć po „ye„? Tak samo jak po każdy inny krążek rapera z Atlanty. West pewien standard zapewnia i generalnie jego najnowszego krążka słucha się dobrze. Z tym, że bez fajerwerków. Nie oczekujcie nic wielkiego, rewolucji nie ma. Ale takie kawałki jak „Ghost Town” czy też „Violent Crimes” potrafią wpaść w ucho. Niektórzy uważają, że ten album to zapowiedź znacznie większej i głośniejszej petardy. Ja osobiście uważam, że West po prostu dojrzał i zmienił się w pewien sposób. Myślę, że najbardziej szalone i najlepsze rzeczy ma już za sobą. Co nie zmienia faktu, że i tak sięgnę po jego kolejną muzyczną propozycję. Ocena: 7/10.