Mroczne historie z londyńskiego metra – recenzja „Ignorance is Bliss”

Ostatnio było długo i rozwlekle z szczegółowymi analizami, dlatego dzisiejsza recenzja najnowszej płyty Skepty w pigułce. W związku z tym, że na tegorocznym Tauronie (TO JUŻ ZA TYDZIEŃ MORDO) jednym z headlinerów będzie brytyjski raper, to na tapetę wziąłem jego najnowszy longplay „Ignorance is Bliss„.

Piąty w dyskografii rapera z Tottenhamu miał nie lada zadanie przed sobą – przebicie poprzednika. Sprawa nie łatwa, zwłaszcza, że wydana trzy lata wcześniej „Konnichiwa” uznawana jest za opus magnum rapera. Udowadniają to recenzje krążka oraz zdobyta nagroda Mercury Prize. Czy mu to się udało? Ciężko ocenić, gdyż raper podąża już dawno wyznaczoną przez siebie drogą. Takie sprawy najlepiej rozstrzyga czas, który jest sprawiedliwym recenzentem i sędzią jednocześnie.

„Ignorance is Bliss” to zlepek 13 utworów poruszających się w grime’owym klimacie. Raper opowiada o mrocznych historiach z londyńskich ulic i stacji metra. Jednakże nie zabraknie nawijek na temat miłości. Jednostajne i dość ponure beaty odstają od tego co ostatnio słyszymy w rapie za oceanu, raper stawia raczej na dość tradycyjne podejście do tematu i nie robi rewolucji w kwestii rap-podkładów. Trapowym trendom najbliżej jest muzyka z „Animal Instict„. Poza tym usłyszymy zahaczające o r’n’b „Glow In The Dark” czy też samplujące niezniszczalny hit Sophie Ellis Bextor – „Murder On Dancefloor„, „Love Me Not„. Pozostała część podkładów nie sili się na eksperymenty i pozostaje w dość topornym, grime’owym tonie.

W dobrej formie pozostaje sam Skepta. Jego nawijka brzmi prawdziwi i soczyście. Dobre flow łączy się tutaj z serduchem, jakie daje brytyjski raper. Mimo, że podkładowo „Ignorance is Bliss” nie oferuje nam fajerwerków to jest to pozycja warta sprawdzenia. Zwłaszcza jeśli wybieramy się za tydzień do Katowic na kolejną edycję Tauron Nowa Muzyka Festiwal. Ocena: 6/10.

 

Mroczny i ponury ScHoolboy Q opowiada o gangsterce – recenzja „Crash Talk”

W ostatnim czasie miałem ogromną chęć posłuchania jakiegoś dobrego, czarnego, soczystego kawałka hip-hopu za oceanu. Pragnienie to było tak wielkie, że zatęskniłem za Drake’iem i pomyślałem, że mógłby wypuścić coś nowego! Sam nie wierzyłem sobie, że chce nowe nagranie od faceta, który w ostatnim czasie zalewał nas nowymi utworami oraz płytami, i ogólnie szedł w ilość, nie jakość. Na szczęście z odsieczą przybył stary, dobry znajomy ScHoolboy Q, który wydał właśnie swój piąty album.

Quincy generalnie najnowszym albumem nie wprowadza nowej świeżości w gatunek. „Crash Talk” pod wieloma względami nie dorównuje prawdopodobnie najlepszemu „Oxymoronowi” ani także ostatniemu „Blank Face„. Ta płyta funkcjonuje na zasadzie przypomnienia, że ScHoolboy Q wciąż jest w grze i się liczy. Jednak fakt, że nowe wydawnictwo nie przebija dokonań poprzednich nie sprawia, że nie warto sięgnąć po „Crash Talk„. Wręcz przeciwnie! Mi ten longplay amerykańskiego rapera dał wiele przyjemności i idealnie się wkomponował w mój niedobór czarnego rapu z ostatniego czasu.

Quincy Matthew Hanley ponownie uderza w gangsterskie tony i mroczne klimaty. Wystarczy wsłuchać się w ponure „Die Wit Em” czy też otwierające całość „Gang Gang„, gdzie ScHoolboy Q rzuca: „Gang shit been high„. A w następnym „Tales” wciąż pozostajemy w tym samym klimacie a raper snuje gangsterskie opowieści w stylu: „Before I called you my friend, we shot the ones / Stretch smoke in my blunt, I need the funds„. Przygnębiająco-groźny nastrój panuje także na takich utworach jak „Floating” czy też „5200„. Jednak bez obaw, cała płyta tak nie brzmi. ScHoolboy Q potrafi bawić się brzmieniem i tutaj także to udowadnia. W „Chopstick” z gościnnym udziałem eksperta od gościnnych udziałów Travisa Scotta sięga po modny ostatnio trap, „Drunk” to jazzowe elementy a „Lies” to największy banger na płycie stworzony z mieszanki popu, r’n’b i hip-hopu. Pod koniec płyty usłyszymy nawet smyczki.

Jednak pomijając te parę odskoków to na „Trash Talk” rządzi i dzieli mrok. Co nie powinno dziwić, gdyż Quincy już wcześniej dał się poznać od swojej ciemnej strony. Raper za pomocą ciężkich i ponurych beatów a także nawijki o gangsterskich rzeczach tworzy obraz swojego gangsterskiego wizerunku. „Crash Talk” nie wprowadza w ten styl niczego nowego, ale to kawałek dobrego hip-hopu, który warty jest przesłuchania. Ocena: 6/10.

PRO8L3M rozlicza się z problemami Świata – recenzja „Widmo”

Album „Widmo” to kolejna propozycja wydawnicza od duetu PRO8L3M. Grupa, która zasłynęła za sprawą świetnie przyjętego mixtejpu „Art Brut” ponownie próbuje się zmierzyć z sukcesem materiału z 2014 roku. Czy im się udało? O tym poniżej.

Z całą pewnością nowy krążek jest w pewnym sensie logicznym następnym krokiem w ich twórczości. Oskar i Steez konsekwentnie budują swoją pozycję na polskiej rap scenie. To, że „Widmo” sprzedaje się jak ciepłe bułeczki a koncerty wyprzedają się w mgnieniu oka to nie tylko zasługa tego, że w Polsce rap się dobrze sprzedaje. PRO8L3M to w tej chwili marka, która przyciąga nie tylko fanów hip-hopu. Na ich koncerty chodzą zarówno ludzie w raperskich ciuchach jak i cała gama młodej hipsterskiej młodzieży po fanów alternatywnego grania. Grupa gra na najlepszych polskich festiwalach a recenzje „Widma” znajdziecie na portalach o różnych profilach.

Fakt, PRO8L3M to marka, ale jak wygląda nowy longplay pod względem muzycznym? Podoba mi się droga jaką obrała grupa. „Widmo” z jednej strony jest mroczne i opowiada o problemach współczesnego Świata przy mglistych beatach: „Miliard ludzi nie ma wody, ośmiu ludzi rządzi światem” czy „Czemu świat jest na zakręcie„. Z drugiej natomiast Oskar częściej śpiewa (I rewelacyjnie mu to wychodzi!) niż rapuje a Steez swoimi produkcjami udowadnia, że potrafi więcej niż produkowanie rapowych utworów i całkiem sobie nieźle radzi z bardziej popowym obliczem grupy. Może to karkołomne porównanie, ale ta metoda idealnie się sprawdza jak w serialu „Ślepnąc od Świateł„, gdzie obraz mrocznej i brudnej Warszawy mieszały się z abstrakcyjnymi wizjami apokalipsy i ciepłymi widokami z argentyńskich plaż. „Widmo” serwuje nam identyczne rozwiązania, co w moim odczuciu jest jak najbardziej OK.

Poza problemami Świata PRO8l3M ponownie skupia się na materializmie, używkach i hedonistycznym życiu. Z tym, że tym razem są to bardziej gorzkie historie. O ile na wcześniejszych płytach Oskar opowiadał uliczne historię o tym jak się wzbogacić i o ciągłym imprezowaniu to na „Widmie” opowiada o tych sprawach z większym pesymizmem. Idealnie to słychać w „National Geographic„, gdzie Oskar mówi wprost:

„Gdy patrzę na auta, to widzę rozjebany hajs
Gdy patrzę na błędy – widzę mnie
Gdy patrzę na miasto, to widzę alkoholizm tam
Gdy patrzę na przyszłość – widzę źle„

Można by pomyśleć, że Oskar zdziadział jednak to jest właśnie ta naturalna kolej rzeczy o której pisałem na wstępie. PRO8L3M z płyty na płytę dojrzewa i opowiada te same historię, używając różnych perspektyw. Słychać to bardzo dobrze w „Monza„, gdzie materializm przybiera inny wymiar dla autora:

„Więcej, więcej, zawsze chciałem mieć więcej
Jeszcze, jeszcze, zawsze chciałem M5 mieć
Pięćset, sześćset, dni które straciłem
Pięknie, w piekle będę się smażył za chwilę”

Nie potrafię rozgryźć co w tym wszystkim robi „To nie był film” z gościnnym udziałem Artura Rojka. Marketingowo to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż utwór Myslovitz z 1997 roku to klasyk polskiej piosenki. I w dodatku taki kontrowersyjny. A jedyny featuring na płycie wykonuje sam Artur Rojek, czyli człowiek którego jako ostatniego by można posądzać na nagranie czegokolwiek z Oskarem i Steezem.  Przyciąga to uwagę, jednak sama interpretacja utworu nijak pasuje do reszty. Jednak nagranie w przyszłości takiego mixtejpu z własnymi interpretacjami polskich utworów mogłoby być fajnym pomysłem. Jednak póki co to większe na mnie robi wrażenie „112„, które jest utworem o samobójstwie.

Podsumowując podoba mi się taka twarz duetu. Po udanym mixtejpie „Art Brut” ciężko mi było pogodzić się z poważną i napiętą postawą grupy na ostatnich „Ground Zero Mixtape” i „PRO8L3M„. Jednak nowe pomysły Steeza idealnie się komponują z bardziej dojrzałymi przemyśleniami Oskara i jego debiutanckimi wokalami puszczonymi przez autotune. Ocena: 7/10.