No to mamy PRO8L3M, recenzja „Ground Zero Mixtape”

Niby to tylko mixtape, ale nowa produkcja duetu PRO8L3M wywoływała sporo emocji. W końcu po tej dwójce można na prawdę wiele oczekiwać, gdyż dodali sporo świeżości na polską scenę hip-hopową. Pamiętny „Art Brut” z 2014 roku urósł do miana krążka legendarnego. Pomysłowa produkcja wykorzystująca stare, polskie przeboje mieszała się z kapitalnymi historiami snutymi przez Oskara. Debiutancki longplay „PRO8L3M” wydany w 2016 roku w udany sposób łączył filmowe nawiązania z futurystycznymi historiami. Nie był to może album wybitny, ale z całą pewnością całkiem niezły. Po takim zestawie jaki zaserwowali do tej pory, wymagania znacznie się podniosły.

Kolejny rok i kolejna propozycja od warszawiaków. Zacznę z grubej rury. Mam cholerny problem by się przekonać do „Ground Zero Mixtape„. O ile jeszcze zapowiadające całość „Flary” wywoływały na mojej twarzy wypieki, to po kilku krotnym przesłuchaniu całości brakuje mi czegoś co by przykuło moją uwagę na dłużej. Nie zrozumcie mnie źle, to przyzwoity krążek. Jednak totalnie mnie nie wciągnął. Żadne podkłady Steeza nie zapadają mi w pamięć, żadna historia Oskara nie zaangażowała mnie w jakikolwiek sposób. Przeszkadza mi trochę ta sztampowość i pompatyczność. Za dużo tu markowych rzeczy, silikonowych kobiet, naprężonych bicepsów a za mało spontaniczności i prostoty.

Już otwierający całość „Styl Sportowy” przytłacza mnie tymi wszystkimi wzmiankami o niebieskich rzęsach i glanach martensach. Totalnie nie moja bajka. W następnym „Macki Maduzy” i „V8” duet próbuje bawić się w surowy styl niczym Kanye West na „Yeezusie„. I nie jest to złe, z tym, że jakoś tego nie kupuje. Zaczyna się robić trochę lepiej podczas odsłuchu „Lody włoskie” – gdzie Oskar w końcu brzmi naturalnie i szczerze. Dobre odczucia podtrzymuje „Gry losowe„, jednak nic nie trwa wiecznie, bo chwilę później otrzymujemy jedno z największych rapowych nieporozumień tego roku – „Na Audiencji„.

Nie chce mi się analizować tego krążka kawałek, po kawałku. Jest ich 27! Materiał śmiało można by skrócić o połowę, i wiecie co by się stało? Zupełnie nic. Jest tutaj parę dobrych kawałków jak np. „Flary” czy też „Fair Play”, ale są też i te gorsze pozycje. Za dużo dłużyzn, za mało konkretów. Nie jest to totalnie zła płyta, ale za dużo na niej „ALE”, dlatego można mówić o lekkim rozczarowaniu. Nie o taki hip-hop nic nie robiłem. Ocena: 5/10.

Pijany Thundercat, wciąż smutny Drake

Dziś dwie pieczenie na jednym ogniu. Zajrzymy co słychać u wiecznie smutnego Drake’a i dowiemy się co po pijaku robi nijaki Thundercat. Zaczniemy od tego drugiego zgrywusa. Miłej lektury! No i czekam na Wasze komentarze co sądzicie na temat albumów „Drunk” i „More Life„.

Stephen Bruner, znany szerzej jako Thundercat wyłania się powoli z wody i zerka na nas! Zerka oczami maniaka i wariata. Na szczęście muzycznego wariata. Co tu się odsmerfowało na tym albumie? Thundercat zdaje się grać przez cały czas jedną piosenkę. Każdy utwór na albumie to coś około dwóch minut rozpoczętego motywu, który nagle się urywa. Aż się prosi o rozwinięcie, lecz nie te numery z Thundercatem. Dostajemy tylko namiastkę jego pomysłu. Z jednej strony to dobrze, bo płyta intryguje i zmusza do myślenia. Jednak pozostaje pytanie, czy to nie było, tak, że artyście zabrakło pomysłu na dalszą część?

Gdy słucham „Drunk” to pierwsze co mi przychodzi na myśl to twórczość Maxa Tundry. Sporo tu dziwacznych brzmień, które za pierwszym razem mogą odrzucać. Jednak, gdy się wsłuchamy to odkryjemy w tym coś więcej niż szalone odjazdy. W moim przypadku, ten krążek zyskiwał za każdym kolejnym odsłuchaniem. Słucha się go przyjemnie, szybko i pozostawia po sobie to „coś”. A dokładnie myśl: „Kurde, ale to dobre”. Panie Stephanie, udało Ci się! Ocena: 8/10.

Drake nie zwalnia tempa. „More life” to kolejny krążek w kolekcji rapera. Niby wszystko brzmi po staremu, ale jest w tym coś po prostu lepszego. W sumie nic dziwnego, gdyż ostatni longplay Kanadyjczyka pozostawił po sobie wielki niedosyt. „Views” było cholernie nudne, a tu, gdy się wsłuchamy to dzieje się bardzo wiele. Podkłady stoją na dobrym, wysokim poziomie. Mamy tutaj chwytliwe melodie z „Passionfruit” czy też „Madiba Riddim„, które mieszają się z melancholijnymi nutami w „4422” czy też „Nothing Into Somethings„. W „Teenage Fever” Drake pokazał, że z mainstremowego mega hitu Jennifer Lopez „If You Had My Love„, można wykrzesać coś kapitalnego. No i nie zapominajmy o bangerach w postaci „Gyalchester”. Generalnie podobają mi się tutaj zgromadzone beaty, gdyż każdy wnosi coś od siebie istotnego i co najważniejsze innego. Ta różnorodność podoba mi się, Drake skorzystał ze swoich doświadczeń i przedstawił całkiem ciekawą mieszankę.

A lirycznie? No cóż, Aubrey wciąż jest smutny. Smutek, mocno bije z tej płyty. Co prawda, raper rzuca zuchwale „more life, more everything”, ale ja chyba mu nie wierzę. W sumie to dobrze, bo nic tak dobrze nie wpływa na wartość muzyki jak pęknięte serce. Drejku, bądź smutny jak najdłużej. Wychodzi Ci to na dobre, serio. Poza tym trzeba dodać, że „More Life” zostało wypuszczone w świat jako playlista. Długa playlista. I trzeba przyznać, że ta mnie oficjalna forma wydawania wychodzi raperowi lepiej od rozdmuchanych albumów długogrających. Ostatni taki twór „If You’re Reading This, It’s Too Late” zebrał dobre oceny. „More Life” na razie też zalicza same pochwały. Nie inaczej będzie u mnie. Aubrey, dobra robota! Ocena: 8/10.

Polityka, religia, kwestie rasowe i rozstępy na tyłku – kilka zdań o „DAMN” Kendricka Lamara

Kendrick Lamar – nazwisko dobrze znane każdemu, kto zagląda na mojego bloga regularnie. Zarówno „Good Kid, M.A.A,D City” jak „To Pimp A Butterfly” doczekały się miana albumu roku. Ten drugi dostał nawet ode mnie dyszkę, co zdarza się niezwykle rzadko. Co prawda raper niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu w swoich gościnnych występach (bo jak inaczej nazwać jego zwrotki w TYM i TYM), jednak kiedy wydaje swój album to robi to z klasą. Nie inaczej jest w przypadku „DAMN„

Kendrick jest w ostatnim czasie dość płodnym artystą. Jeszcze nie opadł kurz po jego głośnym „To Pimp A Butterfly” a już pojawił się na obłędnym poziomie zapis jego nagrań „Untitled Unmastered„. Poza tym raper regularnie pojawiał się na nagraniach innych. Mowa tu o m.in. nowej płycie Thundercata, Beyonce, Sia, Taylor Swift, Flying Lotusa i wielu, wielu innych. Dlatego też informacja o tym, że planuje nowy album w tym roku była dla mnie dość niespodziewana i szokująca.

Jak się po raz kolejny okazało Kednrick Lamar rządzi i króluje. Raper osiągnął szybkość wydawania płyt znaną dla Drake’a, jednak poziom jego produkcji jest wprost PERFEKCYJNY. „DAMN” zaczyna się niepozornie. Otwierający całość „BLOOD” brzmi dość filmowo. Lamar spokojnym głosem opowiada jak spotyka na ulicy niewidomą kobietę, której coś wypadło. Postanawia jej pomóc, po czym ona do niego strzela. Mocna rzecz. Następnie wkracza oparte na konkretnym beacie „DNA„. Kendrick rzuca w tym kawałku sporo spostrzeżeń na swoją czarną naturę. Takie zwrotki jak: „I got power, poison, pain and joy inside my DNA” oraz „This is why I say that hip hop has done more damage to young African Americans than racism in recent years” są dość wymowne.

Następny „YAH” raper przyznaje, że nie interesuje go robienie polityki ani mieszanie się w religię. Co akurat jest bzdurą, bo „Damn” jest aż naszpikowane od kwseti politycznych i nawiązań religijnych. Sama nazwa „Yah” o tym świadczy, gdyż odwołuje się do Yahweh – imienia Boga. Czwarty w zestawie „ELEMENT” stoi na wysokim poziomie produkcyjnym. Jednak to nic dziwnego, skoro na liście osób związanych z tym utworem znajduje się James Blake. Kolejny w zestawie „FEEL” to zestaw negatywnych uczuć Kendricka. Raper rzuca: „I feel like all of y’all is desperate” czy też „I feel like friends been overrated„, po czym dodaje, że nikt za niego się nie modli. w „LOYALTY” swój gościnny występ ma Rihanna. Piosenkarka po raz pierwszy nagrała kawałek z Kendrickiem Lamarem, Drake na pewno był zazdrosny.

w „PRIDE” powolne tempo podkładu może usypiać, jednak już w kolejnym singlowym „HUMBLE” dostajemy petardę prosto w twarz. Świetny, przywołujący na myśl lata 90 beat miesza się tutaj z kapitalną nawijką rapera. No i te perełki w stylu: „I’m so fuckin’ sick and tired of the Photoshop / Show me somethin’ natural like afro on Richard Pryor„. Przybijam piątkę i puszczam ten utwór na pełen FULL.

Sporo kontrowersji sprawił utwór „XXX„, gdzie gościnny występ ma U2. Dla fanów irlandzkiej grupy rockowej był to policzek by gościnnie występować na JAKIMŚ TAM RAP ALBUMIE. Jednak trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że tylko dla tej najbardziej betonowej i zacofanej części fanów. Historia mieszania się rocka z rapem sięga lat 80, kiedy to RUN/DMC nagrywało kawałek „Walk This Way” z Aerosmith. A po drodze było wiele, wiele mieszanych produkcji,że trzeba być retardem by przegapić którąkolwiek w 2017 roku! Z drugiej natomiast strony fani Lamara martwili się o poziom albumu, skoro na ma na nim występować Bono, który już od bardzo dawna nie nagrał niczego dobrego. Jak wyszła wspólna produkcja? Trudno ocenić. Kawałek „XXX” to mieszanka różnych brzmień. Lamar miesza tutaj scratche wyjęte niczym z przełomu lat 80 i 90, i dodaje elementy surowości znane z „Yeezusa” Kanye Westa. Na końcu pojawia się Bono, który śpiewa: „It’s not a place / This country is to me a sound of drum and bass / You close your eyes to look around„. Jest to zbyt krótki i abstrakcyjny moment na płycie by go oceniać pozytywnie, czy też negatywnie. Po prostu jest.

Końcówka płyty podoba mi się najbardziej. „FEAR” charakteryzuje ciekawy, lekko senny beat. Jest to jeden z tych kawałków, które w jakiś sposób zapadają w pamięci. Z resztą nic dziwnego, utwór trwa ponad 7 minut! W „GOD” Lamar trochę bawi się w The Wekeend i robienie R’n’B. Niestety z miernym skutkiem, gdyż to kompletnie nie ta estetyka. Całość kończy rewelacyjne „DUCKWORTH„, które spokojnie załapałoby się na poprzednie płyty Lamara.

Najczęstsze zarzuty jakie przywołują recenzenci to brak spójności na albumie i gorsza produkcja. Niestety, muszę się z tym zgodzić. Faktycznie „DAMN” nie jest tak spójne jak chociażby „To Pimp A Butterfly” czy też „Good Kid, M.A.D. City„. Czuć to zwłaszcza gdy słuchamy takich kawałków jak „GOD” czy też „XXX„. Zupełnie nie wiem jaka koncepcja siedziała w głowie Kendricka Lamara. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album. Nie zgodzę się z zdaniem, że ten krążek nie był potrzebny. Może, nie był potrzebny w takiej formie. Jednak nowe wydawnictwo Lamara to obecnie duże wydarzenie, i tego się trzymajmy. To raper nietuzinkowy, który wie CO i JAK. I po raz kolejny udowodnił, że robi to bardzo dobrze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj