Wiosno napier***** – przegląd płyt z marca i kwietnia

Minioną majówkę oceniłbym pod względem pogodowym na mocne 5/10. Niemniej coraz dłuższe dni i całkiem ciekawe propozycje na rynku muzycznym sprawiają, że przekreślałbym przedwcześnie tegoroczną wiosnę. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.

Gorillaz – Cracker Island. Na pierwszy rzut coś istnie w wiosennym, jak nie wakacyjnym klimacie. „Cracker Island” to już ósmy długograj w dorobku goryli. Lider i założyciel projektu, znany przede wszystkim z dokonań grupy Blur – Damon Albarn po raz kolejny dobrze się bawi przy tworzeniu lekkiej, melodyjnej i opartej na syntezatorach muzyce. Jego flagowy produkt – Blur poszedł w odstawkę (być może już na zawsze), ale Gorillaz ma się dobrze. Być może nie jest to już tak rewolucyjna muzyka jak za czasów pierwszych trzech krążków „Gorillaz„, „Damon Days” czy też „Plastic Beach„. Jednak konsekwencja i systematyczność ostatnich płyt pokazuje, że zespół wciąż jest w formie. „Cracker Island” ma sporo dobrych momentów. Przykładowo taki „Silent Running” pokazuje, że Albarn wciąż potrafi stworzyć dobrą kompozycję od początku do końca. No i ta lista gości: Thundercat, Tame Impala, Beck. Robi wrażenie! Na pierwsze ciepłe dni tak płyta pasuje jak makaron do rosołku. Skosztujcie koniecznie! Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Kali Uchis – Red Moon in Venus. Kali Uchis to jedna z tych artystek o których na blogu piszę tylko i wyłącznie w samych superlatywach. I nie bez powodu! Bo każde jej dotychczasowe wydawnictwo był zawsze muzycznym zjawiskiem, tak jest i tym razem. Z jedną różnicą. Jej tegoroczny album wydaje się być jednak tym najlepszym, opus magnum dotychczasowej twórczości. Piosenkarka o kolumbijskich korzeniach podobała mi się już przy okazji współpracy z Tylerem, The Crator. Ich wspólne single do tej pory goszczą u mnie na słuchawkach. Jednak w tamtym czasie wciąż brakowało potwierdzenia jej jakości za sprawą albumu. I taki pojawił się w 2018 roku. Debiutancki „Isolation” był porządną dawką muzyki z gatunku R’n’B. Jednak dopiero „Red Moon in Venus” rozbił bank. I to zasłużenie, bo każda kompozycja na tym albumie to pierdolony majstersztyk. Rozpisywanie się o każdym nie ma sensu, to po prostu trzeba przesłuchać. Wiele opinii, że to album roku (Już w pierwszym kwartale roku!) wcale nie jest przesadzonych. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Piotr Kurek – Peach Blossom. Co prawda warszawski kompozytor Piotr Kurek tworzy już dawna, a jego pierwsza płyta „Lectures” ukazała się w 2009 roku, jednak dopiero głośno o nim się zrobiło za sprawą zeszłorocznego krążka „World Speaks„. Pitchfork rozprawiał na temat wpływu tradycyjnego folku na współczesną muzykę elektroniczną nawiązując właśnie do jego wydawnictwa z 2022 roku. Z kolei recenzje ów albumu pojawiły się m.in. na łamach The Quietus czy też Cyclic Defrost. Podobny zasięg rażenia osiągnął również tegoroczny „Peach Blossom„. I nic dziwnego, bo to kolejne kapitalne dzieło z kategorii folk i electronic. Kurek jak mało kto idealnie łączy te dwa gatunku nadając im świeżości i oryginalności. Utwory na kwiecie brzoskwini to klimatyczne i wychodzące poza wszelkie ramy doznania muzyczne. Jeżeli chcecie posłuchać czegoś na prawdę innego, to myślę, że powinniście sprawdzić najnowszej propozycji od Pana Piotra. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Lana Del Rey – Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd. No, cóż nie wiedziałem, że jest tunel pod Ocean Blvd. Być może z tego powodu, że nigdy nie byłem na Florydzie. Co więcej nigdy nie byłem w USA, a w zasadzie najdalej na zachód od granicy Polski to byłem w Mediolanie. Jednak nie będziemy tutaj rozprawiać o moich wyjazdach, a jeżeli kiedykolwiek zobaczycie bym na blogu lub moich social mediach wrzucał selfie z windy to weźcie mnie zgłoście, bo to prowadzi to jakiś żenujących rankingów filmików na youtube. Wróćmy do meritum. Najnowszy album Lany Del Rey jest dokładnie taki jakiego można by się spodziewać po tej artystce. Są piękne, melodyjne, nieco rozmazane ballady o miłości. Jest wiele retromanii w stylu czarno-białego amerykańskiego kina samochodowego gdzieś z amerykańskiego zadupia. Ta estetyka jak do tej pory sprawdzała się wybornie i co by tu rzec, dalej się sprawdza. Pani Del Rey jest wspaniała bo to muzyka dla każdego,a rzadko udaje się nagrać coś co posłuchają muzyczni znawcy jak i zwykli zjadacze radiowej papki. No, ale to też zbyt duże uogólnienie. Ona po prostu broni się świetną muzyką. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Slowthai – Ugly. Brytyjskiego rapera usłyszałem po raz pierwszy w 2019 roku podczas Off Festiwalu. Ależ, to był zachwyt. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że Slowthai stanie się tak ważnym graczem na rynku europejskiego hip-hopu. Co więcej jego krążek „TYRON” to w moim rankingu płyta numer 1 za rok 2021, a to już coś. Tegoroczny „UGLY” już nazwa dobrze określa. Materiał na nowym albumie jest szorstki, trudny, momentami ciężki. Porównałbym ten przeskok do tego co swego czasu zrobił Kane West na albumie „Yeezus„. Co prawda „UGLY” nie jest brzydkie na całej długości, bo jest tu mega pozytywny singiel „Feel Good” czy też melodyjny „Never Again„. Cały album dobrze obrazuje utwór „Falling„, który zaczyna się niepozornie jednak kończy się dość brutalnym „darciem japy”. Być może Slowthai w tym roku nie dostanie ode mnie tytułu najlepszej płyty roku, ale na pewno będzie wysoko bo to mimo wszystko kozacki materiał. Cheers! Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Tyler, The Creator – CALL ME IF YOU GET LOST: The Estate Sale. Nie jestem pewien, czy akurat ostatni album Tylera chciałem usłyszeć w wersji DELUXE. Uważam, że „Flower Boy” czy też „Igor” to znacznie lepsze propozycje od Pana Okonmy. Jednakże fajnie było zajrzeć do tego krążka ponownie i posłuchać dodatkowych b-sideów. Co prawda bonusowe tracki nie wpływają znacznie na ocenę, dlatego pozostajemy przy tym co było w 2021 roku. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Muzyczna nowa fala – Przegląd płyt ze stycznia

Pierwszy miesiąc roku za nami. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.

Angèle – Nonante-Cinq. 27-letnia Belgijka wydała swój drugi długograj, który zasłużenie zbiera pozytywne recenzje. Przyjemny, melodyjny i taneczny pop ładnie się komponuje ze słodkim, francuskim wokalem Pani Van Laeken. Poza wprawiającymi w ruch nóżkę dance popem jest tutaj sporo momentów sentymentalnych i nostalgicznych, przybierających momentami formę teatralną. Angèle śpiewa tutaj o rozstaniu, złamanym sercu i miłości do swojego rodzinnego miasta (posłuchajcie „Bruxelles je t’aime„). Warto sprawdzić, gdyż Belgijka notuje poważny progres a przy okazji jest o niej coraz głośniej, zwłaszcza po wspólnym kawałku z Duą Lipą. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Burial – Antidawn. William Bevan – Brytyjski producent muzyczny, którego wszyscy dobrze znają jako Burial, postanowił powrócić po raz pierwszy z dłuższym materiałem od wydania legendarnego już albumu „Untrue” z 2007 roku. Co prawda „Antidawn” to wciąż formalnie EP-ka, ale trwająca 43 minuty, czyli płyta do której już trzeba przysiąść na spokojnie. 5 nowych utworów na tegorocznej EP-ce Buriala to zestaw mocno posępny i mroczny. Liczne szmery, trzaski, pogłosy, dźwięki otoczenia sprawiają jakbyśmy się czuli pośrodku niczego. Słyszymy, że gdzieś coś gra, ale nie potrafimy zlokalizować źródła muzyki. Są to tylko muzyczne strzępki a słowa typu „Nowhere To Go” wprawiają nas tylko w niekomfortowym położeniu. Brytyjczyk nie cacka się ze słuchaczem na tym materiale, ale jest on na tyle interesujący, że chcemy do niego wrócić. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Dodos – Grizzly Peak. Trochę wstyd się przyznać (a może w sumie i nie), ale The Dodos na dobre rozpocząłem słuchać właśnie przy okazji wydania ich najnowszego, dziewiątego już krążka „Grizzly Peak„. Odkąd interesuje się wszystkim co z indie rockiem jest związane, grupa ptaszyn dodo gdzieś tam się zawsze pojawiała. Jednak nigdy u mnie na blogu. Czas to zmienić, bo szczyt misia grizzly to dobry materiał. Jeżeli tęsknicie za starymi dobrymi czasami i chcecie powrócić do grania w stylu Menomeny, Wolf Parade, Phoenix i tym podobnych kapel to warto sprawdzić ten krążek. Ostrzegam jednak, że nie znajdziecie tu żadnych innowacji. Ta płyta na pewno nie pojawi się na rocznych podsumowaniach, ale przecież nie jemy steków wołowych, owoców morza czy też rolady z kluskami codziennie na obiad. Taki chleb z pasztetem też czasami bywa pyszny. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Earl Sweatshirt – SICK!. Thebe Neruda Kgositsile skradł nasze serce już dwukrotnie. Za pierwszym razem przy okazji wydania debiutanckiego długograja „Doris” w 2013 roku oraz przy okazji wydania „Some Rap Songs” w 2018 roku. Tegoroczne „SICK!” ponownie zaskakuje szczerością i krótką formą. 10 utworów trwających niespełna 25 minut to format krótszy niż niektóre EP-ki, ale nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest jak zwykle wysoka. Zapomnijcie o plastikowych beatach, auto-tune, Lil Waynie jako featuring i laskach trzęsących tłustymi zadami. Earl spocona-koszula stawia na klasykę spod znaku Nasa i Raekwona. Muzycznie podkłady krążą wokół jazzu i elektroniki, a występy gościnne ograniczają się do Zelooperz i Armanda Hammera. Sam Earl z nową fryzurą pozostaje tym samym ziomkiem, którego słyszeliśmy na poprzednich albumach. Warto sprawdzić. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

FKA Twigs – CAPRISONGS. O Pani Tahliah Debrett Barnett wspominałem już tutaj wielokrotnie, dlatego też żadnym zaskoczeniem nie jest, że musiałem sprawdzić jej najnowszą pozycję „CAPRISONGS„. Niech nie zmyli was nazwa tego materiału. To z całą pewnością nie jest żadna letnia playlista do odpalania na dyskotekach w Mielnie czy Łebie. Amerykańska wokalista porusza się tutaj w rożnych gatunkach i stylistykach, ale żaden z nich nie można porównać do wakacyjnych przebojów spod ręki Calvina Harrisa. Najbardziej taneczny kawałek ma tytuł „Tears in the club„, także tego… Czuć, że FKA Twigs z każdym kolejnym albumem jest dojrzalsza i pewniejsza na scenie muzycznej. Tegoroczny longplay jest tego idealnym przykładem. Dobre teksty i rozbudowane melodie dają efekt jednolitej i zgrabnej całości. Ulubione momenty? Sprawdźcie „oh my love„, „which way” oraz „ride the dragon„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Odwiedzam radiostację z lat 80 razem z The Weeknd – recenzja „Dawn FM”

Mało kto pamięta, ale o The Weeknd pisałem na blogu zanim Abel Makkonen Tesfaye osiągnął światową sławę dzięki takim album jak „After Hours” czy też „Starboy„. O jego mixtape „Echoes Of Silence” wspominałem na początku 2012 roku TAK. Ogólnie jego trzy produkcje z 2011 roku przykuły moją uwagę na tyle, że widziałem w nim drugiego The-Dream. Dziś wiem, że zrobił znacznie większą karierę. Wspólne utwory z Laną Del Rey, Kendrickiem Lamarem, Arianą Grande czy też Daft Punk, udział w filmie „Nieoszlifowane diamenty” razem z Adamem Sandlerem (Wybitna rola Sandlera), listy przebojów, występy na SuperBowl itd.

Tak szczerze, od momentu wydania „Kiss Land” straciłem nim zainteresowanie. Cały ten mainstream i kierunek, który obrał nie pasował mi do piosenek, które zachwycały mnie na „House of Balloons” czy też „Echoes Of Silence„. Teraz wracam do Abela, za sprawą jego najnowszego albumu „Dawn FM„. Płyta już zawitała do wszystkich radiostacji za sprawą pierwszych singli: „Take My Breath” oraz „Sacrifice„. Jednak recenzenci póki co przyjmują album z chłodem, zwracając uwagę, że The Weeknd ponownie nie potrafi nagrać równego albumu.

I jest to niestety prawda, gdyż „Dawn FM” ma sporo nierówności. Podoba mi się zabieg stworzenia koncept albumu, który zabiera nas do radiostacji z lat 80. Chociaż sam pomysł jest już mocno wyświechtany, gdyż retromania na lata 80 i 90 jest w mainstreamie od paru dobrych lat. Tutaj jednak ten krok spełnia swoją funkcję, a The Weeknd dobrze się odnajduje w tonach muzyki elektronicznej z lat 80. Znajdziemy tutaj parę ciekawych kompozycji takich jak m.in. „Less Than Zero”, „Out of Time” czy też „Every Angel is Terrifying„, jednak jest też sporo momentów słabszych, które nie zapadają w pamięć.

Obwieszczanie, że „Dawn FM” jest płytą roku już na początku stycznia (spotkałem się z takimi opiniami) jest sporą przesadą, której raczej nie warto komentować. Generalnie nowa płyta The Weeknd jest na tyle spoko, że będzie można się do niej pobujać w czasie karnawału. Jednak do końca roku jest sporo czasu, a w tym czasie pojawią się z pewnością o wiele ciekawsze muzyczne propozycje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.