Teleporady od Tylera – recenzja „Call Me If You Get Lost”

O tym, że Tyler Gregory Okonma wielkim artystom jest przekonujemy się przy okazji każdej jego kolejnej płyty. Pierwsze wydawnictwa jak „Bastard” i „Goblin” jeszcze tego nie wskazywały, ale już uświadamiały słuchaczowi, że mają do czynienia z nową, nietuzinkową postacią na scenie hip-hopowej. Wydany w 2013 „Wolf” nie wprowadzał rewolucji, jednak już na „Cherry Bomb” oraz „Flower Boy” dowiedzieliśmy się, że Tylerowi w duszy gra r’n’b. Bardziej popowe oblicze rapera w pełni usłyszeliśmy również na jego ostatnim, kapitalnym krążku „Igor”. Wydawnictwa rapera z LA to idealny obraz tendencji wzrostowej, rozwoju, eksperymentowania i nabierania doświadczenia.

Jak ma się zatem sytuacja na jego najnowszym, już siódmym długograju? „Call Me If You Get Lost” to w pewnym sensie powrót do korzeni. Dobrze przyjęte r’n’b ponownie łączy się z dość mrocznymi i dziwacznymi wstawkami hip-hopowymi. Już otwierający całość „SIR BAUDELAIRE” można określić „it sooo 2015”. A wspominane przeze mnie nagłe zmiany stylu już słychać w trackach 4 i 5, gdzie po błogim, popowym „WUSYANAME” wchodzi goblinowy Tyler w „LUMBERJACK„. Dobrym przykładem jest także utwór „MASSA„, gdzie do około 20 sekundy brzmi on jak jakiś soundtrack z filmu Disneya by potem nagle wtargnął posępny beat. Generalnie w strefie dźwiękowej płyta ponownie jest pełna różnorakich wpływów i wachlarzy stylów. Materiału jest całkiem sporo, a wymienianie co tu znajdziemy jest zbędne. Jest tutaj wszystko co jest dobre.

Lirycznie także Tyler zdobywa medal. Błyskotliwe zwrotki, cięte riposty, nawiązania do popkultury, ironizowanie, dziwoty i co chwilę dzwoniący telefon. Czy na taką teleporadę chcielibyśmy zadzwonić? Po paru piwkach chętnie! Poza tym po drugiej stronie telefonu usłyszymy także wiele ciekawych nazwisk. Wśród gościnnych występów znajdziemy m.in. Pharrella Williamsa, DAISY WORLD, Lil Wayne’a czy też Ty Dolla $ign.

Podsumowując, najnowszy album Tylera, The Creatora „Call Me When You Get Lost” to kolejna dobra propozycja muzyczna. Artysta ponownie wrócił do hip-hopu, nie zapominając jednocześnie o swoim bardziej popowym obliczu, które w ostatnim czasie pozwoliło mu wypłynąć na szersze wody. Mimo, że „Igor” oraz „Flower Boy” to dzieła o półkę wyższe, to raper wciąż ma wiele do przekazania. Warto się zapoznać, bo to jedna z lepszych tegorocznych hop-hopowych longplayów. Ocena: 8/10.

Soulowe alter ego Tylera kreatora – recenzja albumu „Igor”

W piękny sposób rozwija nam się Tyler, the Creator. Raper od momentu wydania „Cherry Bomb” w 2015 roku pokazuje coraz większe zamiłowanie do eksperymentowania z innymi gatunkami. Na debiutanckim albumie „Goblin” z 2011 roku i wydanym dwa lata później „Wolf” raper dał się poznać od brudnej, mrocznej i dość ciężko brzmiącej strony hip-hopu. Stąd przyjemniejsze dla ucha „Cherry Bomb„, gdzie mieszają się gatunki muzyczne, było dość odważnym posunięciem ze strony Okonmy. Następnie wydany został „Flower Boy„, który w mojej ocenie był najlepszym albumem w 2017 roku. Na tym albumie artysta (bo już coraz mniej raper) zostawił mniej miejsca na klasyczne rapsy na rzecz zabawy z r’n’b, popem i soulem. Kolejnym i póki co finalnym krokiem było wydanie „Igora„.

Na tegorocznym longplayu Tyler Gregory Okonma zostawia już śladowe ilości rapowania. Na palcach jednej ręki można policzyć jego nawijki. Dostajemy w zamian pięknie zaaranżowane podkłady, które nawiązują do soulu lat 60, popu,elektroniki i r’n’b. Warstwa muzyczna robi ogromne wrażenie. Muzyka w całości stworzona przez Okonmę pokazuje jego niesamowite zdolności w tej materii i co więcej, okazuje się, że Tyler odrobił lekcje na szóstkę z plusem. Zdarza się, że sam Okonma śpiewa na „Igorze” (i wychodzi mu to nieźle), jednak generalnie zostawia dużo miejsca na występy gościnne. A nazwiska jakie zgromadził na płycie są wyborne. Łatwiej chyba wymienić kogo nie ma, aniżeli jest. Na „Igorze” usłyszymy m.in. Kanye Westa, Solange, La Roux, Charlie Wilsona, Santigold, Playboi Carti’ego czy też Pharrella Williamsa. Nazwiska nazwiskami. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te featuringi są trafione w punkt i idealnie komponują się w całość.

Po przesłuchaniu „Igora” (Ja zrobiłem już to chyba z dziesiątki razy) raczej nie mamy wątpliwości co do orientacji seksualnej artysty. O ile już na „Flower Boy” Tyler dawał takie sygnały, to po tym krążku wiemy o tym na pewno. Linijka w stylu: „Next line I’ll have em’ like woah, I’ve been kissing white boys since 2004” jest dość wymowna. „Igor” to przede wszystkim płyta o miłości, rozstaniu i tęsknocie. Szczególnie ta tęsknota wybrzmiewa w kończącym całość „ARE WE STILL FRIENDS?„, gdzie Okonma z żalem śpiewa „I can’t stop you, I can rock, too” czy też „I don’t want to end the season on a bad episode, nigga, nah„. Samotność wybrzmiewa także z genialnego „PUPPET„, gdzie usłyszymy „You lost, son, and you’ve been tryna find your way to me” a w refrenie wybrzmiewa „I’m your puppet  / You control me„. Wymownie brzmi również „I DON’T LOVE YOU ANYMORE„, gdzie usłyszmy „(No) I don’t love you no more / Tell me where to go / Can I have my heart back?„

To najbardziej dojrzałe dzieło w dorobku Tylera, The Creatora. Co więcej, to zdecydowanie jego najlepszy album, który stanowi opus magnum twórczości rapera z Los Angeles. Okonma w piękny sposób nawiązuje do klasyki soulu, czerpiąc z niej co najlepsze. Chyba, żadna tegoroczna płyta mi się tak dobrze nie słuchała jak „Igor„. Zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko fanów rapera. Ocena: 9/10

Wymarzony debiut Keleli – recenzja „Take Me Apart”

Wygląda, że Kelela nie mogła sobie wymarzyć lepszego debiutu. Jej pierwszy długogrający album „Take Me Apart” póki co zbiera same pozytywne recenzje i już na obecnym etapie został ochrzczonych mianem jednej z najważniejszych płyt tego roku. I coś jest na rzeczy, bo gdy słucham tych utworów, to na prawdę ciężko nie zachwycić się tą enigmatycznością, klimatem oraz naturalnością.

Wiele już powiedziano na temat inspiracji, jakie można wyłapać ma „Take Me Apart„. I są to same konkretne nazwiska i nazwy. Destiny Child’s, Solange, Janet Jakcson, Aaliyah czy też Bjork. Z wszystkim się zgadzam, słychać wyraźnie w tych kompozycjach, że 34-letnia wokalistka czerpie pełnymi garściami od najlepszych w tym temacie. Jednak nie boi się też pójść swoją drogą i dodać wiele od siebie. Co prawda już na swoich wcześniejszych wydawnictwach Kelela pokazała, że ma wiele do przekazania dobrego. Zarówno mixtape „Cut 4 Me” jak i EP-ka „Hallucinogen” stały na dobrym poziomie. Jednak dopiero tegoroczny krążek można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B, to dawno nie słyszałem tak urzekającego i wpadającego w ucho materiału.

Już od pierwszego „Frontline” Kelela Mizanekristos potrafi nas złapać w swoją sieć. Nie robi tego agresywnie, a wręcz bardzo subtelnie do nas śpiewa. O czym? O różnych doświadczeniach życiowych, których w ciągu ponad 30 lat zdążyło się nazbierać. Najszczególniej do gustu przypadł mi synthpopowy „Onanon” czy też najbardziej taneczny utwór na płycie „LMK„. Ciężko mi jednak wyróżniać poszczególne tracki, z tego względu, że to mocno jednobarwny album. Poziom piosenek jest wyraźnie wyrównany, dlatego nie mogę w tym miejscu wspomnieć też o takich wspaniałościach jakimi są: „Blue Light„, „Truth or Dare” czy też „Jupiter„.

Życzyłbym sobie i Wam więcej tak dobrej muzy jak „Take Me Apart” Keleli. Debiutancki album amerykanki zachwyca przede wszystkim swoją lekkością, naturalnością, tajemniczością i aurą zgromadzoną wokół niej. To muzyka, którą ciężko jakkolwiek zaszufladkować. Prawdę powie ten, który określi ten albumem r’n’b, jednak nie będą w błędzie też ci, którzy napomną o popie, alternatywie czy też muzyce elektronicznej. Jednym słowem „Take Me Apart” to rzecz wybitnie dobra, dlatego sprawdźcie ją w wolnej chwili koniecznie. Ocena: 8/10.