
Legendarny, nowojorski zespół The Strokes wydał 24 lipca tego roku swój 7 album długogrający „Reality Awaits„. Tak się składa, że ów premiera zbiegła się z jubileuszem 25-lecia wydania debiutanckiego krążka „Is This It„. Dla niezorientowanych wspomnę, że to klasyczny album, który definiuje całą falę New Rock Revolution, która rozpoczęła się na początku lat 2000. Julian Casablancas wraz z resztą paki byli swojego rodzaju pionierami nowego indie rocka. I do pewnego momentu nadawali rytmu całemu ruchowi. Wydali równie wybitny album „Room on Fire„, a i single z „First Impressions of Earth” czy też „Angles” robiły swoją robotę. Kolejne albumy nie były już tak wybitne, ale i też ciężko oczekiwać by zespół miał odkrywać muzykę na nowo przy okazji każdej płyty. „Comedown Machine” czy też ostatni krążek „The New Abnormal” to materiały w okolicach 6-7, czyli dalej nieźle. Po 6 latach przerwy zespół powrócił z nowym albumem „Reality Awaits” o którym dowiecie się czegoś więcej poniżej.
Tak jak w przypadku ostatnich czterech płyt The Strokes, ta najnowsza dalej utrzymuje poziom około szóstkowy. Z jednej strony gdzieś w głębi czekam na jakiś jeszcze jeden WIELKI ich album. Z drugiej jednak zdaje sobie sprawę, że WIELKIE rzeczy to oni już robili, i teraz trzeba się cieszyć, że trzymają w miarę dobry poziom i nie nagrywają jakiejś kichy. „Reality Awaits” to album w miarę dobry, któremu chyba zabrakło tylko większej przebojowości. Ponownie w procesie tworzenia maczał swoje palce producent Rick Rubin, czyli legendarny producent muzyczny, który ma na koncie sporo hip-hopowych albumów. I być może dlatego Julian Casablancas w paru utworach („Psycho Shit” czy też „Falling Out of Love„) śpiewa na tym nieszczęsnym autotune. Casalancas nie był nigdy jakimś wybitnym wokalistą, ale ten brudny, garażowy charakter ich utworów robił robotę. A tutaj tego nie ma, a w zamian otrzymujemy tą hip-hopową zarazę, bez której 80% współczesnych raperów nie miała by racji bytu. Nie chcę wyjść na dziadersa, bo zdaje sobie sprawę, że to po prostu kolejne narzędzie do tworzenia muzyki, tak jak wiele innych rzeczy, które pojawiały się na przestrzeni lat (jak chociażby efekty gitarowe, czy cała muzyka elektroniczna), jednakże uważam, że czasami jest to narzędzie niepotrzebnie i za często używane, a nabijam się tylko z raperów, którzy bez niego by NIE ISTNIELI. Także ten autotune jest całkowicie niepotrzebny i proszę nie kalać nim indie rocka. Bo co dalej? Jakieś ej aje? I inne bzdety?

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do „Reality Awaits„. Generalnie kompozycje nie są złe, takie utwory jak „Liar’s Remorse” czy też „Falling Out of Love” w pewnym stopniu budują jakieś napięcie i z każdą sekundą się rozwijają. Singlowy „Going Shopping” to taki letni przyjemniaczek, który wpada łatwo w ucho, ale i łatwo z niego wypada po jakimś czasie. Podobne mam odczucia przy słuchaniu „The Fruits of Conquest„. Najbardziej przypominające stare przeboje, niebezpiecznie zahaczające o autoplagiat to „Dine N’Dash” oraz „Going to Babble On„. Uważam, że brakuje tutaj mocy i takiego postawienia kropki nad i. Wszystko jest takie umiarkowanie dobre, miłe, przyjemne, za bezpieczne. Może to pułapka, w którą wpadli nowojroczycy, ale w pewnym stopniu zawsze będzie się ich oceniać przez pryzmat dwóch pierwszych płyt.
Podsumowując, nowy materiał The Strokes to całkiem niezła płyta. „Reality Awaits” to przede wszystkim miłe dla uch gitarowe brzmienia wzbogacone o elektronikę oraz ten nieszczęsny autotune. Brakuje tutaj mocniejszego brzmienia i garażowego brudu z którym zespół był przez lata kojarzony. W zamian otrzymujemy sterylną hip-hopową produkcję, która niekoniecznie pomaga. No cóż, mam nadzieję, że uda mi się ich w końcu zobaczyć na żywo w Polsce. Póki co słucham nowej płyty i starych płyt też. Ocena: 6/10.