Raekwon – Shaolin Vs. Wu-Tang

Stary, dobry, fałdkowany Raekwon wydaje w tym roku nowy longplay, którym udowadnia młokosom, że wciąż ma coś do powiedzenia.

Niby te wszystkie zagrywki, które znamy chociażby z Enter The Wu-Tang (36 Chambers) pojawiają się na każdym albumie Szefa i trzeba powiedzieć, że jednak coś w tym jest. To nie nudzi, mi się to nadal podoba. Rae jest w formie, jest jak wino, im starszy tym lepszy. Z pewnością w odróżnieniu od poprzedniej płyty mamy więcej damskich chórków a także inni ludzie stali za produkcją. Jednak dalej wyszukamy tam starych dobrych znajomych. Pojawi się  Ghostface Killah, którego wyjątkową umiejętnością jest dopasowanie się do każdego typu hip-hopu bo zarówno na albumie Rae jak i w takich wykonaniach wypada przekonująco. Poza członkiem Wu-Tang Clan  mamy też Inspectah Deck, Method Man’a, Jim Jones’a, Estelle, Nas, Ricka Rossa czy też Busta Rhymesa. O tym ostatnim akurat nie wiele można ostatnio dobrego powiedzieć, poza faktem, że rozpoczął Ten wyścig szczurów. Sporo fragmentów z filmów typu ninja style, odgłosy walki, gdzieś tam ruchy mieczy itd. Sama końcówka, która składa się z Masters of Our Fate oraz fajnego outro jest patetycznym majstersztykiem.

Shaolin Vs. Wu-Tang to dobry, hiphopowy shit. Raekwon z koroną na głowie wypluwa z ust słowa, które wchłania się momentalnie. Ten koleś jest fenomenalny. Wraz z doborowym featuringem i świetnymi podkładami daje nam powody do przemyśleń i dobrej zabawy. Bo głównie o to chodzi, by miło spędzać czas z tą płytą. Dla każdego fana murzyńskich rytmów poznanie dyskografii Szefa jest obowiązkiem. Płytę słucha się przyjemnie i szybko, kawałki na niej nie trwają za długo a ponad pięciu minutowy Rock’N’Roll wobec tych standardów wydaje się najwyższym budynkiem w mieście. Na koniec dodam jeszcze, że mocno podobają mi się podkłady na płycie. Takie Snake Pond czy też Last Trip to Scotland najlepiej o tym świadczą. Warto sprawdzić nowy album Raekwona, nie zawiedziecie się. Ocena: 7/10.

posłuchaj

 

The Pains of Being Pure at Heart – Belong

Wiosna panie sierżancie, wiosna panie f…

Czekałem na tę porę roku odkąd za oknem widziałem nie odstępującą ani na chwilę srogą zimę. Wiosna to moja ulubiona pora roku, wszystko odżywa, także mój dobry nastrój i chęć słuchania czegoś bezpretensjonalnego, beztroskiego. Painsi to taki właśnie zespół, nie gigantyczny, lecz swobodnie poruszający się z gitarą w świecie syntezatora. Kompozycje na Belong tak jak na poprzednim albumie wzbudzają u mnie pozytywne reakcje. Jakby to powiedzieli masowi internetowi Ekshibicjoniści LUBIĘ TO. W porównaniu do debiutanckiego albumu jest jakby bardziej gitarowo, damski głos poszedł raczej bardziej w tył a skupiono bardziej się na fajnych melodiach na klawiszu. Dało to dość fajny efekt i przyznaje, że dobrze tego się słucha. Może i nie odkryli ameryki, ale kto by się tym przejmował w końcu wiosna idzie.

Wstaki gitarowe są na prawdę porządne, to jak wchodzi gitara w Even in Dreams przypomina mi wejście Johhnego Greenwooda w Creep. Poza tym wciąż dużo skojarzeń z My Bloody Valentine a My Terrible Friend to jakby nawiązanie do Joy Division i ich hiciora Love will tear us apart. Teksty może nie są odkrywcze: „Everyone is pretty and fun, everyone is lovely and young / Everyone is gentle and gone, but everyone’s just everyone”, ale za to nadrabiają brzmieniem.

Płyta idealnie komponuje się z moim nastrojem, gdy na ulicach robi się coraz bardziej kolorowo a szare szaliki i rękawiczki czekają w szafie na kolejną zimę. Już sobie wyobrażam piknikowanie obcowanie z naturą przy dźwiękach Belong. Dobrze też powinno zadziałać dla tych, którzy chcą podbijać miasto i serca niewiast niczym Clarence Seedorf. Ok, ja tu puszczam wodze wyobraźni a tym czasem czerwcowe obrony tuż, tuż. Posłuchajcie Belong, warto. Płyta mimo, że jest gorzko-słodka to wprowadza w dobry nastrój i pozwala cieszyć się każdą jej sekundą. Ocena: 7/10.

posłuchaj

The Strokes – Angles

Nowa płyta The Strokes, czyli jak się ma New Rock Revolution w 2011 roku.

Można przypuszczać, że źle, ale słuchając Angles to jestem pełen podziwu, że udało im się nagrać coś dobrego. Ostatni album nowojorska grupa wydała w 2006 roku. First Impressions Of Earth był albumem w sumie spoko, ale troszkę rozczarowującym po wcześniejszych, lansiarskich rockowych płytach. Po tych pięciu latach poza singlami nie wiele pamiętam z tej płyty. Potem przyszedł czas nagrywań solo i szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że powstanie jeszcze coś nowego pod szyldem The Strokes.

Jednak nagrali płytę, którą z pewnością będą umilać mi pierwsze wiosenne dni. Mimo, że raczej jest po staremu, bo i Julian dalej śpiewać nie umie, Moretti jest wciąż tą samą maszyną a i też raczej nie bawią się w eksperymenty zbytnio. Machu Picchu to ich Kokomo w konwencji lans indje rock’nroll for me a Under Cover Of Darkness można porównywać z debiutanckimi przebojami. You’re so right to jakby nawiązanie do These New Puritans a całość jest zwieńczona przyjemnym Life Is Simple In The Moonlight.

The Strokes to wciąż chłopaki, które lubią się polansić i to w starym dobrym stylu bez żadnych facebookowych napinek i innych pierdół. Poprzez gitary, styl bycia julka i naparzanie po garach jak robocop przez pana Morettiego, który zmienił image na bardziej „ulizanego”. Już myślałem, że wyrosłem z tych wszystkich indje zespołów jednak wciąż drzemie we mnie fan The Strokes. Muszę wygrzebać ich koszulkę z szafy, gdzieś tam powinna być pod moim zielonym kubraczkiem. Ocena: 7/10.

posłuchaj