Wiśniowe bomby Tylera

TylerNie chciało mi się słuchać tej płyty. Znając wcześniejsze albumy Tylera, kreatora – hip-hopowego świra, nie spodziewałem się żadnych nowości. W dodatku słyszałem opinie, że nowy album to materiał ciężki. W końcu jednak odpaliłem „Cherry Bomb„. I okazało się, że to bardzo przyjemna płyta. Powiedziałbym, że najbardziej przystępna dla słuchacza.

Poprzedni „Wolf” oraz debiutancki „Goblin” bazował na ponurych, niemelodyjnych beatach. Na „Cherry Bomb” sprawa wygląda inaczej. Brzmienie albumu jest zróżnicowane. Usłyszymy tutaj zarówno elementy jazzowe („Find Your Wings„), elektroniczne („Pilot„), gitarowe („Deathcamp„), r’n’b („Blowmyload„) czy też soulowe („Fucking Young„). Brudny, hałaśliwy i agresywny beat tytułowego „Cherry Bomb” brzmi jak jeden z utworów Kanye Westa na „Yeezusie„. Natomiast „The Brownstains” za sprawą klawiszowego motywu do złudzenia przypomina „Energy” Drake’a. To nie koniec nawiązań. Otwierający „Deathcamp” przy którym maczał palce Cole Alexander z Black Lips brzmi jak N.E.R.D. w swoim najlepszym okresie a zamykające „Okaga, Ca” przywołuje mi na myśl Franka Oceana.

tyler-the-creator-cherry-bombRóżnorodność brzmienia to jedno. Drugą kwestią, która sprawiła, że album jest bardziej przystępny jest czas utworów. Na ostatnim LP Taylera mieliśmy do czynienia z ponad 5-minutowymi, monotonnymi utworami. Na wiśniowej bombie czas ten się skrócił i tylko dwa utwory dobijają do 6 minut. Poza tym mamy tutaj sporo gościnnych występów. Pojawia się m.in Kanye West, SchoolBoy Q, Chaz Bundick, Lil Wayne, Pharrell, Syd Bennett czy też Charlie Wilson.

Tyler, The Creator performs at the Coachella music & arts festival in California earlier this month.To ta słodka część wiśni, kwaśną są teksty. Tutaj w sumie nie wiele się zmieniło. Tyler wciąż jest kreatywnym obserwatorem oraz krytykiem. Nie oszczędza nikogo, nawet siebie. Który współczesny raper ma na tyle dystansu do siebie by rzucić hasło „I’m a liar, I’m a faggot„? W openerze Pan Okonma wspomina o zmęczeniu sławą, w „Run” porusza kwestie zgubnej drogi gangstera murzyna a w „Find Your Wings” radzi by wziąć swoje życie we własne ręce.

Podsumowując, Tyler nagrał udany album. „Cherry Bomb” to krążek zróżnicowany brzmieniowo wzbogacony o coraz to bardziej trafiającego w punkt kreatora. Jeżeli do tej pory nie mieliście okazji przesłuchać tego rapera, to jest to właściwa pora. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Drony, teorie spiskowe i konflikty zbrojne, czyli Muse w natarciu

muse2Muse to jedna z tych kapel z którą łączy mnie ogromny sentyment. W czasach licealnych zasłuchiwałem się w zimnym „Sunburn„, jazgotliwym „Origin of Symmetry„, epickim „Absolution” oraz patetycznym „Black Holes and Revelations„. Nie wyobrażałem sobie by nie mieć na empetrójce chociaż jednej płyty Muse. Potem przyszedł czas studiów i niezapomniany „Resistance” – płyta, którą traktuje mocno osobiście. Następny krążek „The 2nd Law” już tak nie porywał, ale również dobrze wspominam ten album ze względu na koncert w Łodzi. Minęły trzy lata i pojawił się „Drones”. Album, który niemiłosiernie mnie wkurza.

Po przesłuchaniu najnowszej płyty Brytyjczyków czuję się tak jakby bliska mi osoba robiła coś nadzwyczaj żenującego, a ja nie mógłbym jej powstrzymać. Mówiłbym: „Przestań! To absurd, nie rób tego”. A ona dalej swoje. Czuje się tak jakby AC Milan kupił Grzegorza Rasiaka za 3o mln euro i nazywał go najlepszym napastnikiem świata. Czuje się tak jakby Trybson został Prezydentem Polski. Czuje bezsilność.

drones muse„Drones” to wyjątkowo słaba płyta. Zawsze wiedziałem, że Bellamy i spółka są pozbawieni własnego stylu. Czuć było w ich muzie kombinacje różnych artystów. Na początku byli to Jeff Buckley i Radiohead. Później grupa poszła w stronę progresywnego rocka spod znaku Queen. Następnie na celownik wzięli AC/DC oraz U2. Jednak zawsze mieli smykałkę do fajnego łączenia tych brzmień i nagrywania prawdziwych gitarowych wymiataczy. Na dronach tego nie ma. Jest jedna wielka autoparodia. Zatoczyli koło. Bellamy zaczął zżynać z samego siebie.

Spójrzmy na takie „Mercy„, które brzmi jak kombinacja „Starlight” (klawiszowy motyw przewodni) i „Falling Away With You” (syntezatory). Ciężkie gitary w „The Handler” przywołują na myśl progo-rockowe zapędy z „Black Holes And Revelation„. W „Aftermath” Bellamy ponownie wciela się w skórę Jeffa Buckleya a „Reapers” nie było czasem zapychaczem na „Resistance„? Mistrzostwem w zjadaniu własnego ogona jest jednak 10 minutowy „The Globalist„. Zaczyna się w westernowym stylu jak pamiętne „Knights of Cydonia„, następnie Bellamy przechodzi w nastrój ballady z pogranicza „Sing For Absolution” oraz „Unintented„. To jednak nie koniec bo w okolicy 4:34 otrzymujemy kolejną wersję „Stockholm Syndrome” a na samym końcu wracamy ponownie do klawiszów i coś na kształt patetycznej ballady, która spokojnie znalazłaby się na „Resistance„.

Muse_DronesJak widać na „Drones” znalazło się miejsce na motywy z każdej wcześniejszej płyty Muse. To jednak nie wszystko bo taki „Psycho” brzmi jak „Personal Jesus” Depeche Mode, a Bellamy nawet nie stara się tego zbytnio ukrywać. No cóż, jestem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Już od jakiegoś czasu widoczna była tendencja spadkowa, a tracklista, która pojawiła się na początku roku jasno dała mi do zrozumienia, żebym nie spodziewał się niczego świeżego. Nawet po okładce widać obniżenie lotów. Muse mieli zawsze ładne graficzne opakowania płyt. Ta jest nazbyt wymowna i kiczowata.

I tak o to mam na telefonie pierwszą płytę Muse, której nie chce mi się słuchać. Nawet w fragmentach. Robię to wyłącznie z recenzenckiego obowiązku. Chciałem ostatnio napisać jakąś negatywną reckę, więc czemu nie Muse? Dużo prawdy jest w twierdzeniu Bartka Chacińskiego, który porównuje Brytyjczyków do cover bandu, który fajnie się słucha na żywo, ale na płycie już nie. Ocena: 3/10.

Posłuchaj

A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP

asap-rocky-508b4403e62bbRakim Mayers, ten skurczybyk zaskoczył mnie. Szczerze wątpiłem w to, że młodemu przedstawicielowi raperskiej sceny z Harlemu uda się nagrać płytę wybitnie dobrą. Udało się. Jego tegoroczny longplay „AT.LONG.LAST.A$AP” to zdecydowanie jego najlepszy krążek. Oczywiście Rocky namiastkę swojego talentu pokazał już na mixtape’ie „LiveLoveA$AP”. No, ale wiecie to tylko mixtape i też czuć było na nim wiele niedociągnięć. Natomiast debiutancki album „LONG.LIVE.A$AP”, mimo że był bardzo dobry to wydawał się zbyt lanserski. I gdy już myślałem, że mainstream pochłonie Pana Mayersa… to ten wydał ALLĘ.

W czym tkwi fenomen tegorocznego wydawnictwa? Jest to zdecydowanie najrówniejszy album w dorobku Rakima. Świetne beaty łączą się z jeszcze lepszą nawijką Rocky’ego. Ciężko mi jest wyróżnić poszczególne momenty, dlatego zacznę od początku. Już sam opener zachwyca. Rocky interpretuje film braci Coen „O Brother, Where Art Thou”, poruszając kwestie religijne a także zaprzedawania duszy diabłu w imię sukcesu. Jest to pewnego rodzaju spowiedź artysty, w tle natomiast słyszymy kapitalny podkład od Danger Mouse’a. Kolejny w zestawie „Canal St.” to przede wszystkim mroczny beat przywołujący na myśl ostatni krążek Drake’a. W „Fine Whine” to kolejna psychodeliczna jazda, przy której raperowi towarzyszy M.I.A., Joe Fox oraz Future. Numer cztery to „L$D” w którym usłyszymy jak Pan Mayers… śpiewa. I to całkiem nieźle. Zresztą już swój popis wokalny dał w „Long Live ASAP”. W kolejnym numerze również Rocky sobie podśpiewuje, a w tle śmiga beat używający sampla „I’ll Be Home For Christmas” w wykonaniu The Platters.

AtLongLastASAPCoverSielanka nie trwa jednak zbyt długo. Urocze śpiewanie przy ognisku kończy ciężki, mroczny „JD”. Klimat podtrzymuje „Lord Pretty Flacko Jodye 2 (LPFJ2)” oparty na monotonnym, agresywnym beacie nawiązującym do stylu zachodniego wybrzeża. Numer osiem to „Electric Body” z gościnnym występem SchoolBoy’a Q, gdzie głównym tematem jest dziewczyna, która lubi trząść tyłkiem. Kolejny kawałek to przede wszystkim popis Kanye Westa. Gospelowy podkład jest tłem do przemyśleń typu: „Sometimes the best advice is no advice”. Beat w „Max B” przywołuje na myśl „Backseat Freesytle” Kendricka Lamara, a następny „Pharsyde” cieszy uchu świetnym wstępem Joe’a Foxa. Nie mylcie go z Jamie Foxx’em. Pan Fox to bezdomny muzyk, który został zauważony przez Rocky’ego w Londynie o czwartej rano. Po jego wysłuchaniu zaproponował mu nagranie paru sekwencji na płytę. Efekt? Moim zdaniem świetny.

tumblr_mik3m0ceUU1ro98xro1_500Podstawowym zarzutem wobec drugiego LP od A$APa jest brak bangerów. Bangery są, może nie tak głośne jak „Fuckin Problems” czy też „Wild For The Night”, ale są. Przykłady? Kapitalny „Wavybone” z gościnnym występem Juicy J i UGK, gdzie słychać starą szkołę rapu. Poza tym „M’$” z świetnym podkładem i Lil Wayne’em, który zawsze jest elementem dodatnim. No i nie należy zapominać o „Everyday” z przyjemnym refrenem w wykonaniu Rod Stewarda i Miguela. W utworze tym palce maczał Mark Ronson, także spodziewam się, że może to być singiel tego lata.

Podoba mi się droga jaką objął A$AP Rocky. Chłopak się rozwija, czego dowodem jest ALLA. Zróżnicowane beaty, nawiązania do klasyki (gospel, pop, lata 60.) oraz flow Fashion Killah robią swoje. Jedyny mankament w tym wszystkim to teksty, które są różne i nie zawsze porywają. Generalnie „AT.LONG.LAST.A$AP” to bardzo dobry album, który dobrze się słucha. Jest równy, ale ma też swoje momenty, które można w kółko zapętlać. Ocena: 9/10

Posłuchaj