Drake – Nothing Was The Same

drakePomimo prześmiewczej serii Drake is a type o guy/nigga… i licznych komentarzy typu „poor r’n’b” najnowsza płyta Drake’a jest jedną z najlepszych hiphopowych pozycji tego roku. Bez żadnego wstydu przyznaje,  że oczekiwałem na „Nothing Was The Same” już od dłuższego czasu (Jest to o tyle wyróżnienie, że nie zdarza mi się już wyczekiwać na muzyczne nowości) . Zwłaszcza, że Kanadyjczyk karmił słuchaczy w tym roku samymi udanymi pozycjami  z których w ostatecznym rozrachunku tylko „Started From The Bottom” znalazł się na trzecim albumie. „5 AM in Toronto”, „Girls Love Beyonce” czy też „No New Friends” pokazywały, że forma Aubreya Grahama jest ustabilizowana i wysoka. Materiał nie mógł zawieść i nie zawiódł.

Całość zaczyna się od „Tuscan Leather” w którym bez kropli skromności raper chwali się wynikiem sprzedaży ostatniego LP i przyznaje, że ten też się sprzeda bo to „New Drizzy Drake”. I trudno mu nie przyznać racji. Kolejny „Furthest Thing” jest już bardziej przystępnym utworem za sprawą hooków, których brakowało w szorstkim openerze. „Started From The Bottom” jest trochę jak naiwny amerykański film klasy b o amerykańskim śnie jednak podkład jest naprawdę mocny. Za tytuł czwartego utworu Drake powinien dostać Oscara bo jak można nie doceniać wkładu Wu-Tang Clan w rozwój czarnej muzy? Drake to na szczęście ogarnia i umieszcza na „Nothing Was The Same” sporo nawiązań do ekipy z Nowego Jorku. Dobrym przykładem jest „Pound Cake/Paris Morton Music 2” gdzie pojawia się klasyczne „Cash Rules Everything Around Me”.

drake_nothing_was_the_samePiąty w kolejności „Own It” ujawnia bardziej romantyczną stronę Drizzy’ego, który wyznaje: „Next time we fuck, I don’t wanna fuck, I wanna make love / Next time we talk, I don’t wanna just talk, I wanna trust / Next time I stand tall I wanna be standin’ for you”. To duża zmiana, gdyż jeszcze zimą na płycie A$apa Rocky’ego mówił, że jego czarny wacek nie jest do długich rozmów. „Worst Behavior” to dla mnie jeden z najmocniejszych punktów „Nothing Was The Same” z dwóch powodów. Po pierwsze świetny beat (produkcja DJ Dahi) oraz ostatnia zwrotka w wykonaniu Aubreya, który wznosi się na szczyt swoich umiejętności. „From Time” w którym pojawia się kobiecy głos Jhene Aiko to sentymentalna podróż, której dewizą mogłoby być zdanie: „Who the fuck wants to be 70 and alone?”. Kolejny „Hold On, We’re Going Home” to typowy letni hicior i jedyny na płycie utwór, który mógłby polecieć w radiu. Będę jednak uszczypliwy i przyznam, że wersja w wykonaniu Arctic Monkeys bardziej mnie przekonała. Sorry Drake, ale mówię jak jest. Następne w kolejności utwory „Connect” oraz „The Language” potwierdzają tezę, że trzeci LP Kanadyjczyka jest świetnie wyprodukowany i nowoczesny. „305 to My City” pomimo ciekawego pomysły na piosenkę wydaje się być najsłabszym ogniwem płyty. Natomiast przedostatnie „Too Much” to chyba jedyny utwór, który można by umieścić na „Take Care” co pokazuje, jak zupełnie inną płytę tym razem nagrał Aubrey Graham. Całość kończy „Pound Cake/Paris Morton Music 2” z Jay-Z na featuringu, który pasuje tutaj jak pięść do nosa.

Podsumowując „Nothing Was The Same” to jedna z najlepszych tegorocznych muzycznych pozycji za sprawą świetnej produkcji i wysokiej formy Drake’a. Jednak muszę odjąć punkty za rzadkie, aczkolwiek pojawiające się słabsze momenty. Generalnie jednak cały jesienny początek spędzam z Drizzym, który zdecydowanie jest lepszy od Kanye Westa oraz Jay-Z. Ocena: 9/10.

Arctic Monkeys – AM

arcticmonkeysTo niewiarygodne jak ten czas szybko leci. W tym roku grupa Arctic Monkeys obchodzi 10-lecie działalności. Wydając pierwsze płyty byli pryszczatymi gówniarzami grającymi indje rocka. Teraz są facetami kręcącymi teledysk w samochodzie a nie jak kiedyś…na chodniku. Zabłysnęli dzięki internetowi i świeżości jaką dali muzyce gitarowej. Do tej pory ich debiutanckie „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” jest dla mnie rewelacyjnym albumem do którego często wracam. Z kolejnymi płytami bywało różnie. Na „Favourite Worst Nightmare” są dobre single, jednak czuć tam syndrom drugiej płyty. Natomiast wydany w 2009 roku „Humbug” razi nudą i brakiem pomysłu. Sytuacja zmienia się w 2011 roki, kiedy grupa wydaje „Suck It and See”. Płyta ta jest pewną kreską w ich działalności, która odcina ich od wcześniejszej twórczości. Zmieniają image, stają się bardziej amerykańscy, kombinują z psychodelią i klasycznym rockiem. Efekt jest dość dobry, ale to wciąż tylko zalążek.

Dopiero wydany w tym roku „AM” można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jak dla mnie tegoroczny longplay jest porównywalnie dobry do debiutu. Jednak są to zupełnie dwie różne płyty. Rozpoczynający całość „Do I Wanna Know?” to współczesny, rockowy hymn stadionowy, który bije na głowę wszystkie piosenki Kings of Leon. „R U Mine”, które śmiga w internecie już od jakiegoś czasu to prawdopodobnie najlepsza piosenka w całej twórczości zespołu Alexa Turnera. Na szczególną uwagę zasługują grające pierwsze skrzypce gitarowe riffy, które przywołują na myśl skojarzenia z Black Sabbath. Nie mniej ważna jest tutaj rola perkusisty oraz wysokich chórków. W podobnym klimacie amerykańskiego rocka są jeszcze utwory: „Arabella” oraz „I Want It All”. „One for the Road” przypomina jeden z utworów Queens of The Stone Age co akurat nie jest przypadkowe bo w procesie tworzenia płyty palce swoje maczał Josh Homme. Wokalista QOTSA miał ogromny wpływ na obrany przez anglików kierunek i chwała mu za to.

amNa płycie oprócz rockowych odniesień do słonecznej Kalifornii znajdziemy sporo brytyjskich, deszczowych melodii. I to właśnie te smutne ballady pokroju „No. 1 Party Anthem” czy też „I Wanna Be Yours” tworzą w dużym stopniu klimat tego albumu. Poza tym mamy beatlesowskie „Mad Sounds” czy też transowe „Knee Socks”. Pisząc o „AM” warto podkreślić także spory progres w warstwie lirycznej. Poetyczne teksty Alexa Turnera są na wysokim poziomie jak nigdy dotąd a na przykład rzucę teksty „Why’d you only call me when you’re high?” oraz wspomnianego wcześniej „I Wanna Be Yours”, które zaczyna się od „I wanna be your vacuum cleaner / breathing in your dust / I wanna be your Ford Cortina / I will never rust”.

Podsumowując najnowszy album Arctic Monkeys to obok debiutu najlepsza płyta w dorobku grupy z Sheffield. Połączenie tradycyjnego rocka z elementami typowymi dla brytyjskiej muzyki dały dobry efekt. „AM” obok „…Like Clockwork” QOTSA to najlepsza rockowa płyta tego roku. A już myślałem, że w 2013 będę tylko rapsów słuchał. Ocena: 9/10.

Przegląd filmowy #1

Kolejna zmiana cyklu filmowego wynika z faktu, że nie wiem jak się za nie zabrać. Wcześniejsze miesięczne propozycje nie wypaliły ze względu na moją niekonsekwencję. Mam nadzieję, że ten pomysł zostanie na dłużej. Generalnie będę pisał o filmach ostatnio przeze mnie obejrzanych, z różnego okresu i różnych gatunkowo i co najważniejsze nie zawsze godnych polecenia (okazja do negatywnej recenzji). Na początek trzy filmy grozy: The Purge, Byzantium oraz nowa wersja Evil Dead.

The-PurgeThe Purge / Noc Oczyszczenia (2013). Co byście powiedzieli na to by raz w roku można przez całą noc robić co się żywnie chce bez żadnych przykrych konsekwencji? Podpalilibyście sąsiadowi auto? Zabili szefa z pracy wraz z jego całą rodziną? Brzmi to groźnie. „Noc oczyszczenia” przedstawia nam taką sytuację. Niedaleka przyszłość, Świat żyje w idealnym ładzie. Bezrobocie wynosi 0%, wszyscy żyją w dostatku i dobrobycie. W czym tkwi tajemnica tego sukcesu dotąd nie osiągalnego dla żadnego państwa? Raz w roku odbywa się 12 godzinna noc oczyszczenia. Policja, straż pożarna oraz pogotowie w tym czasie nie działają, natomiast każdy obywatel ma prawo popełnić legalne zabójstwo za które nie zostanie ukarany. Jedynym ograniczeniem jest wybór broni. W ten sposób sami obywatele decydują się kogo pozbyć, a ich najczęstszym celem padają bezdomni, narkomanii, pijacy oraz nielegalni imigranci.

Fabuła filmu skupia się na jednej rodzinie Sandinów mieszkającej na typowym amerykańskim przedmieściu. Głowa rodziny James dorobił się na sprzedaży urządzeń ochronnych dla domostw popiera politykę oczyszczenia jednak sam z rodziną postanawia spędzić bezpiecznie noc w domu. Niestety noc nie będzie dla nich spokojna. Syn Charlie, który nie akceptuje legalnych morderstw postanawia pomóc bezdomnemu, którego goni grupa młodych ludzi z bronią. Niestety wpuszczając go pod swój dach naraził całą rodzinę na atak psychopatycznej młodzieży z bronią. Stawiają oni warunek: Oddajcie nam tego człowieka, albo zabijemy Was wszystkich. James Sandin początkowo wie co ma zrobić, jednak z czasem traci pewność siebie. Postanawia walczyć. Po wyłamaniu ścian ochronnych dochodzi do konfrontacji. Pozostaje pytanie czy grupka młodych ludzi z bronią to ich największy wróg? Oczywiście nie odpowiem na nie, sprawdźcie sami.

Tego typu filmy przedstawiające przyszłość, która zawsze jest pełna mordu i gwałtu zawsze mnie wciągały. W tym przypadku nie było inaczej. Film Jamesa DeMonaco jest sprawnie zrealizowany, a oglądanie go nie wywołuje nudy. Sam pomysł „nocy oczyszczenia” jest ciekawy, pomijając oczywiście jego nierealność (nie chce zanudzać moimi społeczno-polityczno spostrzeżeniami). Akcja jest nieco przewidywalna jednak film nadrabia mrocznym klimatem, dobrą obsadą i ciekawym zakończeniem. Szkoda, że fabułą została zawężona do jednej rodziny bo potencjał fabularny aż się prosił by odnieść się szerzej. Jednak spełnia on swoją rolę pokazując zło tego typu rozwiązań i pojawia się w dobrym czasie, gdyż debata na temat dostępności do broni ciągle jest świeżym tematem. Ocena: 6/10.

byzantium-gemma-arterton-480x245Byzantium (2012). Wydawać by się mogło, że konwencja filmów o wampirach wyczerpała się. I nie mam w tym miejscu na myśli wyłącznie arcybeznadziejnej sagi „Zmierzch” bo w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z wieloma obrazami rujnującymi obraz mrocznych wsysaczy krwi (Dracula 2000, Blade, Fright Night). Zeszłoroczny „Byzantium” jest dowodem, że można pokazać ciekawą historię z wampirami w tle. W końcu reżyserem tego obrazu jest Neil Jordan – twórca „Wywiadu z wampirem” jednego z najlepszych filmów o krwiopijcach.

Najnowszy film Jordana pokazuje historię dwóch wampirzyc  Eleanor i Clary. Reprezentują one dwie odmienne osobowości. Pierwsza z nich to nastolatka żyjąca wspomnieniami, druga to natomiast wyuzdana, acz opiekuńcza prostytutka. Ich śladem podąża dwójka wampirów-łowców pilnujących przestrzegania wampirycznego  kodeksu. Wpływa to tryb życia głównych bohaterek, które ciągle zmieniają miejsce zamieszkania. Wampirzyce trafiają do kolejnej miejscowości, które Eleanor wydaje się znane. Postanawiają zamieszkać w hotelu „Byzantium” w którym Clara otwiera luksusowy burdel. Z czasem okazuje się, że miejsce to jest początkiem ich historii.

Jest to film dobry i ciekawy, acz niestety nie pozbawiony błędów w logice. Sama historia jest ciekawa  i wciągająca przez co do końca seansu nie towarzyszy nam nuda. Jednak oczy razi wiele filmowych głupot. Ciężko logicznie wytłumaczyć dlaczego bohaterki, które za wszelką cenę chcą być niezauważone otwierają w centrum miasta burdel oraz za każdym razem zostawiają za sobą sporą ilość trupów. Poza tym niektóre wampirze szczegóły wydają się zbytnio nie przemyślane. Przykładowo „pazur”, który zastępuje kły, tajemnicza wyspa w której człowiek zamienia się w wampira (ugryzienie już tego nie gwarantuje) czy też brak strachu przed słońcem. Jeżeli przymknie się na to oko to można przy „Byzantium” na prawdę miło spędzić czas. Zwłaszcza, że film ten nadrabia częstymi retrospekcjami, krwawymi scenami i erotyzmem. Ocena 7/10.

evildead2013Evil Dead / Martwe Zło (2013). Jestem ogromnym fanem „Martwego Zła” Sama Raimiego. Reżyser ten w idealny sposób połączył elementy grozy, humoru i kiczu. Kultowy film z 1981 roku do tej pory jest w ścisłej czołówce listy moich ulubionych horrorów. Gdy dowiedziałem się, że powstaje remake miałem mieszane uczucia. Z jednej strony wiedziałem jak wygląda sprawa współcześnie, taśmowo produkowanych remake’ów z drugiej strony  liczyłem na wyjątek od reguły. Przeliczyłem się.

Fabuła nie wprowadza zbyt wielu nowości. Tak jak w oryginale mamy do czynienia z grupką młodych ludzi wyjeżdżających do domku umieszczonym w środku lasu by spędzić miło czas. Po odnalezieniu dziwnej księgi przypadkowo wywołują tkwiące w niej zło, które zaczyna opętywać po kolei każdą z postaci. Zacznę może od pozytywów nowszej wersji Martwego Zła. Dopatrzyłem się aż dwóch. Po pierwsze są to efekt specjalne, które biją o lata świetlne te z niskobudżetowej wersji Raimiego. Po drugie skupienie się się na elemencie opętania. I to by było na tyle. Ten film to typowy amerykański remake nastawiony na zysk. Niemiłosiernie się wynudziłem podczas seansu. Postacie nie wzbudzają w nas żadnych emocji, ich dialogi załamują sztucznością a sceny, które miały straszyć śmieszą (i nie był to celowy zabieg). Po obejrzeniu czegoś takiego człowiek żałuje, że nie urodził się jakieś 40-50 lat wcześniej. To co hollywood serwuje nam obecnie to śmiech na sali. Odradzam szczerze. Ocena: 3/10.